Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co kryło się w słoiku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co kryło się w słoiku. Pokaż wszystkie posty

18 lipca 2014

Coconut (non caffein) coffee!

Wakacje mnie dosłownie zassały. 
Próbuję rożnych ręcznie kleconych eliksirów, domowych mazideł i innych takich, o czym postaram się naskrobać słów parę.

Odkrycie lipca: bieganie. Rzecz niesamowita, że taki anty-biegacz jak stwierdził, że ot, jednak zmieniam zdanie, biegać lubię. Czyli wielka przygoda trwa w najlepsze.

Tymczasem czas na kawę. Haha, skucha, bo to kawa-nie-kawa. Ale bardzo smaczna. Na zimno, mrożona, nieważne, grunt, że orzeźwia.

Przygotowania do wielkiej podróży marzeń - odliczanie czas zacząć. Do rozpoczęcia: 12 dni!

  • puszka schłodzonego mleka kokosowego
  • 3 łyżki cykorii
  • pół litra wody
  • cynamon, imbir
  • syrop z agawy/syrop klonowy/melasa/miód (w opcji niewegańkiej)
  • kostki lodu
  • opcjonalnie: plaster ananasa
Cykorię zalać wodą. Dodać słodzidła wedle własnych preferencji. Nie żałować cynamonu i imbiru. Wymieszać ze śmietanką kokosową (ścięte mleko kokosowe), rozlać do 2, 3 naczyń. Wierzch przyozdobić pozostałą warstwą śmietanki. Wrzucić po kilka kostek lodu do każdej ze szklanek. Opcjonalnie można wkroić kawałki ananasa.

I voila. Bezkofeinową kawę podano!

5 lipca 2014

Raspberry chocolate smoothie.

Dziś natknęłam się na dwa małe zajączki, które przebiegły mi drogę. 
A potem mijał mnie sympatyczny rowerzysta, pozdrawiając mnie i gratulując tempa. 
I właśnie za takie chwile uwielbiam szusowanie rowerem.

  • 8 bananów
  • szklanka malin
  • główka sałaty
  • dwie duże garście szpinaku
  • płaska łyżeczka cynamonu
  • po czubatej łyżeczce karobu, (surowego) kakao; opcjonalnie: białka konopnego, spiruliny, młodego jęczmienia
Wszystkie składniki zmiksować na gładko. Dla gęściejszej konsystencji, dobrze jest zmrozić banany przez około 2-3 godziny. Zajadać od razu po przygotowaniu.

Nareszcie nadeszło długo oczekiwane, gorące lato. Oby jak najwięcej takich dni jak dzisiejszy!

2 lipca 2014

Sweet cherries smoothie.

Jedna z najlepszych kombinacji. 
Śmiem nawet twierdzić, że ostatnimi czasy, to moja ulubiona. 
Zielony kolor wodzi za nos, bo dzisiejsze smoothie jest bardzo czekoladowe!

  • 6-8 dojrzałych, lekko zmrożonych bananów
  • główka sałaty
  • 150g szpinaku
  • kubek wypestkowanych czereśni
  • czubata łyżeczka kakao (surowego)
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka zielonego jęczmienia/spiruliny/białka konopnego
Wszystko zmiksować na gładko. Pałaszować od razu.

Dobrego i owocnego dnia. Dosłownie i w przenośni. 

12 kwietnia 2014

Cherry, cherry lady. Owsianka.

Dziś ponoć dzień czekolady, więc na tę okazję owsianka, czekoladowa. W typie "cherry lady", bo i bazą stanowiły pokrewne jej batoniki.


Często sięgam właśnie po takie rozwiązanie, przygotowując owsiankę. Sporządzam neutralną bazę, którą następnie mieszam z rozkruszonymi batonikami własnej inwencji. I chyba w takiej wersji owsianka smakuje mi najbardziej. Jest wtedy idealnie gęsta i klejąca. Jak roztopiony batonik.

Daktyle i wiśnie. Najlepszy duet wszechczasaów.


Baza:
  • 4 łyżki płatków owsianych
Płatki zalewamy wodą ponad poziom płatków, dodajemy od serca cynamonu i zostawiamy na około 15 minut.

Gdy baza gotowa, przechodzimy do części właściwej, czyli "pimp my porridge".

Do bazy owsiankowej dodałam pozostałości batoników cherry lady bars 
Równie dobrze sprawdzi się pasta daktylowa (zmiksowane na mus daktyle) lub miks wybranych, ulubionych bakalii. Batoniki były o tyle dobrym rozwiązaniem, że zagęściły owsiankę i podniosły jej walory smakowe znacznie bardziej, niż tradycyjne słodzidło.
A żeby było jeszcze bardziej słodko i czekoladowo, można okrasić posiekaną czekoladą. Tak "spimpowaną" owsiankę pozostawić na kilka godzin, a najlepiej na całą noc do przegryzienia smaków. Rano - zajadać w najlepsze.


