Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na surowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Na surowo. Pokaż wszystkie posty

24 lipca 2014

Na każą kieszeń. Cudowny pan seler.

Ello, ello, najwyższy czas na notkę.
Coś tak banalnie prostego i oczywistego, że aż wstyd, ale najwyższa pora na odświeżenie bloga z zalegających warstw kurzu.
A więc dziś surówka goszcząca u mnie ostatnimi czasy prawie codziennie. O tyle praktyczna, że równie świetnie sprawdza się z marchewką. 
Niech w ten wakacyjny czas żyją posiłki, których przygotowanie ogranicza się do paru minut, a i koszt nie przekracza kilku złotych, niach niach!

Czego trza:
  • seler (korzeniowy, im większy tym lepszy!)
  • 3/4 szklanki rodzynek (niesiarkowanych!)
  • łyżka melasy/syropu klonowego/syropu z agawy (opcjonalnie w wersji niewegańskiej: miodu)
  • cynamon, imbir
  • opcjonalnie: łyżeczka sosu sojowego
  • łyżeczka octu jabłkowego (lub zamiennie sok z cytryny)
Seler zetrzeć na grubych oczkach. Rodzynki zalać wodą (najlepiej z nadwyżką, bo rodzynki spuchną), minimum na 20-30 minut. Do rodzynek dodać melasę, ocet jabłkowy i sos sojowy, wymieszać do rozpuszczenia w wodzie. Seler obsypać cynamonem i imbirem, dorzucić rodzynki (razem z doprawioną wodą!), dobrze wymieszać i zostawić do przegryzienia choćby i na 10 minut. Im dłużej tym lepiej - seler przyjemnie zmięknie i przesiąknie aromatem rodzynkowej zalewy. 
A później szamać i rozkoszować się tym, że takie to proste, a takie dobre.

Zamiast selera równie świetnie sprawdzi się marchewka, szczególnie słodka odmiana.

5 lipca 2014

Raspberry chocolate smoothie.

Dziś natknęłam się na dwa małe zajączki, które przebiegły mi drogę. 
A potem mijał mnie sympatyczny rowerzysta, pozdrawiając mnie i gratulując tempa. 
I właśnie za takie chwile uwielbiam szusowanie rowerem.

  • 8 bananów
  • szklanka malin
  • główka sałaty
  • dwie duże garście szpinaku
  • płaska łyżeczka cynamonu
  • po czubatej łyżeczce karobu, (surowego) kakao; opcjonalnie: białka konopnego, spiruliny, młodego jęczmienia
Wszystkie składniki zmiksować na gładko. Dla gęściejszej konsystencji, dobrze jest zmrozić banany przez około 2-3 godziny. Zajadać od razu po przygotowaniu.

Nareszcie nadeszło długo oczekiwane, gorące lato. Oby jak najwięcej takich dni jak dzisiejszy!

2 lipca 2014

Sweet cherries smoothie.

Jedna z najlepszych kombinacji. 
Śmiem nawet twierdzić, że ostatnimi czasy, to moja ulubiona. 
Zielony kolor wodzi za nos, bo dzisiejsze smoothie jest bardzo czekoladowe!

  • 6-8 dojrzałych, lekko zmrożonych bananów
  • główka sałaty
  • 150g szpinaku
  • kubek wypestkowanych czereśni
  • czubata łyżeczka kakao (surowego)
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka zielonego jęczmienia/spiruliny/białka konopnego
Wszystko zmiksować na gładko. Pałaszować od razu.

Dobrego i owocnego dnia. Dosłownie i w przenośni. 

28 czerwca 2014

RAW pineapple bars.

Wakacje uważam za otwarte!
Między szusowaniem po polnych dróżkach, objadaniem się i ślęczeniem nad książkami, odświeżam pokrytego grubą warstwą kurzu bloga i wstawiam zaległe notki. Czasem muszę nieźle się napocić, by odtworzyć przepis swoich eksperymentów kulinarnych.

Dziś: przesłodkie batoniki, niewymagające zbyt wiele pracy. Wszystko rozbija się o przeznaczenie im odpowiedniej ilości czasu na uzyskanie pożądanej konsystencji.

Żeby było śmieszniej, dzisiejszy wpis jest wynikiem eksperymentu sprzed roku, jeśli nie więcej. Innymi słowy: dziś gimnastykuję swoją pamięć, by odkopać stare dzieje.



  • pół dojrzałego ananasa. 
  • 1/3 szklanki oleju kokosowego
  • 2 łyżki zmielonych wiórków kokosowych
  • 2 czubate łyżki zmielonego na pastę sezamu
  • cynamon, imbir, szczypta soli 
  • sezam łuskany
Wszystko (prócz nasion sezamu) zmiksować na gładko. Masę wylać na foremkę, wierzch obsypać szczodrze sezamem, wstawić do lodówki (najlepiej na całą noc) lub zamrażarki (2-3 godziny). Batoniki wyjąć na 10 minut przed spożyciem.

