Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wariacje na temat... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wariacje na temat... Pokaż wszystkie posty

22 czerwca 2014

Urodzinowy jagielnik.

Z okazji obchodzenia ćwierćwiecza (ach, to już), przygotowałam dla ziomków sernik, nie-sernik, bawiąc się konwencjami i pokazując, że tradycję można łączyć z innowacją. 
Wyszło pysznie. Gwarancja jakości ze strony domowników.

Dziś sernik, w innym wydaniu. Roślinny, 100% vegan. I do tego bez pieczenia, czyli strzał w dziesiątkę, gdy awaria, bo potrzeba ciasta na już, na zaraz.



  • kubek kaszy jaglanej (ok. 300 ml)
  • 4 łyżki oleju kokosowego
  • 4 łyżki masła migdałowego (niesolonego, nieprażonego)
  • 4 czubate łyżki wybranego słodzidła (w opcji niewegańskiej - miodu)
  • 2 łyżki melasy buraczanej
  • łyżeczka soku cytrynowego
  • 3 łyżki kakao
  • cynamon, imbir
Polewa:
  • połówka dojrzałego awokado
  • 2 łyżki słodzidła
  • 2 łyżki kakao
  • cynamon
  • opcjonalnie: szczypta chili
Kaszę podprażyć, przelać gorącą i zimną wodą, ugotować w 2.5-3 szklankach wody. Zostawić do ostygnięcia.
Masę zmiksować na gładko z masłem migdałowym i olejem kokosowym. Podzielić na dwie części. Jedną wymieszać z kakao, melasą i łyżką słodzidła, sypnąć cynamonem. Do drugiej dodać sok z cytryny, słodzidło i szczyptę imbiru. Jeśli masa nie jest wystarczająco słodka, dodać więcej słodzidła.
Masę kakaową wyłożyć na foremkę, wyrównać, nałożyć część cytrynową. 
By przygotować polewę, wystarczy zmiksować do jednolitej konsystencji podane składniki. 
Całość przystroić ulubionymi dodatkami albo sezonowymi owocami. Polecam truskawki, ładnie się prezentują.

Jagielnik jest najlepszy po odstaniu kilku godzin w lodówce - odpowiednio stężeje i nabierze smaku. 

Voila, sernik-nie-sernik gotowy.

14 czerwca 2014

(No-coffee) coffee ice-cream.

Sesja trwa w najlepsze. Kanji, kanji wszędzie, struktury gramatyczne plączą się w mojej głowie na kształt niesfornego kołtuna, a odpowiednia kolejność stawiania kresek nokautuje mnie raz za razem. I kiedy udaje mi się na zasadzie gry skojarzeń zapamiętać, że zapis słowa wiek to poniekąd rok w towarzystwie zęba w aktualnie dziejącym się momencie, to mija chwila, zanim przyswoję sobie, że obecność oddziału wojskowego w określeniach przepychu, świetności i błysku nie jest czymś dziwnym. 

Swoją drogą, wstydzić się to inaczej chować serce w ucho. Ot, taka własna interpretacja, skuteczna na zapamiętanie tego czy owego znaku. 

Czyli z nauką języków nigdy nie jest nudno. 

A na czas, gdy z uszu leci para, najlepsze lody. Kawowe, a jednak nie kawowe. Ot, psikus.

  • zmrożone banany (6-8)
  • truskawki (3/4-1 szklanka)
  • czubata łyżeczka karobu
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon, hojnie, od serca
  • cykoria rozpuszczalna, płaska łyżeczka
Banany najlepiej zmrozić przez około 3 godziny. Zmiksować z pozostałymi składnikami na aksamitną masę. I już. Lody najlepsze od razu.

Dodatek cykorii wnosi ciekawy akcent i nadaje lodom delikatny, kawowy posmak. To dobre rozwiązanie dla nie-kawoszów takich jak ja, którzy kawy nie trawią, ale czasem nęci ich jej aromat.

A na koniec bonus. Czyli stan ducha raczkującego poligloty. (och, jakże się utożsamiam z Bobii-sanem!)


8 kwietnia 2014

Kanapka bez chleba. + LBA po raz II

Nadchodzi wiosna, a wraz z nią sezon na dobre (bo nasze!) owoce i warzywa. Wypad na targ jest teraz dla mnie czystą przyjemnością! Uwielbiam kluczyć wśród zieleniących się straganów, dając nura w piętrzące się stosy sałat i innych zielonych pyszności. Lubię wymieniać się pozdrowieniami ze znajomymi sprzedawcami. Lubię mieć pewność, że zawsze zostawią dla mnie zapas produktów, które notorycznie u nich kupuję. Świadomość, że ktoś bezinteresownie dba nie tylko o swoje, ale także o potrzeby innych. 
Czasem nawet mała drobnostka wystarczy, by zapewnić dobry nastrój na cały dzień.

Powoli, powolutku, można wypatrzyć już nasze, krajowe cukinie. Stąd bardzo prosty pomysł na kanapki w wersji bez chleba, na lekko, w sam raz na idealne, wiosenne śniadanie. Cukinia wspaniale nadaje się jako podkład pod ulubione dodatki. Wystarczy pokroić ją na grube plastry, delikatnie posolić i opłukać po okołu 15 minutach, by usunąć goryczkę i nałożyć wybrane dodatki. Choć od pewnego czasu trzymam się reguł diety wegańskiej (i naprawdę, bardzo mi z tym dobrze), i tym samym jajek nie jadam, to umieszczam propozycję śniadania, jakie można przygotować komuś bliskiemu, lub smakoszy jajek we wszelkiej postaci.


kanapki bez chleba approved. Zdobyły uznanie ziomków.

Otrzymałam nominację do LBA od Agnieszki (blog Żona zrównoważona ) za co serdecznie dziękuję! Wyróżnienie mojego bloga znaczy dla mnie bardzo wiele - to taka nagroda za to co robię i utwierdzenie w przekonaniu, że warto. Świadomość, że mogę dostarczać inspiracji i dzielić się swoją pasją jest największą zapłatą i powodem do radości. Dlatego jeszcze raz dziękuję!

Co to takiego jest LBA i o co w tym wszystkim chodzi?