29 marca 2014

Mój pierwszy raz: kimchi

Nie znoszę kiszonej kapusty.
Próbowałam się z nią zaprzyjaźnić już kilkakrotnie. Za każdym razem próby te kończyły się kompletną klapą.
Jakby to rzec - choćby i nie wiadomo jak się starać, to i tak nic z tego. 

Równocześnie jestem uparta. Do granic niemożliwości. Jak raz coś postanowię, to nie ma przebacz. Tak ma być i koniec. A postanowiłam sobie, że będę jeść więcej kiszonek. I co z tym fantem zrobić?

Skoro kiszona kapusta staje mi w gardle na samą myśl, to podejdę ją od innej strony. I dzięki zakulisowym działaniom, w chwili obecnej, jem kapuchę dzień w dzień. Tak ją przechytrzyłam! Taka dobra!


Kimchi - bo o niej mowa - przygotowywałam pierwszy raz w życiu. Z przepisu, który jak dla mnie okazał się idealny i do niego odsyłam: foodpornveganstyle - kimchi
Na pewno będę sięgać po niego jeszcze nie jeden raz. To dzięki niemu kiszona kapucha już mi nie jest straszna <3

Podaję za oryginałem, z lekkimi modyfikacjami w mojej wersji:

  • 1,5-2 średniej kapusty pekińskiej (pokrojonej w paski bez głąba-białej twardej części)
  • 14cm rzodkwi Daikon
  • 5 cm kawałek pora
  • 1 średnia marchew
  • 1 średnia dymka z pęczkiem szczypiorku
  • 1 jabłko (obrane i pokrojone w kostkę) (nie dodałam)
zaprawa/marynata:
  • 350g przecieru pomidorowego
  • 7 dużych ząbków czosnku (wyciśniętych)
  • gruby (ok. 7cm długi) kawałek imbiru (starty)
  • 1,5 łyżeczki chili w proszku (dodałam 0.5 łyżeczki chili i łyżeczkę słodkiej papryki
  • 1 łyżka sosu sojowego lub 1 czubatą łyżkę jasnej pasty miso(użyłam 1.5 łyżki sosu tamari)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka brązowego cukru (zamiast cukru użyłam 1 łyżkę miodu lipowego)
PRZYGOTOWANIE:
1.Pierwszym etapem przygotowania Kimchi jest pokrojenie i wstępne ukiszenie kapusty. Istnieje wiele sposobów które można znaleźć w innych przepisach jednak my będziemy korzystali ze sprawdzonego i najpraktyczniejszego z nich. Po wykrojeniu głąba i pokrojeniu kapusty w paski myjemy ją pod bieżącą, letnią wodą np na sicie. Następnie wilgotną przekładamy do foliowej reklamówki i sypiemy tam ok 2 łyżki soli dokładnie wcierając ją w kapustę. Reklamówkę szczelnie zawiązujemy i umieszczamy w garnku/misce (np. glinianej). Przyciskamy czymś z góry aby kapusta pod wpływem soli i ciężaru puściła sok. Zostawiamy ją na ok 6 godzin w pokojowej temperaturze (ok 18 stopni).
 
2. Kapustę wyciągamy z reklamówki i płuczemy pod bieżącą wodą. Wodę powstałą wskutek wstępnego kiszenia zachowujemy aby dodać ją później do reszty składników.

3. Kapustę mieszamy z pokrojonymi warzywami a następnie z zaprawą poprzez dokładne jej wcieranie. Całość przekładamy do dużego, wysterylizowanego słoja lub pojemnika który można szczelnie zamknąć. Układamy mocno ubijając. Zawartość nie powinna przekraczać 3/4 pojemności słoja. Należy pamiętać aby unikać plastikowych pojemników, które wchodzą w niezdrową dla nas reakcję z wydzielającym się pod wpływem fermentacji kwasem. Następnie zalewamy przygotowaną wodą ze wstępnego kiszenia (punkt 2).

4.Po zakręceniu słoika zostawiamy kimchi przez min 1 tydzień w temperaturze ok 10 stopni - najlepiej wynieść słój do piwnicy. Nie można słoja otwierać ponieważ bakterie rozkładające cukry na kwas mlekowy rozwijają się w środowisku beztlenowym. Wydzielający się podczas kiszenia sok wypchnie powietrze do góry pojemnika, powodując fermentację. Kiedy już otworzymy słój z kimchi należy je zjeść w ciągu tygodnia lub w przeciwnym wypadku porozkładać do mniejszych słoików i zapasteryzować.

 Jedźcie kimchi, bądźcie zdrowi!

25 marca 2014

Czekoladowy jogurt owsiany.

Lubię kremową, aksamitną konsystencję. I moment, kiedy zatapiam łyżeczkę w delikatnej jak puch, słodkiej zawiesinie. 

Miałam ochotę na owsiankę, ale w innym wydaniu, jogurtowym. Delikatnie kwaskowym. Zaskakującym.