Za pierwszym podejściem dodałam zbyt małą ilość oleju kokosowego, dlatego eksperyment zakończył się raczej uzyskaniem całej foremki ciągnącej się masy a'la krówka. Za drugim podejściem batoniki można było bez problemu kroić w pożądane kształty i zajadać tak, jak na batoniki przystało.
Ananas musi być dojrzały - słodycz owocu będzie wówczas wystarczająca i obejdzie się potrzeba dodawania dodatkowego słodzidła.

Zmrożenie masy w zamrażarce jest dobrym rozwiązaniem na orzeźwiające lody :)

19 czerwca 2014

Berries time!

Przede mną już tylko dwa ostatnie egzaminy.
Małymi kroczkami zbliża się upragniony i w pełni zasłużony czas relaksu. Planowany z rozmachem, bardzo aktywnie i z pełnią przygód. Jeżeli się już raz rozpędzi, to trudno się potem zatrzymać. A od dłuższego czasu bezczynność do mnie nie przemawia i jest mi wrogiem. Już nie mogę się doczekać pewnego wydarzenia, które mnie czeka i z niecierpliwości tupię nogami, wytrząsając z siebie jednocześnie wszelkie obawy, małe i duże. Jedno takie tupnięcie w zupełności wystarczy, by przegonić wszystkie te strachy.
Dni wolne, oto nadchodzę!



A dziś, smoothie w innym kolorze niż zazwyczaj, z pierwszymi jagódkami w tym sezonie.

  • główka sałaty
  • 8 bananów
  • szklanka jagód (z usypaną górką!)
  • czubata łyżeczka surowego kakao
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon (hojnie, od serca!)
Wszystko zmiksować do jednolitej konsystencji. Najlepiej szamać od razu. 

Dobra rada: dobrze jest delektować się smuti w siedzisku wygodnego, miękkiego fotela. +10 do komfortu. Naprawdę działa, Królik poleca.


Na koniec, piosenka, tematyczna.  Przyjemna dla ucha, miła dla ducha.

14 czerwca 2014

(No-coffee) coffee ice-cream.

Sesja trwa w najlepsze. Kanji, kanji wszędzie, struktury gramatyczne plączą się w mojej głowie na kształt niesfornego kołtuna, a odpowiednia kolejność stawiania kresek nokautuje mnie raz za razem. I kiedy udaje mi się na zasadzie gry skojarzeń zapamiętać, że zapis słowa wiek to poniekąd rok w towarzystwie zęba w aktualnie dziejącym się momencie, to mija chwila, zanim przyswoję sobie, że obecność oddziału wojskowego w określeniach przepychu, świetności i błysku nie jest czymś dziwnym. 

Swoją drogą, wstydzić się to inaczej chować serce w ucho. Ot, taka własna interpretacja, skuteczna na zapamiętanie tego czy owego znaku. 

Czyli z nauką języków nigdy nie jest nudno. 

A na czas, gdy z uszu leci para, najlepsze lody. Kawowe, a jednak nie kawowe. Ot, psikus.

  • zmrożone banany (6-8)
  • truskawki (3/4-1 szklanka)
  • czubata łyżeczka karobu
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon, hojnie, od serca
  • cykoria rozpuszczalna, płaska łyżeczka
Banany najlepiej zmrozić przez około 3 godziny. Zmiksować z pozostałymi składnikami na aksamitną masę. I już. Lody najlepsze od razu.

Dodatek cykorii wnosi ciekawy akcent i nadaje lodom delikatny, kawowy posmak. To dobre rozwiązanie dla nie-kawoszów takich jak ja, którzy kawy nie trawią, ale czasem nęci ich jej aromat.

A na koniec bonus. Czyli stan ducha raczkującego poligloty. (och, jakże się utożsamiam z Bobii-sanem!)


31 maja 2014

Strawberry fields smoothie

Przygoda z byciem na surowo trwa w najlepsze. 
Wciąga!

Dziś prosto i przesmacznie. Truskawki i banan.
Słodko, kremowo, pysznie. 
Latem w to mi graj!



nie ma lepszej przystawki niż świeże truskawki!

  • 6 dużych, dojrzałych bananów, zmrożonych
  • 1/2 kg truskawek
  • 250 g szpinaku
  • pół lub cała główka sałaty
  • cynamon
  • po czubatej łyżeczce kakao (surowego) i karobu
  • opcjonalnie: łyżeczka białka konopnego/spiruliny
  • woda (jeżeli preferuje się bardziej płynną konsystencję)
 Wszystko zmiksować. I już! Voila, smoothie gotowe. Najlepiej zjadać od razu. Idealne orzeźwienie na czas zbliżających się upałów.