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie  obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

A oto moje odpowiedzi na pytania:

1. Najbardziej zaskakujące połączenie smaków jakie jadłeś/jadłaś to…
Połączenie szpinaku i banana, gdy spróbowałam go po raz pierwszy :) Jako ostatnie odkrycia stulecia uważam duet daktyli i wiśni oraz dressingu sałatkowego z masła migdałowego i sosu sojowego.

2. Gdybym był(a) warzywem lub owocem, byłoby to… ;-)
Zważywszy na ilości pochłanianych bananów, to pewnie bananem ;) Ale najchętniej zostałabym czereśnią.

3. Najczęściej gotuję…
Ostatnio gotowanie wypierają w głównej mierze wszelkiego rodzaju smoothies i sałatki. Mówiąc jednak ogólnie, najczęściej sięgam po kasze lub ziemniaki w mundurkach.

4. Ostatnio czytam…
Jako zagorzały książkofil, mam w nawyku sięgać po kilka tytułów na raz. Obecnie czytam Pasję według objawień bł. Katarzyny Emmerich, Kimono Lizy Dalby i Historię literatury japońskiej Mikołaja Melanowicza.

5. Bloguję, bo…
Lubię. Chcę dzielić się z innymi swoją pasją i wzajemnie wymieniać się inspiracjami.

6. Dziennie, blogowanie zajmuje mi…
Nie jestem w stanie regularnie, dzień po dniu, prowadzić własnego bloga, ale systematycznie, na bieżąco, sprawdzam wpisy innych blogowiczów.

7. Najbardziej mnie cieszy kiedy…
To, co robię, jest powodem radości innych, kiedy moje wysiłki przynoszą owoce i wszechogarniające poczucie wolności, radości i wdzięczności za to, co mnie otacza.

8. Jaką umiejętność chciałbyś/chciałabyś mieć a nie masz?
Gdybym mogła wybrać, to chciałabym być bardziej wytrzymała na ból.

9. Gdybyś mógł/mogła znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie, to byłoby to…
Okinawa. Albo Kioto.

10. W wolnym czasie najbardziej lubię:
Tworzyć, w szczególności rysować, projektować kroje ubrań lub szkice postaci do celów własnych. Pitraszenie potraw relaksuje mnie w równym stopniu. I rzecz oczywista: czytanie i jazdę na rowerze.

11. To co najbardziej przyczynia się do mojego dobrego samopoczucia to sen, dieta czy sport?
Nieodłącznie styl jedzenia i rower :)

Chciałabym zaprosić do zabawy i nominować poniższe blogi:
1. Vegan Party Girl with soul of Vegan Housewife
2. Hot and cold
3. Green fork vege
4. Żółwik na tropie wege pyszności
5. My vegan kitchen
6. Co na wege obiad?
7. Niemięsojadka
8. Elf w kuchni
9. Blond Wege
10. Veganfotoku
11. Morgan wege kitchen

Oto lista moich pytać:
1. Danie, które nieodłącznie kojarzysz z wiosną?
2. Śniadanie - na słodko, czy na wytrawnie?
3. Smak dzieciństwa, który zawsze budzi wspomnienia?
4. Huczny bankiet czy kameralna kolacja? Dlaczego?
5. Jeśli miałabyś/miałbyś wybrać, jakie zwierzę odzwierciedla Twoją osobowość i dlaczego?
6. Danie, które koniecznie chcesz spróbować, choć masz pewne obawy...
7. "Książka, która ostatnio dostarczyła mi inspiracji"
8. Co sprawia, że czujesz się wolna/wolny?
9. "Iskra, która rozpaliła we mnie zapał do gotowania, to...?"
10. Słodkość, której nigdy nie jesteś w stanie sobie odmówić.
11. Wyobraź sobie, że tworzysz swój portret w oparciu o wybrane produkty. Jaki produkt/potrawa najlepiej odzwierciedliłaby Twoją osobowość?

Dziękuję każdemu blogowiczowi, który zechce dołączyć do zabawy :) 


29 marca 2014

Mój pierwszy raz: kimchi

Nie znoszę kiszonej kapusty.
Próbowałam się z nią zaprzyjaźnić już kilkakrotnie. Za każdym razem próby te kończyły się kompletną klapą.
Jakby to rzec - choćby i nie wiadomo jak się starać, to i tak nic z tego. 

Równocześnie jestem uparta. Do granic niemożliwości. Jak raz coś postanowię, to nie ma przebacz. Tak ma być i koniec. A postanowiłam sobie, że będę jeść więcej kiszonek. I co z tym fantem zrobić?

Skoro kiszona kapusta staje mi w gardle na samą myśl, to podejdę ją od innej strony. I dzięki zakulisowym działaniom, w chwili obecnej, jem kapuchę dzień w dzień. Tak ją przechytrzyłam! Taka dobra!


Kimchi - bo o niej mowa - przygotowywałam pierwszy raz w życiu. Z przepisu, który jak dla mnie okazał się idealny i do niego odsyłam: foodpornveganstyle - kimchi
Na pewno będę sięgać po niego jeszcze nie jeden raz. To dzięki niemu kiszona kapucha już mi nie jest straszna <3

Podaję za oryginałem, z lekkimi modyfikacjami w mojej wersji:

  • 1,5-2 średniej kapusty pekińskiej (pokrojonej w paski bez głąba-białej twardej części)
  • 14cm rzodkwi Daikon
  • 5 cm kawałek pora
  • 1 średnia marchew
  • 1 średnia dymka z pęczkiem szczypiorku
  • 1 jabłko (obrane i pokrojone w kostkę) (nie dodałam)
zaprawa/marynata:
  • 350g przecieru pomidorowego
  • 7 dużych ząbków czosnku (wyciśniętych)
  • gruby (ok. 7cm długi) kawałek imbiru (starty)
  • 1,5 łyżeczki chili w proszku (dodałam 0.5 łyżeczki chili i łyżeczkę słodkiej papryki
  • 1 łyżka sosu sojowego lub 1 czubatą łyżkę jasnej pasty miso(użyłam 1.5 łyżki sosu tamari)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 łyżeczka brązowego cukru (zamiast cukru użyłam 1 łyżkę miodu lipowego)
PRZYGOTOWANIE:
1.Pierwszym etapem przygotowania Kimchi jest pokrojenie i wstępne ukiszenie kapusty. Istnieje wiele sposobów które można znaleźć w innych przepisach jednak my będziemy korzystali ze sprawdzonego i najpraktyczniejszego z nich. Po wykrojeniu głąba i pokrojeniu kapusty w paski myjemy ją pod bieżącą, letnią wodą np na sicie. Następnie wilgotną przekładamy do foliowej reklamówki i sypiemy tam ok 2 łyżki soli dokładnie wcierając ją w kapustę. Reklamówkę szczelnie zawiązujemy i umieszczamy w garnku/misce (np. glinianej). Przyciskamy czymś z góry aby kapusta pod wpływem soli i ciężaru puściła sok. Zostawiamy ją na ok 6 godzin w pokojowej temperaturze (ok 18 stopni).
 