Jogurt owsiany przygotowywałam już kilka razy, zawsze korzystając z tego przepisu: Owsiany jogurt DIY
Premiera dopiero dziś. Spóźniona, ale to zdecydowanie najlepsza odsłona moich eksperymentów z jogurtem owsianym.

Miła niespodzianka dla podniebienia. I dobra okazja na prezent dla najbliższych. Z pewnością warta wykonania, by zobaczyć uśmiech zaskoczenia na twarzy smakującego. W szczególności wtedy, gdy wraz z ostawieniem przez niego łyżeczki, zdradza się szczegóły dotyczące składników :)

 W wersji czekoladowej...

 ...i w wersji dla Mamy...


Baza:
  • 1.5-2 szklanki płatków owsianych
Płatki zalewamy ponad ich poziom wodą, zostawiamy na kilka godzin (najlepiej na całą noc). Następnie zmiksować, zostawić w ciepłym miejscu na 2-3 dni, do momentu, kiedy jogurt będzie wystarczająco kwaśny. 

Trochę z niecierpliwości, a trochę z ciekawości, pod koniec pierwszego dnia dodałam zawartość jednej fiolki probiotyku wymieszanej w niewielkiej ilości letniej wody i do uprzednio lekko podgrzanego jogurtu. Całość zawinęłam ciasno ściereczką i zostawiłam na całą noc w ciepłym, nagrzanym miejscu. Rano jogurt był gotowy - o ciężkiej, zawiesistej konsystencji, z delikatnie kwaskowym posmakiem.

Jogurt czekoladowy:
  • jogurt owsian
  • krem daktylowo-morelowy: szklanka namoczonych w wodzie suszonych daktyli i moreli, zmiksowana na gładką pastę z cynamonem i (ewentualnie) imbirem
  • łyżeczka karobu
  • garść suszonych owoców (polecam morwę i jagody goji)
Przygotowanie jest bagatelnie proste. Jogurt (w takiej ilości, na jaką mamy ochotę), miksujemy wraz z dowolną ilością kremu daktylowo-morelowego, karobem, dodajemy suszonych owoców i odstawiamy na godzinę (niekoniecznie do lodówki) - smaki dostatecznie się przegryzą, a suszone owoce będą mieć czas, by napęcznieć i zmięknąć. 
Dla wielbicieli czekolady (w poczet których się zaliczam), na czas przygotowania kremu daktylowo-morelowego polecam zwiększyć proporcje daktyli względem moreli.

Dla Mamy przygotowałam wersję ze świeżym, niepasteryzowanym miodem lipowym, cynamonem i ekstraktem z suszonej śliwki. Jogurt owsiany w takim wydaniu bardzo Mamie zasmakował.

Zachęcam do eksperymentów. Naprawdę warto. A i wbrew pozorom, taki jogurt może być świetnym pomysłem na sprawienie komuś przyjemnej, słodkiej niespodzianki.

16 marca 2014

Susz jabłkowy za pół darmo.

Choć z pewnym opóźnieniem, to w końcu umieszczam propozycję na własnej produkcji suszone jabłka. A choć sezon grzewczy już się skończył, to można sięgnąć po inne sposoby, by cieszyć się hurtową ilością suszonych jabłek. Za pół darmo. 

Dziś będzie zatem bardzo ekonomicznie, ku uciesze własnej.


Potrzeba tylko i wyłącznie jabłek.
Ilość wedle upodobania. Im więcej, tym lepiej.
Jabłka dokładnie wyszorować, nie obierać, skroić w cienkie plasterki. Wysuszyć można na kilka sposobów:
1) kaloryfer. jabłka wyłożyć na cienkie sitka/tacki i zostawić na kilka dni na średnio nagrzanym kaloryferze. 
    Korzystałam właśnie z tej metody i po 2-3 dniach mogłam raczyć się gotowym suszem.
2) suszarka/dehydrator (jeśli ma się to szczęście posiadania takowego sprzętu)
3) piekarnik - długotrwałe suszenie w niskiej temperaturze (z termoobiegiem przy uchylonych drzwiczkach) 
    lub w wersji na niecierpliwca - kilka godzin w temp. 180 stopni. Moc i właściwości każdego piekarnika 
    mogą się różnić, dlatego najlepiej samemu kontrolować stan jabłek i ocenić, kiedy będą gotowe.
4) słońce. Bezapelacyjnie najlepsze rozwiązanie :)

Po wysuszeniu jabłka najlepiej przechowywać w szklanym słoju lub szczelnym opakowaniu. Ewentualnie można zjeść wszystkie na raz, to też dobre rozwiązanie.

Smacznego!

11 lutego 2014

Improwizowany sos pomidorowy.

Czyli znowu ziemniaki w towarzystwie bardzo spontanicznej salsy pomidorowej.

