Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smarowidła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smarowidła. Pokaż wszystkie posty

4 lipca 2014

Trochę inna pasta curry...

...bo z soczewicy.
Świetnie sprawdza się jako dodatek do pieczonych ziemniaków, warzywnych frytek albo jako baza do paprykarza!

Eksperyment uważam za udany. 
Sprawdzona metoda na szybki i łatwy w przygotowaniu obiad. 

  • 4 cebule (użyłam szczypiorkowych)
  • 2 łyżki oleju (rzepakowego)
  • szklanka czerwonej soczewicy
  • łyżka sosu sojowego
  • łyżka octu jabłkowego
  • łyżka koncentratu pomidorowego/przecieru pomidorowego
  • przyprawy: sól ziołowa, pieprz ziołowy, suszona cebula i czosnek, curry, szczypta kurkumy, czerwona papryka słodka, chili, kozieradka, lubczyk
  • opcjonalnie: pół łyżeczki zielonej pasty curry
Pokroić drobno cebulę, zeszklić na oleju z odrobiną soli i pieprzu. Wsypać soczewicę, zalać 2 - 2.5 szklankami gorącej wody, gotować do miękkości. Dodać przyprawy, koncentrat/przecier. Gdy soczewica będzie gotowa, zostawić do przestygnięcia; wlać sos sojowy i ocet, zmiksować na gładko. Dobrze komponuje się z posiekanym drobno szczypiorkiem/pietruszką.
Podawać jako pastę do podpłomyków, ziemniaków albo pieczonych warzyw. Sprawdza się także jako pasta na tosty lub baza do paprykarza - w ostatnim przypadku wystarczy wymieszać pastę z ugotowaną kaszą jaglaną :)

Tymczasem ja wracam do dzbanka smoothie i przygotowuję się na wyskok rowerem. Póki pogoda dopisuje.

18 grudnia 2013

Ślę prezenty! Masło pierniczkowe.

Pomysł na prezent?
Dawien dawna zazwyczaj bazowałam na czymś, co od ręki można kupić. Co jest łatwo dostępne, tuż pod nosem. Na swą własną hańbę, nierzadko było to coś, co nie wymagało ani wiele wysiłku, by to zdobyć, ani zbyt dużej pomysłowości. 
A potrzeba tak niewiele, by podarować komuś kawałeczek serca. 

Wczoraj rozpoczęłam oficjalne przygotowania do wykonania planowanych przeze mnie prezentów. Takich, przez które mogę choć w minimalnym stopniu wyrazić swoje uczucia i emocje. 
Przygotowując każdy z takich prezentów, myślę o tym, czy przyniesie on drugiej osobie radość. A bardzo mi na tym zależy. Tworząc wszelkiego rodzaju prezentowe łakocie staram się ze wszystkich sił uczynić je pysznymi i miłymi dla tego, do kogo mają trafić. By zawartość pakunku obdarzyła obdarowywanego uśmiechem, poprawiła mu nastrój, przyniosła ulgę. By osoba, w której ręce trafi ów prezent, poczuła ciepły uścisk, jakim chcę ją obdarzyć. Szczególnie wtedy, gdy jest daleko i nie mogę zrobić tego osobiście.

Pierwszy prezent poszedł w świat. Niedaleki, ale wystarczająco odległy, by uniemożliwić wzajemne spotkanie. Zawartość pudełka jest skromna - skrywa w sobie niewielki słoiczek. Ale ja odmierzam wartość jego wnętrza nie w gramaturze, a w ilości włożonego weń serca. I wiem, że tak samo postąpi odbiorca :)

Jako prezent - masło orzechowe, w świątecznym, pierniczkowym wydaniu. Zgodnie ze skojarzeniem, jakie budzi we mnie adresat: ciepła i głębokiego aromatu korzennych przypraw.

Tuż przed zapakowaniem.

Rzut oka na dekorację wieczka.

Pierniczkowe masło orzechowe:
  • przetarte na miazgę orzechy ziemne (około 5 czubatych łyżek)
  • rodzynki: około 4 łyżek
  • łyżka słodzika: syropu z agawy, syropu klonowego, melasy lub miodu
  • łyżka kakao
  • zestaw przypraw: cynamon, imbir, anyż, kolendra, pieprz, gałka muszkatołowa, ziele angielskie, goździki
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego
Rodzynki podgotowałam na parze do całkowitego napęcznienia, zmiksowałam na gładką pulpę. Wymieszałam z pozostałymi składnikami, dodając kilka łyżek oleju rzepakowego dla nadania bardziej aksamitnej konsystencji. 