2. Kapustę wyciągamy z reklamówki i płuczemy pod bieżącą wodą. Wodę powstałą wskutek wstępnego kiszenia zachowujemy aby dodać ją później do reszty składników.

3. Kapustę mieszamy z pokrojonymi warzywami a następnie z zaprawą poprzez dokładne jej wcieranie. Całość przekładamy do dużego, wysterylizowanego słoja lub pojemnika który można szczelnie zamknąć. Układamy mocno ubijając. Zawartość nie powinna przekraczać 3/4 pojemności słoja. Należy pamiętać aby unikać plastikowych pojemników, które wchodzą w niezdrową dla nas reakcję z wydzielającym się pod wpływem fermentacji kwasem. Następnie zalewamy przygotowaną wodą ze wstępnego kiszenia (punkt 2).

4.Po zakręceniu słoika zostawiamy kimchi przez min 1 tydzień w temperaturze ok 10 stopni - najlepiej wynieść słój do piwnicy. Nie można słoja otwierać ponieważ bakterie rozkładające cukry na kwas mlekowy rozwijają się w środowisku beztlenowym. Wydzielający się podczas kiszenia sok wypchnie powietrze do góry pojemnika, powodując fermentację. Kiedy już otworzymy słój z kimchi należy je zjeść w ciągu tygodnia lub w przeciwnym wypadku porozkładać do mniejszych słoików i zapasteryzować.

 Jedźcie kimchi, bądźcie zdrowi!

25 marca 2014

Czekoladowy jogurt owsiany.

Lubię kremową, aksamitną konsystencję. I moment, kiedy zatapiam łyżeczkę w delikatnej jak puch, słodkiej zawiesinie. 

Miałam ochotę na owsiankę, ale w innym wydaniu, jogurtowym. Delikatnie kwaskowym. Zaskakującym.

Jogurt owsiany przygotowywałam już kilka razy, zawsze korzystając z tego przepisu: Owsiany jogurt DIY
Premiera dopiero dziś. Spóźniona, ale to zdecydowanie najlepsza odsłona moich eksperymentów z jogurtem owsianym.

Miła niespodzianka dla podniebienia. I dobra okazja na prezent dla najbliższych. Z pewnością warta wykonania, by zobaczyć uśmiech zaskoczenia na twarzy smakującego. W szczególności wtedy, gdy wraz z ostawieniem przez niego łyżeczki, zdradza się szczegóły dotyczące składników :)

 W wersji czekoladowej...

 ...i w wersji dla Mamy...


Baza:
  • 1.5-2 szklanki płatków owsianych
Płatki zalewamy ponad ich poziom wodą, zostawiamy na kilka godzin (najlepiej na całą noc). Następnie zmiksować, zostawić w ciepłym miejscu na 2-3 dni, do momentu, kiedy jogurt będzie wystarczająco kwaśny. 

Trochę z niecierpliwości, a trochę z ciekawości, pod koniec pierwszego dnia dodałam zawartość jednej fiolki probiotyku wymieszanej w niewielkiej ilości letniej wody i do uprzednio lekko podgrzanego jogurtu. Całość zawinęłam ciasno ściereczką i zostawiłam na całą noc w ciepłym, nagrzanym miejscu. Rano jogurt był gotowy - o ciężkiej, zawiesistej konsystencji, z delikatnie kwaskowym posmakiem.

Jogurt czekoladowy:
  • jogurt owsian
  • krem daktylowo-morelowy: szklanka namoczonych w wodzie suszonych daktyli i moreli, zmiksowana na gładką pastę z cynamonem i (ewentualnie) imbirem
  • łyżeczka karobu
  • garść suszonych owoców (polecam morwę i jagody goji)
Przygotowanie jest bagatelnie proste. Jogurt (w takiej ilości, na jaką mamy ochotę), miksujemy wraz z dowolną ilością kremu daktylowo-morelowego, karobem, dodajemy suszonych owoców i odstawiamy na godzinę (niekoniecznie do lodówki) - smaki dostatecznie się przegryzą, a suszone owoce będą mieć czas, by napęcznieć i zmięknąć. 
Dla wielbicieli czekolady (w poczet których się zaliczam), na czas przygotowania kremu daktylowo-morelowego polecam zwiększyć proporcje daktyli względem moreli.

Dla Mamy przygotowałam wersję ze świeżym, niepasteryzowanym miodem lipowym, cynamonem i ekstraktem z suszonej śliwki. Jogurt owsiany w takim wydaniu bardzo Mamie zasmakował.

Zachęcam do eksperymentów. Naprawdę warto. A i wbrew pozorom, taki jogurt może być świetnym pomysłem na sprawienie komuś przyjemnej, słodkiej niespodzianki.

12 lutego 2014

Vegan curry

Czuję się jak podróżnik w czasie, starając się nadrobić zaległości i dodawać te przepisy, po które sięgałam jeszcze w zeszłym roku. Robię to notorycznie - niezręcznie cykam zdjęcia przygotowanego jedzenia, by zapomnieć o nich na kolejne sto lat. A potem przeglądam folder niewydarzonych fotografii i myślę sobie, że ten-a-ten przepis to już dawno powinnam wrzucić na bloga. W rezultacie staram się odkopać w zakamarkach pamięci dokładne proporcje i doprowadzając się niejednokrotnie do przegrzania czachy. 

Choć obecnie przeprowadzam przygotowania do wielkiego wyzwania wiosenno-letniego, przestawiając się na surowiznę, to pozwolę sobie powspominać dawniejsze, jeszcze zeszłoroczne dzieje. Dziś propozycja niewyszukanego, ale wcale nie gorszego posiłku.
 
Prosto, ale smacznie. 
Czyli przepis na stare jak świat curry, tyle, że w wersji wegańskiej. 
Gdy brak pomysłu na coś wymyślnego, gdy czas nagli, gdy wszyscy głodni.