Ziemniaczana rozpusta trwa w najlepsze. Codziennie mogłabym wciągać pełne michy pieczonych ziemniaków, z dodatkami lub bez. Dzień po dniu odkrywam ziemniaki na nowo i darzę je coraz większą miłością. 

Ale dość o ziemniakach, najwyższa pora na pomidora.


  • 5-6 namoczonych suszonych pomidorów (nie korzystam z tych w zalewie/oleju)
  • łyżka namoczonego siemienia lnianego
  • pół czerwonej cebuli
  • przyprawy: sól himalajska, pieprz ziołowy, kurkuma, kozieradka, oregano, słodka papryka, szczypta chili, lubczyk, czarnuszka, ewentualnie odrobina czosnku
  • opcjonalnie: łyżka koncentratu, szczypta stewii/innego słodzika
Wszystko miksuję na aksamitną pastę (nie odlewam wody z pomidorów). Pacia świetnie sprawdza się jako zastępnik ketchupu, ot choćby do ziemniaków <3

18 grudnia 2013

Ślę prezenty! Masło pierniczkowe.

Pomysł na prezent?
Dawien dawna zazwyczaj bazowałam na czymś, co od ręki można kupić. Co jest łatwo dostępne, tuż pod nosem. Na swą własną hańbę, nierzadko było to coś, co nie wymagało ani wiele wysiłku, by to zdobyć, ani zbyt dużej pomysłowości. 
A potrzeba tak niewiele, by podarować komuś kawałeczek serca. 

Wczoraj rozpoczęłam oficjalne przygotowania do wykonania planowanych przeze mnie prezentów. Takich, przez które mogę choć w minimalnym stopniu wyrazić swoje uczucia i emocje. 
Przygotowując każdy z takich prezentów, myślę o tym, czy przyniesie on drugiej osobie radość. A bardzo mi na tym zależy. Tworząc wszelkiego rodzaju prezentowe łakocie staram się ze wszystkich sił uczynić je pysznymi i miłymi dla tego, do kogo mają trafić. By zawartość pakunku obdarzyła obdarowywanego uśmiechem, poprawiła mu nastrój, przyniosła ulgę. By osoba, w której ręce trafi ów prezent, poczuła ciepły uścisk, jakim chcę ją obdarzyć. Szczególnie wtedy, gdy jest daleko i nie mogę zrobić tego osobiście.

Pierwszy prezent poszedł w świat. Niedaleki, ale wystarczająco odległy, by uniemożliwić wzajemne spotkanie. Zawartość pudełka jest skromna - skrywa w sobie niewielki słoiczek. Ale ja odmierzam wartość jego wnętrza nie w gramaturze, a w ilości włożonego weń serca. I wiem, że tak samo postąpi odbiorca :)

Jako prezent - masło orzechowe, w świątecznym, pierniczkowym wydaniu. Zgodnie ze skojarzeniem, jakie budzi we mnie adresat: ciepła i głębokiego aromatu korzennych przypraw.

Tuż przed zapakowaniem.

Rzut oka na dekorację wieczka.

Pierniczkowe masło orzechowe:
  • przetarte na miazgę orzechy ziemne (około 5 czubatych łyżek)
  • rodzynki: około 4 łyżek
  • łyżka słodzika: syropu z agawy, syropu klonowego, melasy lub miodu
  • łyżka kakao
  • zestaw przypraw: cynamon, imbir, anyż, kolendra, pieprz, gałka muszkatołowa, ziele angielskie, goździki
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego
Rodzynki podgotowałam na parze do całkowitego napęcznienia, zmiksowałam na gładką pulpę. Wymieszałam z pozostałymi składnikami, dodając kilka łyżek oleju rzepakowego dla nadania bardziej aksamitnej konsystencji. 

Masło przekładam do słoiczka, ozdabiam wieczko i ślę w świat. Oby zasmakowało :)

8 grudnia 2013

Owsianka pomikołajkowa. Na bogato.

 Mikołajki są dla mnie ważnym etapem podczas oczekiwania na nadejście Świąt Bożego Narodzenia. Wspomnienie św. Mikołaja, a w szczególności jego czynów, uprzytamnia mi, co powinno być szczególne ważne w czasie przygotowywania się na nadejście Świąt. Że liczy się chęć obdarowywania drugiego człowieka, dzielenie się z nim tym, co mamy w sposób bezinteresowny, z pragnienia serca. Że wcale nie musi to być wielkie, opakowane lśniącą, brokatową wstążką pudło kryjące w swym wnętrzu "towar luksusowy", wystarczy drobiazg. Wystarczy świadomość, że ktoś poświęcił wiele, by obdarzyć mnie drobnym gestem. Niekiedy to tylko uśmiech, ważne, by był szczery i prawdziwy. Taki, przez który i ja się uśmiecham. Bo najważniejszy jest odruch serca w nieskrępowanym, czystym i prawdziwym porywie.