21 maja 2014

COCOA. Recenzja czekolady.

Nigdy nie udało mi się wygrać. Brałam udział w niezliczonej ilości konkursów, najróżniejszych akcji i innych takich, i nic. Moje usilne działania i przekonanie, że "tym razem na pewno się uda!" kończyły się kompletnym fiaskiem. I tak mijały lata i rosło pesymistyczne nastawienie do życia. A tu nagle okazuje się, że najlepsze i najbardziej nieoczekiwane niespodzianki przytrafiają się człowiekowi, gdy stuknie mu już ćwierćwiecze. To tak na pocieszenie - nie dajcie się zwieść przekonaniu, że człowieka nic już nie czeka po przekroczeniu tej cudnej-nie-cudnej liczby.

A przechodząc do rzeczy. Pewien czas temu wzięłam udział w konkursie organizowanym na blogu Facet i kuchnia Laureatów czekała słodka niespodzianka - losowy zestaw surowych czekolad i owoców w czekoladzie Raw Cocoa. Jako miłośnik tychże słodkości i ja przyłączyłam się do wszystkich konkursowiczów, choć przyznam bez bicia, że bez większych nadziei na wygraną. Ot tak, trochę z czystej przekory, a trochę z nastawieniem, a "nuż się uda!". I faktycznie, udało się. Słodką paczkę otrzymałam niedługo po ogłoszeniu wyników, a na zawartość paczki złożyły się dwie czekolady i trzy opakowania bakalii w czekoladzie.

Sesja mnie goni, na głowie pełno egzaminów, życie towarzyskie leży i kwiczy. W takich warunkach trudno o obmyślanie nowych przepisów, więc żadnych nowości nie mam w zanadrzu. Ale, ale, stwierdziłam, że to byłoby przekropnym fauxpax, delektować się produktami tej kategorii i nie podzielić się wrażeniami. Dlatego dziś rozpoczynam wpis z serii "a jak smakuje...?", którą oficjalnie otwiera recenzja czekolady Raw Cocoa o smaku cappuccino migdałowym z morwą.

zdjęcie pochodzi ze strony producenta

Tabliczka jest niewielka, bo liczy sobie raptem 50g, ale mi taka gramatura całkowicie odpowiada. Opakowanie prezentuje się elegancko - wykonane z gładkiego kartoniku, o wyważonej kolorystyce, wygodne w otwarciu. 
W myśl zasady, by nie oceniać książki po okładce, logiczne jest, że liczy się wnętrze. Zatem do sedna.
Czekolada ma intensywny zapach. Bardzo ładnie pachnie. W strukturze jest krucha - łamie się z głośnym, wyraźnie słyszalnym trzaskiem. Trudno się topi, jest zwarta i dosyć twarda.
W smaku - intensywny, głęboki aromat gorzkiego kakao, z mało wyczuwalną nutą słodyczy. Dla mnie działa to tylko na plus - czekolada jest wytrawna, ale jednocześnie charakteryzuje się subtelnością. Aromat kakao łamie delikatny posmak kawy, który w połączeniu ze słodką morwą stwarza bardzo udaną kompozycję smakową. Powiew świeżości w świecie czekolad. Prezentowana wersja trafiła w moje gusta tym bardziej, że nigdy nie przepadałam za czymkolwiek, co było zabarwione i wzbogacone dodatkiem kawy. O samej kawie nie wspominając. 

Świetnie nadaje się do delektowania. Choć ja ze wstydem przyznam, że w ramach delektowania się zjadłam całą tabliczkę na raz. Tak bywa. Jedno jest pewne - taka ilość w zupełności wystarczy, by być na pełnych obrotach przez cały dzień. Dzięki zafundowaniu sobie takiego boomu udało mi się pobić rekord czasowy, jeśli chodzi o szaleństwo rowerowe. 

Podsumowując - czekolada warta swojej ceny. Choć wszyscy ci o wyjątkowo słodkim zębie, którzy w łakociach cenią sobie przede wszystkim intensywność słodyczy, mogą czuć niedosyt z powodu wytrawnego charakteru tej czekolady. Moim zdaniem warto spróbować i przekonać się, że to nie na stopniu słodkości zasadza się smak. Jeśli o mnie chodzi - w czekoladach Cocoa odnalazłam to, czego od dawna poszukiwałam w czekoladach. A choć moim faworytem z dostępnych na rynku wariantów smakowych jest zupełnie inna wersja smakowa (o czym już wkrótce), to zachęcam przede wszystkim miłośników kawy do wypróbowania Cocoa migdałowego cappuccino z morwą.

Skład: surowe ziarno kakaowca*, cukier palmowy*, masło kakaowe*, migdały (9%)*, morwa biała (2,8%)*, kawa mielona (0,5%)* zawartość kakao 55% 
* składniki pochodzące z upraw ekologicznych 

Bo czasem dobrze pozwolić sobie na namiastkę luksusu :)

15 maja 2014

I am banana!