  • szklanka brązowego ryżu
  • pół szklanki fasolki azuki
  • pół puszki kukurydzy
  • czerwona cebula
  • dwa ząbki czosnku
  •  łyżka oleju (użyłam kokosowego)
  • szklanka lub dwie skrojonych w plastry pieczarek
  • pół czerwonej, skrojonej w cienkie paski papryki
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego/pół szklanki przecieru pomidorowego
  • przyprawy:  pieprz ziołowy, kurkuma, sól morska, kozieradka, oregano, kolendra, kmin i kminek, czubryca, papryka ostra, szczypta chili, odrobina cynamonu, lubczyk, koperek
  • szczypiorek
Fasolkę i ryż namoczyć na noc. Przepłukać pod bieżącą wodą, ugotować w czterech-pięciu szklankach wody z odrobiną soli, kminu, kminku i kolendry. W międzyczasie posiekać cebulę, zeszklić na patelni razem z czosnkiem. Dorzucić pieczarki, przyprawić.  Wymieszać z ugotowanym ryżem, przecierem pomidorowym, kukurydzą, na ostatnie trzy minuty dodać paprykę. Podawać ze szczypiorkiem lub garścią ulubionych kiełków. 

Jak zawsze - smacznego!

25 stycznia 2014

Vegan jelly. LB.

Dobra galaretka nie jest zła.
Zwłaszcza, gdy może poszczycić się mianem "100% natural".
Galaretki 1-2-3 po raz drugi, tym razem w wydaniu truskawkowym.

  • 2 szklanki mrożonych truskawek
  • pełna łyżeczka agaru
  • cynamon, imbir
  • drylowane wiśnie (mrożone) - wedle upodobania
  • wybrane słodzidło - 2-3 łyżki lub więcej dla wielbicieli słodkości (w wersji niewegańskiej można sięgnąć po miód)
Truskawki wrzucamy do rondelka i podgrzewamy na małym ogniu do momentu, kiedy całkowicie się rozpadną i uzyskają gładką, jednolitą konsystencję. Agar rozprowadzamy w niewielkiej ilości wody, dolewamy do truskawek, czekamy do zagotowania. Masę zestawiamy z ognia, dosładzamy, posypujemy cynamonem i przelewamy do foremki. Dekorujemy wiśniami lub innymi owocami, zostawiamy do stężenia (bez konieczności schładzania w lodówce). 
A potem kroimy w kostkę i podajemy ku uciesze wszystkich galaretkożerców.

Zostałam nominowana przez Klaudynę do LB, za co serdecznie jej dziękuję :) Włączenie mojego bloga do zabawy było dla mnie niezmiernie miłe :)

1. Ulubiony pisarz?
Długo by wymieniać...Ale nieskończoną miłością darzę Victora Hugo, Natsume Sousekiego i Wista Szostaka.
2. Lato czy zima?
Zdecydowanie lato!
3. Pies czy kot?
Kot-kot-kot-kot <3
4. Niewegański przysmak za którym tęsknisz?
Póki co nie jestem 100% weganką, ale czasem zdarza mi się westchnąć z żalem na myśl o twarogu, z którym pożegnałam się pewien czas temu.
5. Gdzie lubisz spędzać wakacje?
W miejscach obfitujących w naturę, relikty przeszłości i monumenty sztuki.
6. Twoje popisowe danie?
Ponoć pesto, i kostka czekoladowa w rozmaitych odsłonach ;)
7. Ulubiony owoc?
Nie mam ulubionego owocu. Szaleję na punkcie wszystkich i nie jestem w stanie wymienić tylko jednego, jedynego ulubionego.
8. Kawa czy herbata?
Herbata, ale tylko zielona.
9. Dlaczego weganizm?
Póki co, nie jestem 100% weganką, więc odpowiedź na to pytanie byłoby z mojej strony kłamstwem.
10. Ulubiony deser?
Smoothie czekoladowe. I domowe czekoladki!
11. Sok warzywny czy owocowy?
Sok marchewkowy podbił moje serce i nie ma już w nim miejsca na jakikolwiek inny.

A oto moje pytania:
1. Śniadanie na słodko czy wytrawnie?
2. Sporządzając posiłek, kierujesz się rozsądkiem czy intuiccją?
3. Potrawy zimne czy ciepłe?
4. Jakie nawyki żywieniowe chciałabyś/chciałbyś zmienić?
5. Koc, ciepłe kakao i kocyk czy rower tudzież sportowe buty?
6. Mruczenie kota na kolanach czy radosny szczek psa witający od progu?
7. Jaka potrawa zawsze poprawia Ci nastrój?
8. A z kolei jakie danie, na samą myśl o nim sprawia, że się wzdrygasz?
9. Książka, która szczególnie Cię wzruszyła, do łez.
10. Temperatura minus piętnaście na minusie czy blisko trzydzieści na plusie?
11. Powiedzenie, motto, okrzyk - cokolwiek, co zawsze sobie powtarzasz, by dodać sobie otuchy lub odwagi.

6 stycznia 2014

Klasyczna bawarka w nieklasycznym wydaniu

Smaki dzieciństwa. 
Wspomnienie tego, co nierozerwalnie przywodzi na myśl dawną beztroskę. To podróż w czasie do minionych chwil, tych kilku urywek, które trwale zapisały się w pamięci. Jest ich wiele, a każdy pielęgnuje swoje własne, niepowtarzalne wspomnienie. Dla kogoś może być to kawałek chrupiącego chleba z truskawkami, dla innych bułka ze śmietaną i cukrem, miseczka owsianki, grzanki z patelni, babcine powidła. Dla mnie jednym ze smaków dzieciństwa, bezpowrotnie minionych, jest bawarka. Herbata z mlekiem. Napój wymagający - albo się go kochało, albo nienawidziło. W moim przypadku, była to miłość pomieszana ze łzami, miłość trudna i kapryśna, która nie raz objawiała się w sączeniu tej hybrydy przez zaciśnięte zęby, jednocześnie myśląc już o kolejnej porcji. Ot, taki paradoks.

Bawarki nie piłam całe wieki. Jej wspomnienie nachodziło mnie czasem raz i drugi, ale nadszedł czas, kiedy myśl o bawarce okazała się silniejsza niż zazwyczaj i nachodziła mnie dniami i nocami. A kiedy ostatecznie uległam wewnętrznemu pragnieniu napicia się bawarki, to zrealizowałam je w iście królewski sposób. 