Mikołajki już minęły, ale ich wspomnienie zostało. Bo data 6 grudnia powinna każdemu przypominać, by dzień po dniu obdarowywać drugiego człowieka cząstką samego siebie. By dbać o świąteczną oprawę nie tylko od zewnątrz, ale przede wszystkim od wewnątrz. 

Dzisiejsze śniadanie było nieco spóźnioną celebracją Mikołajek. Świąteczne, trącące nutą piernika, choć piernika się w nim nie uświadczyło. Ot, taki psikus. Owsianka pełna sprzeczności. Rozgrzewająca, choć przecież zimna, w niewielkiej porcji, choć na bogato. Słowem, owsianka, która oddaje atmosferę Mikołajek - nie trzeba wiele, by poczuć pełnię.

Inspiracji zasięgnęłam z tego przepisu: Granola lodówkowa Genialny w swej prostocie to raz, dwa - stwarza duże możliwości i pełne pole do popisu. Moje wariacje są tego najlepszym przykładem.


Baza:
  •  szklanka płatków owsianych
  • 25 ml oleju kokosowego (rozpuszczonego)
  • przyprawy: cynamon, imbir, kolendra, gałka muszkatołowa, anyż, goździki, ziele angielskie, pieprz
  • 4 daktyle medjool (lub 8 suszonych)
  • dwie garści goji
Daktyle namaczamy w wodzie (centymetr ponad poziom daktyli). Olej podgrzewamy wraz z mieszanką roztłuczonych na proszek przypraw do momentu, aż przejdzie ich aromatem. Przelewamy przez sitko, miksujemy razem  z daktylami (nie odlewamy wody, w której się moczyły), mieszamy z pozostałymi składnikami. Masę wykładamy na foremkę i odstawiamy do lodówki. 

Owsianka właściwa:
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 łyżki jagód goji
  • cynamon
  • dodatki! - suszone maliny i wiśnie, owoce suszonej morwy
Mieszankę zalewamy wodą, ponad centymetr ponad jej poziom, zostawiamy do napęcznienia minimum na dwadzieścia-trzydzieści minut (w moim przypadku płatki z całym wkładem moczyły się całą noc). Następnie dodajemy taką ilość granoli lodówkowej, która odpowiada naszym gustom i zapotrzebowanie na słodkości (według mnie jedna czwarta lub jedna trzecia jej ilości jest optymalna). Porządnie wymieszać i rozbić na gładką, jedwabistą strukturę (na upartego, całość można delikatnie podgrzać, by rozpuścić cząstki granoli).
I już. Owsianka gotowa. Korzenna i aromatyczna, mająca w sobie coś z pierniczka. W szczególności, gdy okrasi się ją sowicie domowymi powidłami.

17 listopada 2013

Jesienny pudding? Jaglanka!

Kipi kasza, kipi groch, lepsza kasza niż ten groch, bo od grochu boli brzuch, a od kaszy człowiek zdrów!

No właśnie. Stara, dziecinna wyliczanka, a jakże prawdziwa. Co prawda nie powiedziałabym, że groch nie jest w stanie przysłużyć się zdrowiu w stopniu takim jak kasza, ale kasza zdecydowanie daje większe pole do popisu. Kasza i na wytrawnie i na słodko smakuje dobrze, czego nie odniosłabym do grochu. Tak, tak, jestem w pełni świadoma istnienia przepisów na słodkie pasty a'la nutella bazujących na grochu, ale - póki co - moje serce pozostaje obojętne na tego typu ekscesy.

Nadchodzi jesień, jesień pełną gębą, spuszczając ze smyczy tnące policzki porywy wiatru i luzując wodze deszczowym chmurom. A ja mimo wszystko dalej niestrudzenie, co rano, wyciągam swój wysłużony rower i pędzę na zajęcia. Obiecałam sobie, że dopóki nie nastanie powrót epoki lodowcowej, z metrowymi zaspami śniegu, spod których nie sposób wyściubić nosa, buńczuczne oblicze jesieni nie będzie mi straszne.
Na śniadanie najczęściej sięgam po smoothie. Sporadycznie zastępuję je łyżeczkostajnymi owsiankami lub puddingami z kaszy. Ostatnio padło właśnie na tę drugą opcję. 

Pudding. Jaglany. Wybornie jesienny.


Próba stworzenia idealnej scenerii, hue hue!

Pudding jesienny:
  • kasza jaglana
  • sól morska, cynamon, imbir
  • bakalie: suszone figi, daktyle i morele
  • opcjonalnie: goji, karob, kakao
Przepis jest banalny. Naprawdę banalny. Prostota tego przepisu jest haniebna i jednocześnie porażająca. Oto jeden z przepisów, który - bazując na kilku składnikach - w ostatecznym rezultacie potrafi zaskoczyć. 