Człowiek banan, to ja.
W stawianiu pierwszych kroczków w przygodzie z surowizną, banan jest mym największym przyjacielem. Towarzyszy mi dzień po dni. Każdego ranka, na wpół automatycznie, na wpół nieświadomie, sięgam po całe kiście bananów i wpompowuję w siebie olbrzymią porcję bananowych ichmościów. I wcale, a wcale mnie to nie nudzi. 
A choć czeka mnie jeszcze długa droga, by wprowadzić pewne nawyki na stałe, to już na tym etapie wiem, że bez banana ani rusz. Moje nowo motto - banan w brzuszku, banan na twarzy. 

Banan sprawdza się wszędzie. Przekonałam się o tym w czasie ostatniej podróży - choć na jej czas o blenderze mogłam zapomnieć, to w ramach rekompensaty za bananowe smoothie służyły mi torby wypchane bananami. Tym samym Czita zdobyła stolicę dawnego imperium i w pełni sił wróciła na swoje włości. Słowem: Banana is my new name/friend! (niepotrzebne skreślić).


 ulubione, zielone. W wydaniu "bądź jak Popeye!"

Sesja za pasem. Czasu tak mało, tak dużo do zrobienia. Dlatego dziś sensownego przepisu nie będzie - w jego zastępstwie zachęta do zielonych smufi (zaczyna podobać mi się ta nazwa!). Po pierwsze - najlepszy sposób na przemycenie nieprzyzwoitych ilości zieleniny za jednym podejściem. Po drugie - sam kolor cieszy. Po trzecie - możesz jeść, ile chcesz. No limits. Po czwarte - są słodkie. Wciągnij takie porządne smufi rano, i o słodyczach z pewnością zapomnisz. Po piąte - dają kopa. Padłeś? Powstań - to najlepsza gwarancja. Po szóste, w czasie szamy możesz śpiewać bananową piosenkę.


Zatem nie daj się oprzeć.Skuś się na banana!

3 maja 2014

Witariański marchewkowiec.

To był prawdziwy debiut!

Z niecierpliwością czekałam na rozkrojenie i ułożenie pierwszego kawałka na talerzyku. Nie dlatego, żeby samej spróbować, tylko aby zobaczyć na własne oczy reakcję domowników. A to z tego powodu, że po raz pierwszy, w ramach Świąt Wielkiej Nocy, przygotowałam na świąteczny stół witariańskie ciasto z prawdziwego zdarzenia! Z dumą i satysfakcją mogę stwierdzić, że eksperyment był udany i przerósł moje oczekiwania - spośród wszystkich słodkości piętrzących się na stole, to właśnie to ciacho stanęło na podium i zostało okrzyknięte mianem "najlepsze i najbardziej zaskakujące łakocie króliczej fabryki czekolady".

O tym, jak bardzo pękałam nie tyle z dumy, co ze szczęścia (z wygranej!) może świadczyć to, że nigdy jeszcze nie doświadczyłam tyle radości ze pstrykania fotek swoich tworów. Pierwszy raz zdarzyło mi się czerpać tyle satysfakcji z zabawy akcesoriami i kompozycją, a choć mój zmysł fotografii jest zerowy, to tym razem amatorszczyzna i moje dwie lewe ręce ani przez moment nie były mi ciężarem!

A więc do dzieła! Nie obawiajcie się zadziwić swoich ziomków i już teraz weźcie się do pracy. Miny wszystkich częstujących się takim ciachem są widokiem bezcennym, więc po cóż zwlekać?

Opierałam się na przepisie z bloga VI&RAW, wprowadzając drobne modyfikacje. Za inspirację serdecznie dziękuję, a po oryginalny przepis odsyłam tutaj: klik w link


Ta-dam!
..a tutaj już na świątecznym stole.

..i w przybliżeniu!

  • 2 szklanki wiórków kokosowych, zmielonych na mąkę
  • 20 niesiarkowanych suszonych moreli
  • 1/2 szklanki niepasteryzowanego miodu/syropu z agawy/ syropu klonowego
  • 2 szklanki pulpy marchewkowej (wykorzystałam wytłoczyny po przyrządzeniu soku)
  • 3 pełne łyżki kakao
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • szczypta soli i odrobina cynamonu
  • chlust mleka kokosowego
  • opcjonalnie: jagody goji
Morele namoczyć w mleku kokosowym, odstawić do napuchnięcia. Mąkę kokosową zmieszać z pulpą marchewkową, kakao, miodem. Zmiksować morele na aksamitną pastę, dodać do części marchewkowej wraz z olejem kokosowym, solą i cynamonem, zagnieść na jednolitą masę. Dorzucić goji lub innych bakalii, zagniatać dodatkowe 3 minuty. Wyłożyć na foremkę, uklepać i wyrównać. Odstawić na kilka godzin, najlepiej na całą noc, do lodówki.