Na spokojne, lenie popołudnie. Klasyczna bawarka w wydaniu nieklasycznym. Tradycja i innowacja wespół w jednym kubku.



  • zielona herbata
  • mleko (roślinne w przypadku opcji wegańskiej)
  • przyprawy: pieprz, ziele angielskie, kardamon, goździki, imbir, cynamon, anyż
  • opcjonalnie - coś do posłodzenia
Podstawą jest aromatyczna woda - pół litra wody gotować na małym ogniu, przez 5-10 minut razem z przyprawami. Odczekać trzy minuty, zalać dwie łyżeczki zielonej herbaty, zaparzać od 3 do 8 minut, w zależności od dawki energetycznego kopa, jakiego chcemy sobie zafundować (im dłuższe parzenie, tym bardziej relaksujące właściwości zielonej herbaty). Na tym etapie dobrze dodać wybrany słodzik - ja parzyłam herbatę razem z odrobiną suszonej stewii. Po przestudzeniu (lub nie, w zależności od własnych upodobań), dolewamy pożądaną ilość mleka - użyłam świeżego mleka koziego, ze względu na jego delikatnie orzechowy, słodkawy posmak.

I już. Bawarka gotowa. I choć daleko jej do tej surowej, nieco szorstkiej wersji z lat dzieciństwa, to w równym stopniu przywodzi jej dawne wspomnienie. Z tym, że znacznie bardziej wypełnione miłością. Az po same brzegi.

20 grudnia 2013

Na słodki prezent. Trufle pomarańczowe.

Własnoręcznie przygotowane prezenty są wyjątkowe.
Zawierają olbrzymi przekaz uczuciowy i ładunek emocjonalny, odsłaniając więź między dającym a obdarowywanym. Ich wartość mierzy się ilością serca włożonego w ich przygotowanie. I wyrażają więcej niż milion słów.

Cykl "Upitraśmy prezent" uważam za oficjalnie rozpoczęty. Dziś - trufle, mocno kokosowe, na wskroś pomarańczowe. Dla wielbicieli cytrusowych aromatów i wszelkich łakomczuszków. Dla wszystkich ze słodkim zębem. Dla wszystkich, którzy ponad perfekcjonizm i symetrię przekładają pragnienie i chęć wywołania radości.




 
Składniki:
  • szklanka wiórków kokosowych (domowe najlepsze <3)
  • 3-4 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki słodzidła: syrop z agawy, syrop klonowy, miód (sięgnęłam po miód lipowy)
  • przyprawy korzenne: cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, anyż, kolendra, pieprz i ziele angielskie
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej (użyłam domowej produkcji)
  • 2 łyżki masła migdałowego
  • opcjonalnie: orzechy, kakao
Skórkę pomarańczową zalewam niewielką ilością wody i pozostawiam do zmiękczenia. Rozpuszczam olej kokosowy z miodem, mieszam z przyprawami, blenduję na aksamitną masę z masłem migdałowym, wiórkami i skórką pomarańczową. Masę odstawiam do lodówki.
Gdy masa stężała, podzieliłam ją na mniejsze porcje i ulepiłam kulki. W każdą włożyłam po kawałku orzecha brazylijskiego i obtoczyłam w kakao.
Trufle, do czasu wręczenia ich jako prezent świąteczny,  należy przechowywać w lodówce. Nie ma obawy, że coś się z nimi do tego czasu stanie - daję słowo.

Lepienie trufelków nie przysparza żadnych trudności - masa jest zwarta i bardzo elastyczna, jak miękka plastelina. Problem zaklejonych, lepkich rąk i obsypanych skrawków? Nie tutaj.

Polecam jako jedną z możliwych opcji prezentu. Dla każdego, kto lubi słodkości, w szczególności te o świątecznym charakterze. Jeżeli ma się do czynienia z łasuchami i jeżeli samemu jest się łasuchem. Warto podzielić się z drugą osobą zarówno słodkimi pysznościami, jak i sporym kawałkiem własnego serducha :)

W planach na dalsze pitraszenie prezentów mam marcepanową czekoladę i domowe snickersy. O wynikach i ostatecznych rezultatach - już wkrótce :)

22 listopada 2013

RAW SUSHI

Kuchnia raw coraz bardziej mnie inspiruje. Zaczynam w coraz większym stopniu ulegać czarowi jej prostoty, bazującej na czystości nieprzekształconych, w pełni naturalnych smaków. Odkrywam coraz większą radość w poszukiwaniu co rusz nowych połączeń i zaskakujących kombinacji. Eksperymentowanie z nieprzetworzonym surowcem rozpala we mnie ukryte pokłady energii i wprawia w stan ekscytacji. Za każdym razem, gdy sięgam po dany produkt, zastanawiam się, w jaki sposób mogę go wykorzystać tak, by zachować jego stan pierwotny? Być może zabrzmi to śmiesznie, ale dzięki czerpaniu inspiracji z raw food
czuję, że moja kuchnia rozwija się coraz bardziej, a ja sama przeistaczam się w osobę twórczą. Nie jestem jedynie technicznym wykonawcą czynności, ale twórcą. Nie czuję ograniczeń, wręcz przeciwnie - oto otwiera się przede mną złożony, obfitujący w naturalne bogactwa świat natury. A ja jestem jego częścią, w jego centrum, a nie daleko, poza nim. A im bardziej sobie to uświadamiam, tym bardziej odczuwam radość ze wszystkiego, co mnie otacza. Zaczynam rozumieć, że mniej znaczy więcej, i tym sposobem prostota praktykowana w kuchni zaczyna przenosić się na inne dziedziny życia. Mniej, znaczy więcej, i już.

Prezentacja musi być.

I ze zbliżeniem na zawartość.