Krok pierwszy: gotujemy kaszę. Ilość wedle upodobania. Mój sposób na podkreślenie aromatu kaszy i nadaniu jej rozgrzewających właściwości - kaszę podprażam w garnuszku do momentu uzyskania przyjemnego, orzechowego aromatu; przepłukuję pod strumieniem bieżącej wody, naprzemiennie zimnej i gorącej, zalewam podwójną (albo nawet potrójną) ilością przegotowanej wody i gotuję. Warto zaryzykować i zwiększyć proporcje wody na kaszę - możecie mi zaufać, że jaglanka wciągnie w siebie wszystko co do kropelki, a im więcej wody, tym kasza będzie bardziej puszysta. Jak chmurka. Chcecie mieć efekt jaglanego ptasiego mleczka? Dajcie kaszy dużo pić, i tyle.

Kaszę lekko solimy i pozwalamy jej w pełni się sparować i dojść po zestawieniu z ognia. Następnie przygotowujemy mus.
Suszone owoce (prócz goji) moczymy w wodzie (dobrze pamiętać o centymetrowym zapasie wody ponad bakaliami) i miksujemy razem na gładkie puree. Ilość owoców dowolna, jeżeli chodzi o proporcje między owocami - dla mnie to kwestia gustu. W moim przypadku najczęściej stosuję równe miarki, choć dla wielbicieli słodkości polecałabym zwiększyć ilość daktyli na rzecz pozostałych. Mus przyprawić sporą dawką imbiru i cynamonu, mile widziane jest także kakao bądź karob, dobrze sprawdzą się również jagody goji - przyjemnie napuchną pod wpływem musu i podkreślą walory smakowe.

Widać już ostatnią prostą. Pozostaje tylko przełożyć całość do ulubionego naczynka, naprzemiennie - warstwa kaszy i warstwa musu. Można pałaszować od razu, choć najlepiej zostawić pudding na kilka godzin/na noc - smaki lepiej się przegryzą.

Na pytanie - dlaczego kasza jest w ogóle niedoprawiona i czy taka ma być, odpowiadam - tak, w tym tkwi główna tajemnica jesiennego puddingu. Naturalny, lekko orzechowy smak kaszy idealnie komponuje się ze słodkim, lepkim musem, czekoladowym posmakiem karobu i delikatną, kwaskowatą nutą goji. Narządy organoleptyczne zwariują, gdy dostarczy im się takiej kombinacji. Poza tym wersji wszamania takiego puddingu jest wiele. Można jeść ładnie, elegancko, nabierając małe porcje poszczególnych warstw, a można wszystko wybabachać łyżeczką i wyjadać z nieopisaną, dziecięcą radością, ozdabiając policzki i usta mało eleganckimi wąsami.

Ale czy warto przekładać elegancję ponad radość z jedzenia?

8 listopada 2013

Wariacji z kaszą ciąg dalszy. Gzik.

Gzik jest legendą.
To bardzo proste i bardzo smaczne danie, które można zaserwować sobie od ręki w przeciągu niespełna kilku minut. Potrawa słynna na całą Wielkopolskę, a myślę, że nie jest obca mieszkańcom pozostałych regionów, tyle że pod inną nazwą.
Czym jest gzik?
Gzik to po prostu twaróg zmieszany na gładko z dodatkami. Obowiązkowo ze szczypiorkiem i ogórkiem, sowitą porcją soli i pieprzu, okazjonalnie z rzodkiewką i koperkiem. Smacznie, lekko i przyjemnie, pod warunkiem, że do dyspozycji ma się nie byle jaki twaróg.
Bo twaróg musi być dobry i basta.

I tu zaczynają się schody - bo coraz bardziej zaczynam tracić zaufanie do wszystkich sklepowych serów. Może to i przesada, ale wyładowane po brzegi półki przerażają mnie ilością serków tego samego rodzaju. Po prostu zaczynam przestaję wierzyć w to, że wśród tego ogromu można odnaleźć twaróg dobrej jakości. Taki prawdziwy, lekko kwaskowy, delikatnie wilgotny i pachnący. Naturalny, zapakowany w biały, szorstki papier, sprzedawany na jarmarkach w wiklinowych koszach. Nieskomercjalizowany. Dobry twarogu, czyżby pozostało mi szukać cię już tylko i wyłącznie na jarmarkach?

No dobrze, zaczynam smęcić i przedłużać. Pora przejść do sedna. A więc w kilku słowach - od pewnego czasu staram się ograniczać nabiał. Zauważyłam, że tak na dobrą sprawę mogę się bez niego i bazować tylko i wyłącznie na produktach roślinnych. Szczególnie, że dają one szerokie pole do popisu i mnóstwo zabawy. A skoro tak, to dlaczego by i nie spróbować ryzykownego eksperymentu stworzenia gziku w roślinnej postaci? A że ostatnio nieustannie gości na moim stole kasza gryczana, to i tym razem padło właśnie na nią. 

Tym sposobem powstał próbny gzik, gryczany. Na cześć dobrego, prawdziwego twarogu, i kaszy, rzecz jasna.