Ciasto oblałam ulubioną wariacją polewy czekoladowej: 
  • 3 czubate łyżki masła orzechowego
  • 2 czubate łyżki kakao
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki miodu/ innego słodzidła
  • cynamon, szczypta chili
Wszystkie składniki roztapiam w kąpieli wodnej do uzyskania jedwabistej konsystencji. Zostawiam na kilka minut do przestygnięcia, następnie wylewam na wierzch ciasta.

 Wszystkim łakomczuszkom życzę smacznego!

2 maja 2014

Snickers. Na duży głód.


Głodny nie jesteś sobą.
Dlatego dziś, aby nie pozwolić sobie na zmianę w dzikie zwierzę, unowocześniona wersja home-made snickers, dla wszystkich głodomorów, smakoszy i batonożerców.
Wersja "pimp my snickers' bar", 100% home-made, 100% safety, że nie napycha się tworami spożywczopodobnymi. Bezpieczna dla brzuszka i własnego sumienia. 
Chwila słodkiego, karmelowego zapomnienia.

Głodny nie jesteś sobą. Dobrze jest o tym pamiętać, by nie pozwolić sobie na zaćmienie zdrowego rozsądku. Nie pozwólmy na to, by stać się dzikim zwierzem. 





  • szklanka płatków owsianych (polecam płatków bezglutenowych)
  • szklanka mąki kokosowej/zmielonych na drobno wiórków kokosowych
  • szklanka suszonych, niesiarkowanych moreli
  • 1/2 lub 3/4 szklanki miodu/syropu klonowego/agawy...
  •  olej kokosowy - 3, 4 czubate łyżki
  • szczodry chlust mleka kokosowego
  • 3/4 szklanki masła orzechowego (bez dodatków, najlepiej domowego)
  • 3 łyżki kakao
  • cynamon, szczypta soli morskiej
Morele namoczyć w mleku kokosowym przynajmniej przez dwie godziny. W tym czasie przygotować spód.
Zmielić na mąkę płatki owsiane, zmieszać z mąką kokosową, 3-4 łyżkami słodu i cynamonem, wyrobić na elastyczną masę, wyłożyć na dno foremki, porządnie uklepać i odstawić.

Pora na masę karmelową:
morele zmiksować wraz z mlekiem, w którym się moczyły. Dodać łyżkę oleju kokosowego, szczyptę soli i 2 łyżki masła orzechowego. Wyłożyć na spód.

Polewa:
olej kokosowy roztopić w kąpieli wodnej, dodać chlust mleka kokosowego, kakao oraz pozostałą część masła orzechowego i słodu, trzymać na niewielkim ogniu do momentu połączenia składników i uzyskania jednolitej konsystencji. Wylać na masę karmelową, oprószyć cynamonem i szczyptą soli. 
Całość odstawić do lodówki, najlepiej na całą noc. 
Pokroić i podawać w formie batoników.

A potem można głęboko odetchnąć, wybrać się na przejażdżkę rowerową i szaleć po leśnych dróżkach. A jak już szaleć, to na całego i do woli - bo przecież po powrocie do domu głód już nie straszny i zupełnie nikomu nie grozi!

1 maja 2014

Brzydko, ale smacznie.

Eksperyment surówkowy (sałatkowy?) uważam za udany. 
Marynowane pieczarki stały się moją nową miłością kulinarną.

Jest brzydko. Ale smacznie. Wszystkim nadmiernym estetom polecam jeść z zamkniętymi oczami. 
Jak na Królika przystało, ja nie wybrzydzam i zajadam się powstałym tworem ze smakiem, odkrywając nowe połączenia i zachwycając się strukturą chrupkiego brokuła. Brokuł pierwszy raz na surowo! Bardzo pozytywne zaskoczenie.

Po długich przygotowaniach, eksperyment "sezon wiosenny na surowo" uważam za otwarty! Start: 30 maja. Czas trwania: do odwołania. 

Poziom ekscytacji: ponad normę. Stres: nie wykryto. Zdecydowanie: 100 procent. 

Na koniec mogę rzec tylko dwa słowa. Do dzieła!