  • płat nori
  • pół szklanki niepalonej kaszy gryczanej
  • sałata
  • szklanka kiełków fasoli mung
  • papryka
  • ogórek
  • biała rzodkiew
  • szczypiorek
  • pół dojrzałego awokado
  • kurkuma, pieprz, sól, papryka, lubczyk, kozieradka, czubryca
Kaszę moczymy minimum przez 6 godzin (najlepiej zostawić na noc). Odcedzić i przepłukać pod bieżącą wodą. Awokado zblendować, połączyć z kaszą i przyprawami. Masę wyłożyć na arkusz nori, uklepać i wyrównać do boków. Wyłożyć kilkoma liśćmi sałaty, na wierzchu ułożyć kiełki wraz ze skrojonymi w cienkie paski warzywami. Posypać dodatkowo kurkumą i czubrycą. Płat nori zwinąć w rulon, końce delikatnie zwilżyć wodą i skleić. Uformować na kształt walca, przekroić na dwie lub więcej części. Sushi podano!

Pokochałam kiełki! W ramach eksperymentów nabyłam opakowanie fasolki mung, z myślą o jej skiełkowaniu. Bez bicia przyznaję się, że początkowo miałam obawy, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Ale gdy już coś sobie postanowię, muszę to poddać realizacji, by przynajmniej móc sobie powiedzieć - próbowałam. Tym samym rozpoczęłam domową produkcję kiełków, która w chwili obecnej wrze u mnie pełną parą. Jak tylko skiełkuję jedną porcję, natychmiast przygotowują kolejną. Kiełki są super, poświadczam to ja i mój ucieszony brzuszek. Cenię je sobie za chrupkość i orzeźwienie, nie wspominając nawet o genialnej prostocie ich smaku! Soczystość skiełkowanych ziarenek, nieznacznie oprószonych solą podbiła moje kubki smakowe i po raz kolejny dała dowód na to, że minimalizm w kuchni jest najlepszą drogą na odkrycie w pełni jej bogactw. 
 
Czy próbował ktokolwiek kiedykolwiek skiełkować fasolkę azuki? Z fasolką mung jestem za pan brat, ale rzecz ma się zupełnie istotnej z tym małym uparciuchem...Będę wdzięczna za jakiekolwiek wskazówki i rady!

15 listopada 2013

Galaretki raz-dwa-trzy

Czyli nie ma nic prostszego od galaretki w wersji "na wegańsko".
Nowości w tym żadnej nie ma, bo agar od dawien dawna przestał być tajemnicą i w pełni rozszalał się na wszelkiego rodzaju blogach i portalach kulinarnych. Dlatego dzisiejsza notka jest raczej przypomnieniem, że o wegańską galaretkę wcale nie trudno i wystarczy dosłownie półtorej minuty, by takową przygotować. 

Galaretki raz-dwa-trzy, czyli o tym, jak zrobić galaretkę w trzech prostych krokach, bazując na trzech składnikach i mając do dyspozycji mniej niż trzy minuty.


Dzisiejsi bohaterowie - galaretki raz-dwa-trzy:
  • sok owocowy (wykorzystałam jabłkowy, sprawdzony jest także ananasowy i marchewkowy ;))
  • agar
  • cynamon
No to ruszamy.
Zasada jest prosta - na litr płynu stosuje się dwie płaskie łyżeczki agaru. Wystarczy. Tym razem wykorzystałam połowę z proporcji. Sok podgrzewamy, dosypując sowicie cynamonu; agar mieszamy w kilku łyżkach ciepłego soku, by uzyskać jednolity płyn i dolewamy do całości. Czekamy do zagotowania, zestawiamy z gazu, przelewamy do foremek i zostawiamy do całkowitego ścięcia, bez konieczności przechowywania galaretek w lodówce. 
Sok owocowy jest wystarczająco słodki, nie ma potrzeby dodawania cukru tudzież innych słodów. 

Lekkie, łatwe i przyjemne. A jakie smaczne. I w pełni naturalne. 
Mała rzecz, a cieszy. I przy okazji, kolejny gastro tworek, który dowodzi, że zdrowe może oznaczać smaczne.

8 listopada 2013

Wariacji z kaszą ciąg dalszy. Gzik.

Gzik jest legendą.
To bardzo proste i bardzo smaczne danie, które można zaserwować sobie od ręki w przeciągu niespełna kilku minut. Potrawa słynna na całą Wielkopolskę, a myślę, że nie jest obca mieszkańcom pozostałych regionów, tyle że pod inną nazwą.
Czym jest gzik?
Gzik to po prostu twaróg zmieszany na gładko z dodatkami. Obowiązkowo ze szczypiorkiem i ogórkiem, sowitą porcją soli i pieprzu, okazjonalnie z rzodkiewką i koperkiem. Smacznie, lekko i przyjemnie, pod warunkiem, że do dyspozycji ma się nie byle jaki twaróg.
Bo twaróg musi być dobry i basta.

I tu zaczynają się schody - bo coraz bardziej zaczynam tracić zaufanie do wszystkich sklepowych serów. Może to i przesada, ale wyładowane po brzegi półki przerażają mnie ilością serków tego samego rodzaju. Po prostu zaczynam przestaję wierzyć w to, że wśród tego ogromu można odnaleźć twaróg dobrej jakości. Taki prawdziwy, lekko kwaskowy, delikatnie wilgotny i pachnący. Naturalny, zapakowany w biały, szorstki papier, sprzedawany na jarmarkach w wiklinowych koszach. Nieskomercjalizowany. Dobry twarogu, czyżby pozostało mi szukać cię już tylko i wyłącznie na jarmarkach?

No dobrze, zaczynam smęcić i przedłużać. Pora przejść do sedna. A więc w kilku słowach - od pewnego czasu staram się ograniczać nabiał. Zauważyłam, że tak na dobrą sprawę mogę się bez niego i bazować tylko i wyłącznie na produktach roślinnych. Szczególnie, że dają one szerokie pole do popisu i mnóstwo zabawy. A skoro tak, to dlaczego by i nie spróbować ryzykownego eksperymentu stworzenia gziku w roślinnej postaci? A że ostatnio nieustannie gości na moim stole kasza gryczana, to i tym razem padło właśnie na nią. 

Tym sposobem powstał próbny gzik, gryczany. Na cześć dobrego, prawdziwego twarogu, i kaszy, rzecz jasna.

 Gryczany gzik:
  • niepalona kasza gryczana - szklanka
  • ogórek 
  • rzodkiewka
  • szczypiorek i koperek
  • 1-2 łyżki oleju lnianego
  • przyprawy: sól morska, pieprz ziołowy, kurkuma, tymianek i oregano, lubczyk, czubryca (!)
Kaszę zalewamy wodą i moczymy przez noc. Rano odsączamy, dokładnie płuczemy (by pozbyć się resztek śluzu) i miksujemy z olejem oraz przyprawami. Mieszamy ze skrojonym w drobną kostkę ogórkiem i rzodkiewką, dodajemy hojną garść szczypiorku i koperku. Na koniec możemy dla wzmocnienia smaku dorzucić szczyptę czubrycy (polecam - naprawdę podkręca smak!)