 Gryczany gzik:
  • niepalona kasza gryczana - szklanka
  • ogórek 
  • rzodkiewka
  • szczypiorek i koperek
  • 1-2 łyżki oleju lnianego
  • przyprawy: sól morska, pieprz ziołowy, kurkuma, tymianek i oregano, lubczyk, czubryca (!)
Kaszę zalewamy wodą i moczymy przez noc. Rano odsączamy, dokładnie płuczemy (by pozbyć się resztek śluzu) i miksujemy z olejem oraz przyprawami. Mieszamy ze skrojonym w drobną kostkę ogórkiem i rzodkiewką, dodajemy hojną garść szczypiorku i koperku. Na koniec możemy dla wzmocnienia smaku dorzucić szczyptę czubrycy (polecam - naprawdę podkręca smak!)

Nie będę kłamać, pisząc, że pseudo-gzik smakuje jak jego oryginalny odpowiednik, bo tak nie jest. Ma podobną konsystencję, owszem, ale według mnie na tym kończy się podobieństwo. Niemniej jednak, gryczana wersja bardzo przypadła mi do gustu - jest aksamitna, wyrazista, a jednocześnie przez sam fakt, że zasadniczym składnikiem jest kasza niepalona w wersji surowej, całość odznacza się nieco chropawym, szorstkim smakiem. Ogromną zasługą wnosi ponadto sama czubryca - jest niezastąpiona w wydobyciu głębi aromatu i wszystkich skrywanych i uśpionych właściwościach potrawy. Czubryca w moich oczach mogłaby uchodzić za królową przypraw w kategorii "dania wytrawne" i serdecznie polecam ją każdemu, kto chciałby nadać swym posiłkom aromatycznej nuty.

Najlepiej serwować w słoiku. Obowiązkowo wyjadać drewnianą łychą :)

13 sierpnia 2013

Co kryło się w słoiku i o Miśku słów parę

- Zgadnij, Misiek, co jest w środku!
Misiek łypie podejrzliwie na zawartość słoika i wbija łyżeczkę w zastygniętą masę. Pierwszy kęs smakuje powoli, ostrożnie.
- Mleko?
Kiwam przecząca głową.
- Śmietana?
Znów pudło.
- Ser?
Skucha!
- Nic z tych rzeczy, Misiek. To kasza gryczana.
Misiek marszczy brwi i nie daje wiary. Ani konsystencja, ani smak nie wskazują na kaszę gryczaną. Misiek przygląda się z zaciekawieniem i choć cała jego uwaga jest poświęcona temu, aby jak najdokładniej wyczyścić zawartość słoika, to wiem, że żąda ode mnie wyjaśnień.
- Gratuluję, Misiek. Właśnie wcinasz surową kaszę gryczaną.
- Ona jest surowa?!
Misiek odchyla się wymownie na krześle, po części ze zdumienia, a po części dlatego, że w tej pozycji łatwiej dobrać mu się do ostatniego centymetra papki, która zalega na dnie słoika. Wkrótce początkowa fala niedowierzania i zadumy przeradza się w fascynację, która wizualizuje się w błyszczącym spojrzeniu oczu, świeżym uśmiechu i umazanych policzkach. 

Kim jest Misiek?
Misiek to mój brat. Starszy. Dość duży chłop. I tak się złożyło, że się nim opiekuję.
Nie jeden uśmiechnąłby się szyderczo na powyższe stwierdzenie i pokręcił z politowaniem głową. Bo najłatwiej jest sądzić i oceniać po tym, co widzi się na pierwszy rzut oka, a przecież od kiedy świat światem, to starszy brat powinien czuwać nad młodszym rodzeństwem, nie na odwrót. Bo kto to widział, żeby rozpieszczać duże chłopisko i obchodzić się z nim jak z jajkiem.
Z największą przyjemnością łamię te slogany i przeciwstawiam się konwenansom. Bo nienawidzę pozorów i norm, według których mam rozporządzać sobą. Nie godzę się na szufladkowanie w jakiejkolwiek kategorii.

Misiek zgubił swoją drogę i zabłądził w meandrach świadomości. Walczy z przekrzywionym obrazem rzeczywistości i usilnie próbuje załatać podziurawione serce. Ta walka wiele go kosztuje i wiele razy kończy się upadkiem. Ale Misiek jest dzielny i nie poddaje się łatwo, wstając raz po raz, choć z wielkim trudem.
Przez długi czas przyglądałam się tej walce z boku, nie podejmując się jakiejkolwiek reakcji. Byłam mu obca i z wielkim wstydem przyznaję, że przez długi czas nie miałam prawa nawet nazywać się jego siostrą. 
Ale przyszedł moment, kiedy zrozumiałam, co i kogo mogę stracić. Wybór był prosty. Albo w dalszym ciągu kontynuowałabym swoje życie jako wolny strzelec wpatrzony tylko we własne dobro, albo mogę otworzyć się w pełni na kogoś, kto tego potrzebuje. I kiedy to sobie uświadomiłam, nie czekałam długo na to, by zacząć działać.
Postanowiłam na powrót zostać siostrą.
I jako siostra zatroszczyłam się o Miśka w dziedzinie, w której kulał i w której czuł się niepewnie. Za walkę z chorobą przyszło Miśkowi zapłacić słoną cenę. Bombardowane lekami ciało Miśka rozrosło się i przekroczyło naturalne rozmiary, stało się powolne i ociężałe, nienasycone i nieustannie głodne. Sztuczny głód napędzał M. do zapychania i tłumienia tego pasożytniczego uczucia wbrew jego naturze, wbrew zdrowemu rozsądkowi. Nie trzeba było długo czekać, by długotrwałe zatruwanie się od wewnątrz zaowocowało przykrymi rezultatami widocznymi od zewnątrz.