Sałatka Brzydal, z wiodącą rolą pana brokuła i pieczarami jako głównym gwoździem programu.
  • pieczarki (brązowe)
  • brokuł
  • pomidor
  • papryka
  • rzeżucha
Dressing:
  • sos sojowy (tamari)
  • woda
  • masło migdałowe (niesolone, nieprażone)
  • woda po kiszonych ogórkach
  • przyprawy: pieprz, sól himalajska
Pieczarki skroić w cienkie plasterki, brokuła posiekać drobno. Wymieszać w mieszance sosu sojowego i wody w proporcji 50:50 (proponuję łyżkę sosu i łyżkę wody), dobrze wymieszać, dodać szczyptę soli i pieprzu, zostawić na noc. 
Pomidora i paprykę pokroić na kawałki o preferowanej wielkości, sypnąć od serca rzeżuchą. Dodać odsączone z nadmiaru marynaty pieczarki i brokuła. Zająć się dressingiem.
Łyżkę masła migdałowego zmieszać z łyżką-dwiema marynaty po pieczarkach, dodać łyżkę-dwie wody po kiszonych ogórkach. Dla smaku można sypnąć odrobinkę soli i pieprzu, dobrze zmieszać do połączenia składników. 
Dokładnie wymieszać z warzywami. Szamać od razu.

Połączenie ostrego tamari, słodkich migdałów i kwaśnej wody po kiszonkach jest moim odkryciem kulinarnym roku 2014 i jestem z niego dumna.  Ta fuzja smaków podbiła moje serce i mogłabym codziennie zajadać się takim sosikiem. Nic dodać, nic ująć. Dobór składników może trochę dziwny, trochę specyficzny, ale spełnia moje kryteria smakowe. Pyszota. 
W dalszej kolejności będę eksperymentować z dressingiem musztardowym. Bo po 25 latach kapryszenia (och, to już ćwierć wieku ma się na karku!) nareszcie przekonałam się do musztardy i kusi mnie, by wziąć ją w obroty. Musztardo, nadchodzę!

Apel na dziś: gdy chcesz być piękny i gładki, jedz spore porcje sałatki. 

To tyle. I niech zielona moc będzie z wami!

6 kwietnia 2014

Ulubione, czekoladowe. Choć zielone.

- O nie, ile tu pestek! Ile daktyli zjada ta małpa!
- Hej, jeśli już małpa, to przynajmniej Czita! Albo lepiej Kiki! Ale nie nazywajcie mnie małpą!

Nie ukrywam swej natury i nie chowam jej pod dywan.
Tak, jestem bananożercą i dobrze mi z tym.
Zjadam niebotyczne ilości bananów, wcinam pęczki pietruchy i porywam daktyle z lodówki.

Dziś (i nie tylko dziś) rozpiera mnie energia. Motywacja wzbiera na kształt fali i raz po raz uderza natłokiem pomysłów o brzegi parującej od myśli głowy. 

Wszędzie wokoło już prawie sama zieleń! 

Tymczasem, pełna mocy i energii, dzielę się swoją ulubioną wersją smoothie. Słodkiego, mocno czekoladowego, choć - absurdalnie - na wskroś zielonego.

Lubię zieleń z wzajemnością. Dziś trochę o efektach tej obopólnej miłości.

..a ulubione smoothie, to tylko w ulubionym kubku <3

  • 6 dużych, dojrzałych, zmrożonych przez 2 godziny bananów
  • 8 świeżych, namoczonych w niewielkiej ilości wody daktyli (lub 10 suszonych, uprzednio namoczonych)
  • 300 g szpinaku
  • 2 obfite pęczki pietruszki
  • pełna łyżka karobu
  • łyżeczka kakao 
  • łyżeczka ekstraktu z suszonych śliwek (lub odpowiednio 4 namoczone suszone śliwki)
  • cynamon
  • łycha spiruliny
Wszystko zmiksować do uzyskania gładkiej konsystencji. Szamać od razu.

Choć zdarzają mi się jeszcze wpadki, to staram się na dzień dzisiejszy trzymać zasady 70-80% surowizny w ciągu dnia. Postanowienie spędzenia wakacji na surowiźnie nie jest wymyślnym kaprysem, ale przede wszystkim próbą. Bo podjęta przeze mnie decyzja nie sprowadza się jedynie do sfery żywieniowej. To nie tylko kwestia stylu odżywiania się. Owszem, chcę zmierzyć się z pewnymi problemami zdrowotnymi, ale przede wszystkim ćwiczyć się w wyrzeczeniach. Bo z dnia na dzień, dzięki wsparciu ważnych dla mnie osób, uświadamiam sobie, jak ważną rolę pełni w ludzkim życiu właśnie pragnienie prostoty, skromności i umiarkowania. Jak istotny, nie tylko dla mnie jako jednostki, ale także dla mojego otoczenia,jest mój styl życia, zachowanie, nastawienie. Bo to, w jaki sposób JA postępuje, wpływa na to, jak ktoś postępuje ktoś będący obok. 
Coraz wyraźniej dostrzegam pewne zmiany. W sobie i w swoim otoczeniu. 
Gdy zaczynam częściej się uśmiechać, inni też zaczynają częściej się uśmiechać.
Gdy przestaję fukać pod nosem i unosić się dumą, inni też przestają to robić.
Gdy potrafię śmiać się z siebie i odrzucać złość, inni też potrafią się na to zdobyć.