Nie będę kłamać, pisząc, że pseudo-gzik smakuje jak jego oryginalny odpowiednik, bo tak nie jest. Ma podobną konsystencję, owszem, ale według mnie na tym kończy się podobieństwo. Niemniej jednak, gryczana wersja bardzo przypadła mi do gustu - jest aksamitna, wyrazista, a jednocześnie przez sam fakt, że zasadniczym składnikiem jest kasza niepalona w wersji surowej, całość odznacza się nieco chropawym, szorstkim smakiem. Ogromną zasługą wnosi ponadto sama czubryca - jest niezastąpiona w wydobyciu głębi aromatu i wszystkich skrywanych i uśpionych właściwościach potrawy. Czubryca w moich oczach mogłaby uchodzić za królową przypraw w kategorii "dania wytrawne" i serdecznie polecam ją każdemu, kto chciałby nadać swym posiłkom aromatycznej nuty.

Najlepiej serwować w słoiku. Obowiązkowo wyjadać drewnianą łychą :)

30 października 2013

Z ziemi indyjskiej do..hawajskiej?

Znów nadszedł czas na zupę. Gęstą, aromatyczną, ciepłą. A jeśli ma być zupa, to koniecznie w doborowym towarzystwie. Rzecz jasna, mowa o plackach. I to nie byle jakich, bo puchatych ponad miarę. Nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy. Zwłaszcza, jeżeli z dolnej półki w lodówce łypie na człowieka zalegająca pucha kokosowego mleczka. A skoro już jest się w posiadaniu takowej, mając jednocześnie w zanadrzu puchnącego brokuła, to dlaczego by nie wcielić się w masterchefa tudzież inną znamienitą znakomitość i nie stworzyć własnej wizji kuchni indyjskiej.

To do dzieła. Wariacje na temat indyjskich specjałów czas zacząć.

Na pierwszy ogień - placki:
  • 2 szklanki mąki orkiszowej
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego
  • przyprawy: oregano, kurkuma i pieprz ziołowy, sól, tandoori masala, sól morska, kozieradka
  • pietruszka, koperek - wedle uznania
Wszystkie składniki mieszamy i zagniatamy w elastyczną kulkę. Odstawiamy do leżakowania przynajmniej na godzinkę. Po tym czasie rozrabiamy ciasto, kroimy na kilka równych części i rozwałkujemy na okrągłe placuchy. Pieczemy na suchej patelni. Ot, cała filozofia.
Najlepsze na ciepło. Bezapelacyjnie.

Zupa:
  • duży brokuł
  • bulion warzywny (im bardziej przyprawiony, tym lepiej ;) jak zawsze, dla niepowtarzalnego aromatu, polecam jako wkładkę podpieczoną na kuchence cebulę) - około litra
  • szklanka mleka kokosowego
  • przyprawy: kurkuma, tandoori, pieprz, sól morska, oregano, kozieradka, kurkuma, szczypta cynamonu, kumin, kolendra i kmin
  • łyżka oleju kokosowego
  • czerwona cebula
  • zielona pasta curry
  • wiórki kokosowe
Pastę curry rozrabiamy w niewielkiej ilości wody i podgrzewamy w sporym garze. W międzyczasie szklimy na oleju kokosowym zmieloną kolendrę wraz z kuminem i kminkiem. Gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulę, podgrzewamy do zeszklenia. Dodajemy ściętego w drobne różyczki brokuła, następnie przerzucamy wszystko do gara z podgrzaną pastą curry. Całość zalewamy bulionem, dodajemy pozostałe przyprawy, ewentualnie dolewamy odrobinę wody. Gdy brokuł nabierze soczystej zieleni, zdejmujemy zupę z palnika i dodajemy mleko kokosowe. Całość miksujemy na aksamitny krem. Wedle upodobania posypujemy koperkiem, pietruszką, podprażonymi wiórkami kokosowymi. 
Podajemy w towarzystwie placków. I zajadamy się, ciesząc się z fantastycznej konsystencji, grubości i miękkości placuchowych puchatków. Od czasu uczty pod patronatem romansu indyjsko-hawajskiego puchate, kokosowe placki stały się moim number one. Po prostu - lubię placki i tyle.


20 października 2013

Aloo gobi. W zupie.

Miałam ochotę na ziemniaki. Przeogromną i nieodpartą, od rana myślałam tylko i wyłącznie o ziemniakach. W kuchni zalegał też kalafior. Olbrzymi, wielkości piłki do siatkówki, a może nawet koszykówki. Czekał też przepis na aloo gobi, do wypróbowania. Ale było także zamówienie na zupę. Jak to połączyć? No przecież, cóż to za problem - wystarczy ruszyć głową. I tym sposobem powstało aloo gobi, tyle że w zupie.

Rozgrzewające. Ciepłe i smaczne. I jednocześnie takie proste. Danie wprost na jesienną, ale słoneczną aurę. 

Czas na zupę a'la aloo gobi!

Inspirację na aloo gobi zaczerpnęłam z tego przepisu: Aloo gobi - klik w link

  • ziemniaki (wedle upodobania)
  • kalafior
  • marchewka
  • olej kokosowy* - 2 łyżki
  • bulion warzywny
  • przyprawy: kmin, kminek, kolendra, cynamon, imbir, sól morska, pieprz, kurkuma, szczypta chili, tandoori masala
  • pietrucha
  • opcjonalnie: dynia
Podstawą jest dobry, wyrazisty w smaku bulion. Moim sposobem na wydobycie głębokiego aromatu jest dodanie do wywaru podpieczonej na kuchence cebuli, wbrew pozorom, ta niepozorna błahostka potrafi wiele wnieść do smaku bulionu.

W głębokim garnku podgrzewamy olej i wrzucamy zmieloną kolendrę wraz z kminem i kminkiem. W chwili, gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny zapach, wrzucamy skrojone w kostkę ziemniaki. Gdy zeszklą się i odrobinę zmiękną, dołączamy podzielonego na drobne różyczki kalafiora. Podsmażamy chwilę i całość zalewamy bulionem, dodając resztę przypraw. Gotujemy około 20-30 minut.