Masło przekładam do słoiczka, ozdabiam wieczko i ślę w świat. Oby zasmakowało :)

31 października 2013

Smaki jesieni: One apple a day...

...keeps the doctor away!
Czyli proste, niezobowiązujące śniadanie w myśl znanego, wpadającego w ucho powiedzonka. A choć głównym bohaterem jest jabłko, to jednak gwóźdź programu stanowi przede wszystkim awokado w powszechnie znanej wersji "na słodko".

Bo jesień nieodłącznie kojarzy mi się z jabłkami. Takimi dużymi, twardymi i soczystymi, których chrupkość i słodycz miąższu przegania wizję tnącego jak szpila wiatru za oknem. A których smak jednocześnie idealnie wpasowuje się w widok złocistych koron drzew na tle nieskazitelnie błękitnego nieba.

Przygotowanie czas zacząć, czyli lista składników w wersji wizualnej.

A tutaj efekt końcowy.


Z serii twórczych neologizmów - Avocadella w jesiennej odsłonie:
  • połówka dużego, dojrzałego awokado
  • czubata łyżeczka kakao
  • cynamon
  • centymetrowy plasterek świeżego imbiru
  • łyżeczka soku z cytryny
  • dwa-trzy daktyle (w moim przypadku świeże)*
  • opcjonalnie: łyżka maca
Wszystkie składniki miksujemy na aksamitną pastę. Ewentualnie można dodać odrobiny wody dla większej smarowności. Zajadamy jak kto lubi - ja stawiam nieodłącznie na jabłko.

*świeże daktyle wnoszą niepowtarzalną nutę smakową, coś na pograniczu toffi i karmelu. Serdecznie polecam, choć równie dobrze można zastosować jakiekolwiek inne preferowane słodzidło.


Offtopic.
Przeraża mnie szalejąca wokół inwazja halloweenowa. Gdzie się nie obejrzę, ściga mnie widok groteskowych dyniowych twarzy, pajęczyn, olbrzymich pająków i duchów. I ściska mnie nieopisany smutek, zmieszany na wpół z ironią - bo w zalewie całej tej makabreski rozmywa się i ucieka sens jutrzejszego dnia, Wszystkich Świętych, który nieodłącznie kojarzy się z radością i nadzieją. Który zachęca mnie do rozmyślań i refleksji nad moim życiem, jednocześnie przywołując ogrom niezapomnianych wspomnień wszystkich tych, którzy już odeszli. Który jest dla mnie dniem wyjątkowym, dniem weselenia się i wiary, że osoby bliskie memu sercu, które pożegnały się już z tym światem, bytują w lepszej rzeczywistości, radując się niebiańską chwałą. 

Buntuję się przeciw Halloween. Nie uznaję go i nie godzę się, by przesłaniał mi to, co dla mnie najważniejsze na czas nadchodzących dni. Stawiam veto przeciw wszystkim niewinnym duszkom, uroczym pajączkom i trupim czaszkom serwowanym jako słodkie babeczki śniadaniowe. I tak, piszę to z nieopisaną ironią. Bo nikt mi nie powie, że symbol śmierci, zaprezentowany w dosłownym obrazie procesów gnilnych może być uroczy.

31 sierpnia 2013

Słonecznikowe LOVE: pesto koperkowe!

Witam, nazywam się Królik i moim nałogiem jest nadmierne spożywanie słonecznika w każdej postaci.
Zapada cisza i wszyscy wokół kiwają ze zrozumieniem głowami, poklepując mnie pocieszająco po ramionach i dodając otuchy uśmiechem - witaj wśród nałogowych słonecznikożerców, Królik. Czuj się jak u siebie w domu.

Zapewne tak mógłby wyglądać scenariusz mojego żywota, gdyby chcieć przenieść go na filmowe realia. Tak, przyznaję się, jestem nałogowym słonecznikożercą. Słonecznikofilia skutecznie określa mój stan chorobowy, jakim jest przesadne objadanie się słonecznikiem. W swoich kuchennych szafkach skrzętnie chomikuję skiełkowane ziarnka, a domowe, "home-made" masło słonecznikowe jest stałym bywalcem zarezerwowanych przeze mnie kredensowych półek.

Masło słonecznikowe często jest gościem honorowym wszelkiego rodzaju potraw, które staram się z lepszym lub gorszym efektem uzdatniać do zjadliwości. A choć najchętniej wyjadałabym je wprost ze słoika, to mimo wszystko staram się je uszlachetniać przez eksperymentowanie z rozmaitymi dodatkami.