Wybór jest prosty. Albo, albo, nie ma nic pośrodku. Chcę podejmować się wyrzeczeń, by umacniać zarówno siebie, jak i ludzi wokół. Chcę być dla kogoś, a nie dla samej siebie. Chcę się uśmiechać dzień po dniu, nie odwracać się za siebie i zło dobrem zwyciężać.


1 kwietnia 2014

Cherry, cherry lady. Batoniki owsiane.

Kwiecień zaczynam od słodkości.
Przynajmniej teoretycznie, bo w praktyce jest zupełnie inaczej.


Dziś rano przysłuchiwałam się ptasim śpiewom. Tak bardzo bym chciała, by ten śpiew wypełnił mnie po brzegi, był we mnie i trwał już do końca.
Czasem chciałabym zamienić się w takiego ptaka. Odlecieć daleko i już nie wracać.


Najwyższa pora na owsianego batona:
  • szklanka daktyli (medjool)
  • 1/4 szklanki suszonych wiśni
  • 1 2/3 szklanki płatków owsianych
  • 2 garście suszonych owoców (polecam te drobne, jak morwa albo jagody goji)
  • cynamon, szczypta imbiru, opcjonalnie chili
  • pełna łyżka proszku maca (opcjonalnie)
Daktyle i wiśnie namoczyć w wodzie. Zmiksować (razem z wodą) z płatkami owsianymi, przyprawami i macą. Dodać ulubionego suszu, wyłożyć na foremkę, uklepać i odstawić na kilka godzin do lodówki. Gdy masa już trochę stężeje, a smaki się przegryzą, można się zajadać. 

Pomijając te przepisy, które mam jeszcze do nadrobienia, planuję umieszczać więcej posiłków czysto owocowo-warzywnych. Bo wiosna już za oknem, bo zbliża się ciepło, bo dążę do zwiększania surowizny dzień po dniu.
A już wkrótce mój sposób na najlepsze smoothie czekoladowe.



14 marca 2014

Coco yourself! Double coconut fudge.

To trochę absurdalne.
Wrzucam przepisy, których obecnie nie praktykuję. Moje poglądy kulinarne upłynniają się, tracą dawną formę i przybierają nową. Są jak wielki krab, który zrzuca pancerz. A wszystko to dzieje się w wirującym tempie!

Póki co, póki pamiętam, dzielę się tym, co dobre i smaczne, a przy tym dość mało wymagające. 
Zamiast czekolady, zamiast torby cukierków. 

Aksamitny. Rozpływający się w ustach. Odrobinę lepki i ciągnący. Król fudge'ów. 
Najprawdziwszy fudź nad fudże.
Kostka kokosowej miłości <3

Coconut fudge:
  • puszka mleka kokosowego (do wykorzystania tylko ścięta śmietanka)*
  • 2-3 łyżki oleju kokosowego
  • łyżka lub dwie karobu
  • łyżka kakao*
  • szklanka namoczonych daktyli (polecam medjool)
  • opcjonalnie: jagody goji, łyżka maca, wiórki kokosowe, kapka ekstraktu śliwkowego (lub kilka namoczonych śliwek suszonych)
  • cynamon, chili, szczypta soli (himalajskiej)
Wszystkie składniki (prócz goji, jeśli zdecydujemy się je wykorzystać), miksujemy na gładką masę (nie odlewamy wody z moczenia bakalii, nada ona dodatkowej słodkości). Dorzucamy goji lub inne wybrane dodatki, wykładamy na foremkę i chowamy do zamrażarki. Wyjąć na 30 minut przed podaniem.

Guten apetit!

*w przypadku, gdy korzystamy ze śmietanki własnej produkcji i surowego kakao, możemy uzyskać w pełni raw łakocie.

6 marca 2014

Hawaii smoothie

Wyciszyły się moje wariacje kulinarne, bo jem coraz prościej.
Przygotowując się do wakacyjnego doświadczenia z dietą surową, podążam ku jak największej prostocie posiłków, sięgając po nie więcej niż 4-5 składników. A nierzadko moje posiłki są zupełnie monotematyczne, choć bynajmniej nie nudne. 
Zastanawiam się, w jakim kierunku podążać i rozwijać swojego bloga, skoro nie sposób traktować góry zmiksowanych bananów jako atrakcyjnego przepisu (choć obecnie śmiem twierdzić inaczej :).

Prostota i monotematyczność wcale nie jest nuda. Potrafi wciągnąć i zafascynować. Jeszcze wiele przede mną, zarówno w zabawie smakami, jak i kombinacji poszczególnych składników. Ale najbardziej jestem spragniona wiedzy, by dowiedzieć się jak najwięcej i jak najwięcej błędów unikać.