Wzięłam Miśka w ryzy i pod swoją opieką, staram się go prowadzić i ułatwić mu to, co sprawiało mu trudności. Wbrew pozorom, jedzenie i odżywianie wcale nie jest takie proste. Wbrew pozorom, spożycie posiłku nie jest tak łatwe, jak się wydaje. Zwłaszcza dla kogoś, kto czuje nieustanny głód natychmiast po odstawieniu pustych naczyń.
Zaczęło się od harmonogramu. Może wydawać się to zabawne, ale odręcznie rozpisany program dnia, ze ścisłymi porami posiłków i aktywności, jest dla Miśka całą podporą i liną, której się trzyma. Wystarczyła kartka papieru, by Misiek poczuł się pewnie i odnalazł stabilizację tam, gdzie jej nie miał. Podłoże, po którym stąpa, przestało się chwiejnie kołysać, by nareszcie przeistoczyć się w nieruchomą, twardą powierzchnię, po której łatwo kroczyć.

Misiek bardzo się stara, choć niekiedy jego podejście sprawia, że częściej krew mnie zalewa niż obsypuje deszcz uroczych kwiatków. I choć może wydawać się to dziwne, program odtruwania M. jest w równym stopniu pomocny dla niego, co i dla mnie. Bo przez wspólne posiłki, przez pielęgnację zdrowych nawyków żywieniowych, dzień po dniu tworzę i umacniam rytuał dnia, w którym razem się odnajdujemy. Bo w końcu staliśmy się na nowo bratem i siostrą. Bo w końcu mogę nazwać się siostrą w oczach własnego brata.

Jest trudno. Każdego z nas ten program i olbrzymi nakład pracy kosztuje wiele wysiłku. Wiele nerwów, wybuchów gniewu, kłótni i potyczek słownych. Ale nic nie idzie marne, a owoce tego trudu okazują się być najsłodsze na świecie. Dlaczego, zapyta ktoś. Odpowiedź jest prosta.
Wystarczy jedno zdanie, które zapada w pamięć i wykuwa się kamiennym dłutem w sercu. Wystarczy usłyszeć, że dobrze mieć małą, młodszą siostrę, którą za nic w świecie by się nie oddało. Choćby i za milion dolarów.


Dziś surowa gryczanka. Na słodko. Na leniwy poranek i rozbudzenie podniebienia.

Pamiętam swoje pierwsze starcie z surową kaszą. Ciężko było mi uwierzyć w to, że surowa kasza może być jadalna. Albo inaczej, że jej spożycie w stanie surowym nie zaowocuje rewolucją żołądkową. Pamiętam, że po raz pierwszy zdecydowałam się na gryczankę w tej postaci w dzień wolny, kiedy nie musiałam wychodzić z domu, tak na wszelki wypadek, by nie kusić losu, gdyby mój brzuszek się zbuntował. 
Ale spotkała mnie miła miła niespodzianka. Nie dość, że brzuszysko nie wyraziło żadnych oznak dezaprobaty, to wręcz przeciwnie, mruczało z zadowolenia i rozkoszowało się nowo poznanym smakiem przez długie godziny.
I od tamtego czasu gryczanka często gości na moim stole.

Składniki:
  • kasza gryczana
  • daktyle (polecam w szczególności świeże)
  • mleko kokosowe (czubata łycha - dwie, oczywiście mowa o stężałej śmietance z mleka :) )
  • melasa (lub inne słodzidło, nie więcej niż łyżka)
  • jagody goji (opcjonalnie)
  • cynamon (zostawiam pełne pole do popisu: imbir, skórka cytryny i czego dusza zapragnie...)
Kaszę zalać (najlepiej na całą noc) podwójną ilością wody. Rano odsączyć, przepłukać, zmiksować z pozostałymi składnikami. Dodać jagód, porządnie wymieszać, przelać do ulubionego naczynka (ach, jak ja polubiłam słoiki!) i zostawić do przegryzienia i stężenia w lodówce, co najmniej na kilka godzin. 

A potem nie pozostaje nic innego, jak wygodnie rozsiąść się w fotelu i zajadać, zajadać, zajadać...