Czy na słodko, czy na wytrawnie - trudno powiedzieć, która wersja smakowa jest bliższa moim kubkom smakowym. Niemniej jednak, dzisiejszym faworytem jest zdecydowanie masło słonecznikowe w tej drugiej opcji. Uwaga, uwaga - czas na pesto!

Pełne smaku i pełne zieleni. Wypchane i ociekające zielenią do granic niemożliwości. I właśnie obecność zieleniny jest tu swego rodzaju ewenementem. 

Od zawsze nie lubiłam pietruszki. Jako dziecko miałam awersję do jakichkolwiek warzyw, do tych zielonych w szczególności (!). Jakiekolwiek próby, zachęty i nakazy, te w rodzaju - jedz sałatę! - skończyły się w chwili, gdy wszelkiego rodzaju ataki odparowałam stwierdzeniem, że to "króliki jedzą sałatę". Buńczuczność i ton mojej wypowiedzi raz na zawsze zamknęły dysputę nad tym, że powinnam jeść to, co zielone.

Na szczęście czas zrobił swoje i to, co kiedyś było dla mnie nie do przełknięcia, dziś jest nieodłącznym towarzyszem mego talerza. Dzień bez sałaty dniem straconym, a wraz z sałatą przyszła pora także na inne warzywa zielone. 

Niemniej jednak, pomimo całej mej miłości do zieleniny, pietruszka jest mi wstrętna i tyle. I to właśnie ona jest bohaterką dzisiejszego posta. Stanowi gwóźdź programu, jest gwiazdą. Uwaga, uwaga, oświecenie kulinarne - połącz to, czego nie lubisz, z tym, co uwielbiasz i zyskasz nowe walory smakowe (nie daję gwarancji, że ten sposób zawsze działa, ale w tym przypadku się sprawdziło!)

Zatem - pietruszka wkracza na salony. W tej postaci mogę pożerać ją całymi pęczkami (!). Dlaczego zatem - jak tytuł podaje - pesto zwie się koperkowe? Z czystej przekory, dlatego.

Pesto na wskroś zielone!


A tu tradycyjnie na kanapkach, choć to przecież nie jedyne zastosowanie!

Pesto potrójnie zielone:
  • pęczek pietruszki
  • pęczek koperku
  • rzeżucha - dwie, a jeszcze lepiej trzy spore garście
  • dwie czubate łychy masła słonecznikowego (takie z górką!)
  • olej lniany - 4 lub więcej łyżek, w zależności od konsystencji, jaką chcemy uzyskać
  • ulubione przyprawy - dodałam sól morską i pieprz, kurkumę, czosnek, kozieradkę, oregano i tymianek
Całą zieleninę miksuję, dolewając w międzyczasie po łyżce oleju. Dosypuję przypraw, wrzucam masło słonecznikowe i blenduję na gładką masę. Zostawiam na kilka godzin w lodówce do przegryzienia się smaków i już, ucztowanie czas zacząć :)

Inspiracji na zielone pesto dostarczyła mi M., najwspanialsza kura domowa pod słońcem, jaką znam! Dlatego dzisiejszy post dedykuję M. jako najlepszej gospodyni z koła gospodyń miejskich młodej generacji :D

21 sierpnia 2013

Padłeś? Powstań! Czyli czas na stuningowane masło orzechowe

Czasami są takie dni, kiedy człowiek potrzebuje doładowania z zewnątrz. Kiedy odczuwa się w sobie brak wewnętrznego słońca i kiedy z niewiadomych przyczyn kąciki ust ciążą ku dołowi. 
W takie dni staram się usilnie rozpalić na nowo to wątłe światło słonecznego dnia wszelkimi środkami, choćby i za pomocą talerza. W sukurs przychodzi mi orzeźwiająca słodycz owoców, ich soczystość i orzeźwienie. Delikatne kropelki soku spływające po rękach, lepkość owocowego miąższu zasadzająca się na policzkach, szerokie spectrum barw wirujących w źrenicach moich oczu - wszystko to sprawia, że nieświadomie przenoszę się do dawnych lat dziecięcej beztroski, wychodzę poza siebie i zostawiam daleko, daleko za sobą przykrości i trudy dnia codziennego. 

Takie dni jak dziś rozpoczynam mobilizacyjnym gastro-kopem. Stawiam na owoce i na głęboką, magnetyzującą podniebienie słodycz, tkwiącą w aksamitnej konsystencji kremu, jaki do nich serwuję. Bowiem kiedy na sam swój widok ma się ochotę wykrzyczeć znane wszem i wobec hasło - padłeś? powstań! - to znak, że najwyższy czas sięgnąć po stuningowane masło orzechowe.