Póki co, dzięki zaległym przepisom zalegającym w zakamarkach mej pamięci przez jakiś czas będę w stanie wrzucać coś innego, niż bananową prycię. A potem nadejdzie lato, nastanie letni powiew i błękit nieba, a ja dam się ponieść bananowej przygodzie :)

Z serii nerd w kuchni. Bo dlaczego nie.

Smoothie pod znakiem hawajskiej palemki:
  • pół dużego, dojrzałego ananasa
  • 5-6 dojrzałych, zmrożonych bananów
  • 4 wiązki pietruchy
  • cynamon, plaster świeżego imbiru
  • opcjonalnie: łyżka spiruliny
Wszystko zmiksować. Gotowe.*

*czyli jak uraczyć się porywającym daniem w mniej niż 5 minut.

Śmigam dalej, z głową pełną krzaczków, z rękoma pełnymi ognia i bananem na ustach. Wiosno, przyjdź!

14 lutego 2014

Power summer smoothie.

Do lata jeszcze daleko, ale ostatnim czasem coraz skuteczniej je przywołuję i coraz intensywniej je wspominam. Niewiele potrzeba, aby ugościć letnią porę pomimo nieokreślonej szarości za oknem.

Miało być coś w zupełnym oderwaniu od dzisiejszego walentynkowego szaleństwa. A tymczasem jest na wskroś różowo. Czyli witaj absurdzie, znów kłaniam się pokornie w kierunku polskich przysłów i w myśl powiedzenia "nigdy nie mów nigdy" uśmiecham się pod nosem. Po raz kolejny nic nie wyszło z mojego zarzekania się. A może to po prostu przeczucie zbliżającej się wiosny? Kto wie.

Smoothie pełne lata.
  •  pełna szklanka/kubek mrożonych, drylowanych wiśni
  • pół dojrzałego ananasa
  • pełna łyżeczka karobu
  • opcjonalnie: po pełnej łyżeczce maca i białka konopnego
  • cynamon, plaster świeżego imbiru
Wszystko zmiksować do gładkiej konsystencji. W przypadku blendera o słabszej mocy, mrożone owoce wyjąć z zamrażarki na pół godziny-godzinę przed przygotowaniem.

Smacznego. I oby każda łyżka przynosiła ze sobą moc letnich wspomnień.


8 lutego 2014

Superfoods combo smoothie

Padłeś? Powstań.
Czyli 100% doładowania. 100% mocy.

Przygotowania do wielkiego wiosenno-letniego projektu trwają w najlepsze. O szczegółach już wkrótce.

  • 1/3 dojrzałego, słodkiego ananasa
  • 2 miękkie, dojrzałe kiwi
  • szklanka-dwie szpinaku
  • wiązka pietruszki
  •  cynamon, plaster świeżego imbiru
  • pełna łyżeczka spiruliny
  • pełna łyżeczka karobu
  • łyżeczka maca
  • 1/4-1/2 dojrzałego, słodkiego owocu granatu
Wszystko - prócz nasion granatu - zmiksować na gładko. Nasionka granatu wyłożyć na wierzch. Można zajadać.

Smacznego. I niech owocowa moc będzie z wami!

6 lutego 2014

Pina colada smoothie, na zielono.

Za oknem prawie wiosna. Rower odżył, kot driftuje po korytarzu. Przydałyby się jeszcze motyle w brzuchu.

Dziś pina colada w kolorach wiosennych.
  • 3/4 dojrzałego ananasa
  • szklanka szpinaku
  • duży pęczek pietruszki
  • 2 łyżki mleka kokosowego (gęstej, stwardniałej części)
  • mała łyżeczka oleju kokosowego (w stanie stałym)
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka maca
Wszystko miksujemy do gładkiej konsystencji. Opcjonalnie można sypnąć na wierzch garścią wiórków kokosowych. Gotowe.

Ważne jest to, aby ananas był naprawdę dojrzały. Zagwarantuje to jego słodycz i tym samym brak potrzeby dosładzania smoothie. 

Wiosno, przybywaj!



4 lutego 2014

Kleik lniany.

Luty upływa mi pod znakiem różnego rodzaju smoothie, mniej lub bardziej zielonych, i słodkich ulepków. Szaleję z ilością surowizny, i dobrze mi z tym. Dziś pora na lniany budyń. Jabłkowy.

O zaletach siemienia lnianego przypomniał mi wpis Vi na blogu Vi&Raw (kleik); to tutaj odsyłam po oryginalną recepturę i moc inspiracji w ogóle.



  • 3 łyżki siemienia lnianego
  • wiązka pietruchy
  • 2 garście szpinaku
  • szklanka przecieru/musu jabłkowego 
  • 2 świeże daktyle
  • łyżka spiruliny (opcjonalnie)
  • cynamon, plaster świeżego imbiru
Siemię zalewam na noc pół szklanką przefiltrowanej/przegotowanej, chłodnej wody. Rano miksuję z pozostałymi składnikami. To wszystko.

Dobrego dnia!