Zupę podałam ze skrojonymi w łódeczkę i upieczonymi ziemniakami (polecam, fantastycznie podkreśliły całość) oraz plastrami równie podpieczonej dyni, suto posypując koperkiem i pietruszką. 
Jeżeli o mnie chodzi - zupne aloo gobi podbiło moje podniebienie. Eksperyment nad przeistoczeniem indyjskiego gulaszu w zupę zakończył się sukcesem i po raz wtóry dostarczył mi dowodów na to, że kuchnia z wzajemnością lubi się z eklektyzmem i synkretyzmem. A już w szczególności uwielbia spontaniczność i pragnienie odkrywania nowych smaków.

*równie dobrze sprawdzi się każdy inny olej, choć przyznaję, że aromat oleju kokosowego dobitnie podkreślił aromat zupy i nadał jej nutkę egzotyki - w przypadku zupy aloo gobi wyszło to na ogromny plus!

17 października 2013

Lubię placki: tacos. Orkiszowe.




Pieśni "Lubię placki" ciąg dalszy.
Tematyka placków została niewdzięcznie wepchnięta w kąt, a same placki zapomniane. Nie godzi się, by to, co lubię najbardziej (no, prawie najbardziej) porastało pajęczynami i metrową warstwą kurzu, więc dzisiejszy dzień jest dniem wielkiego powrotu i triumfu placków.

Placki-Reaktywacja. Dziś orkiszowe, na modłę tacosów. A że kuchnia lubi eklektyzm, to niech będzie i polska nuta, w postaci czerwonej kapusty.


Placki potrafią wiele wyrażać. Na przykład tu wdzięczą się niby motyle..


..placki się nie wstydzą. Otwarcie pokazują swoje wnętrze.

A teraz, czas na przepis. Czyli jak zrobić placka a'la tacos w wersji a'la Królik.

  • mąka (orkiszowa, im wyższa tym lepsza)
  • woda
 I już. To wszystko. Mąkę zagniatamy z wodą na kulę, dzielimy na mniejsze kawałki, rozwałkujemy na cienkiego placucha i grzejemy na suchej patelni. Ot, co, nie ma nic prostszego.

Najwięcej wyrazu nadają plackom dodatki. A fantazja jest tu nieograniczona: pietrucha, koperek, kolendra z kminem i kuminem, tymianek, oregano, kurkuma, tandoori masala, pieprz, ostra papryka, czosnek...Wystarczy kompozycja ulubionych przypraw, by uzyskać aromatycznego placka. I już.

Nadzienie - dobrowolne. Tym razem do placka trafiła papryka, ogóras, szczypiorek oraz czerwona sałata, wszystko w wersji surowej, wymieszanej z olejem lnianym i solidną dawką przypraw. A wszystko na podłożu kruchej sałaty i w towarzystwie kilku sparowanych pieczarek.

Pseudo-tacos - jak dla mnie - są wyborne. Kruche, delikatnie chrupiące, niesamowicie lekkie dzięki mące orkiszowej w miejsce pszennej. Placki te często goszczą na moim stole, zaskarbiając sobie moją sympatię szczególnie przez prostotę ich wykonania i głębię smaku. Nie widziałabym żadnych przeciwwskazań, by jeść je codziennie :)

Sponsorem dzisiejszego przepisu niech będzie motto - bo prostota może być smaczna. (Oj, naprawdę!)

A już wkrótce kilka słów o hulkowaniu, czyli o tym, jak zostałam Hulkiem.


4 września 2013

Wariacje kulinarne na temat: sushi

Obecnie nie ma chyba osoby, który nie miałaby zielonego pojęcia na temat tego, czym jest sushi. Nawet jeżeli nie miałaby za sobą doświadczenia spróbowania tego dania, to z całą pewnością samo pojęcie "sushi" nie byłoby obce. Nieważne, czy skojarzenia byłyby bliższe lub dalsze prawdzie - coś już pod kopułką dzwoni.

Niewątpliwie, sushi ostatnimi czasy zdobywa coraz większą popularność. Do tego stopnia, że dla leniwych dostępne są gotowe już zestawy, czekające w niewielkich pojemniczkach na potencjalnego wielbiciela japońskiej kuchni, wołając spośród zafoliowanych rybnych filetów - tutaj, tutaj jestem! Weź mnie! Biedny Jiro*, na sam taki widok chyba serce pękłoby mu z żalu!

Sushi jest daniem, które dużo wymaga, ale sporo także oferuje. Jest w stanie odwdzięczyć się za czas i energię mu poświęconą. To, co mu się daje, ono zwraca w stukrotnej postaci. A im więcej uwagi i uczucia mu się ofiaruje, tym większą niespodziankę przynosi w ostatecznym rezultacie. Nawet wtedy, gdy jest się królem amatorów, gdy brak podstawowych surowców, gdy - chcąc nie chcąc - dopuszcza się do profanacji. Sushi rozumie i docenia przede wszystkim dobre chęci.

Sushi bardzo uproszczone. Bo minimalizm to podstawa!

Sushi minimalistyczne:
  • płaty nori
  • ryż brązowy
  • czarna fasolka
  • dodatki: ogórek, papryka, sałata, szczypior
  • szczypta soli morskiej
Tak jak widać - to by było na tyle. Żadnego sosu sojowego, ani kropli octu ryżowego - nic, nic, nic. Totalna profanacja. A powód zupełnie przyziemny - sos sojowy skończył się dawno temu, octu ryżowego na składzie nie posiadam...A że chęć na sushi była ogromna, ratowałam się tym, co miałam. Jiro, wybacz! Nie bij!

Ryż przygotowałam dokładnie według receptury na kleik (klik w link), fasolkę azuki zastępując czarną. Przestudzony ryż nakładam na płat nori i wykładam suto ulubionymi dodatkami. Brzegi nori zwilżam delikatnie wodą i za pomocą maty formuję elegancki rulonik, który następnie tnę ostrym nożem na kilka części. Sushi serwuję na kilku ubitych łychach pozostałego ryżu, wespół z chrupkim ogórasem, jako że jestem łakomczuch nad łakomczuchy i ryżu nigdy dość!

*Jiro śni o sushi, do oglądania - marsz!