Stuningowane masło orzechowe:
  • kopiasta łyżka masła orzechowego (choć po najnowszych eksperymentach szczególnie polecam i skłaniam się ku masłu słonecznikowemu <3 )*
  • cynamon (nie żałować!)
  • kilka kropel soku z cytryny
  • czubata łyżeczka kakao**
  • soczysty, słodki owoc: najczęściej sięgam po plaster świeżego ananasa lub na wskroś dojrzałą brzoskwinię, świetnie sprawdza się także pół jabłka albo gruszki...jednym słowem, hulaj dusza, ograniczeń brak
  • łyżeczka lub dwie stewii***
  • szczypta soli morskiej
Wszystkie składniki miksuję na aksamitny krem. Podaję jako dip (?) do owoców. Tym razem padło na pomarańczę, która leżała zapomniała od dawien dawna. Jak dla mnie, najlepiej sprawdzają się twarde, soczyste jabłka lub plasterki świeżo skrojonego ananasa (mniam!).

Mój sposób na śniadanie pełne orzeźwienia? Kawałek owocu owinięty w chrupiący liść sałaty,zanurzony w zawiesistym kremie. Eksplozja smaku. I przede wszystkim powrót do przeszłości. Bo kiedy nie muszę dbać o to, że soczysty sok skapuje mi po brodzie, a twarz mam umorusaną od ucha do ucha w słodkim mazidle, to na powrót przeistaczam się w dzieciaka. W małego, beztroskiego dzieciaka, radującego się pełnią życia i spijającego te błahe na pozór kropelki słodyczy codziennego dnia.

*masła (orzechowe, z nasion) przyrządzam samodzielnie; orzechy/nasiona podprażam krótko na patelni, mielę dwukrotnie w maszynce do mięsa i wykańczam blenderem, do uzyskania gładkiej masy. Niestety, mój blender ma zbyt słabą moc, więc muszę sobie radzić dość okrężną drogą...

**po wszelkich zachwytach nad surowym kakao stwierdziłam, że i ja spróbuję (w końcu żyje się raz ;)) i szczerze przyznaję, że naprawdę jest ono zaskakujące pod względem tego, jak bardzo potrafi człowieka postawić na nogi :)

***użyłam płynnej stewii, którą przygotowałam przez sporządzenie wywaru z suszonych liści. Nie gwarantuję, że proszkowana stewia sprawdzi się równie dobrze i czy nie wywoła raczej przykrego efektu z powodu swego posmaku. Zdaję sobie sprawę, że proponowane przeze mnie rozwiązanie może być trudne do zrealizowania, dlatego równie dobrze składnik ten można ominąć. Albo zastąpić jakimkolwiek słodzidłem, jeżeli słodycz owocu nie spełni swoich oczekiwań

30 lipca 2013

Are you NUTS?

Lubię proste śniadania.Takie, przy których mogę się zrelaksować, ale które jednocześnie będą całkowitą rozpustą dla moich kubków smakowych. Co jak co, ale od rana należy im się swoiste power-bomb!
Dlatego niedługo po otwarciu oczu u-w-i-e-l-b-i-a-m zapychać się słodkościami. Lubię, kiedy rozpływająca się słodycz przyjemnie, ale zdecydowanie potrząśnie mój mózg za rękę i powie mu - hej, stary, pora wziąć się do pracy! Lubię dawać samej sobie takiego mobilizacyjnego gastro-kopa. Lubię rozkoszować się porankami i dawać sobie do wiwatu, a słodkość jest dla mnie najlepszym sposobem świętowania nowego dnia.

Myśląc o maśle orzechowym, aż chce się powiedzieć - ile można? Wszędzie masło orzechowe. Ilość postów na temat tej niepozornej mazi przybierającej różnorodne konsystencje potrafi doprowadzić do szaleństwa. I ja, odpowiadając na stawiane pytanie - are you nuts?! - w pełni świadomie odpowiadam - yes, I AM!

Prostota pełną gębą.
Chrupkość ciepłego chleba. Zapach przypieczonej skórki. Słodycz karmelu. Szczypta soli. Jestem w raju.







Przygotowanie tak banalne, że aż wstyd pisać.
Czego potrzeba, aby gębucha śmiała się od rana:

Chleb. Najlepiej stostowany. Przyjemnie chrupiący i ciepły.
 Home-made nutella (w moim przypadku masło orzechowe, 100% orzechowe rzecz jasna, karob i melasa karobowa, kapka oleju lnianego, szczypta soli)
rzeżucha (bo lubię się z zielenią z wzajemnością)

I voila!