Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielono mi!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zielono mi!. Pokaż wszystkie posty

5 lipca 2014

Raspberry chocolate smoothie.

Dziś natknęłam się na dwa małe zajączki, które przebiegły mi drogę. 
A potem mijał mnie sympatyczny rowerzysta, pozdrawiając mnie i gratulując tempa. 
I właśnie za takie chwile uwielbiam szusowanie rowerem.

  • 8 bananów
  • szklanka malin
  • główka sałaty
  • dwie duże garście szpinaku
  • płaska łyżeczka cynamonu
  • po czubatej łyżeczce karobu, (surowego) kakao; opcjonalnie: białka konopnego, spiruliny, młodego jęczmienia
Wszystkie składniki zmiksować na gładko. Dla gęściejszej konsystencji, dobrze jest zmrozić banany przez około 2-3 godziny. Zajadać od razu po przygotowaniu.

Nareszcie nadeszło długo oczekiwane, gorące lato. Oby jak najwięcej takich dni jak dzisiejszy!

2 lipca 2014

Sweet cherries smoothie.

Jedna z najlepszych kombinacji. 
Śmiem nawet twierdzić, że ostatnimi czasy, to moja ulubiona. 
Zielony kolor wodzi za nos, bo dzisiejsze smoothie jest bardzo czekoladowe!

  • 6-8 dojrzałych, lekko zmrożonych bananów
  • główka sałaty
  • 150g szpinaku
  • kubek wypestkowanych czereśni
  • czubata łyżeczka kakao (surowego)
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka zielonego jęczmienia/spiruliny/białka konopnego
Wszystko zmiksować na gładko. Pałaszować od razu.

Dobrego i owocnego dnia. Dosłownie i w przenośni. 

19 czerwca 2014

Berries time!

Przede mną już tylko dwa ostatnie egzaminy.
Małymi kroczkami zbliża się upragniony i w pełni zasłużony czas relaksu. Planowany z rozmachem, bardzo aktywnie i z pełnią przygód. Jeżeli się już raz rozpędzi, to trudno się potem zatrzymać. A od dłuższego czasu bezczynność do mnie nie przemawia i jest mi wrogiem. Już nie mogę się doczekać pewnego wydarzenia, które mnie czeka i z niecierpliwości tupię nogami, wytrząsając z siebie jednocześnie wszelkie obawy, małe i duże. Jedno takie tupnięcie w zupełności wystarczy, by przegonić wszystkie te strachy.
Dni wolne, oto nadchodzę!



A dziś, smoothie w innym kolorze niż zazwyczaj, z pierwszymi jagódkami w tym sezonie.

  • główka sałaty
  • 8 bananów
  • szklanka jagód (z usypaną górką!)
  • czubata łyżeczka surowego kakao
  • czubata łyżeczka karobu
  • cynamon (hojnie, od serca!)
Wszystko zmiksować do jednolitej konsystencji. Najlepiej szamać od razu. 

Dobra rada: dobrze jest delektować się smuti w siedzisku wygodnego, miękkiego fotela. +10 do komfortu. Naprawdę działa, Królik poleca.


Na koniec, piosenka, tematyczna.  Przyjemna dla ucha, miła dla ducha.

31 maja 2014

Strawberry fields smoothie

Przygoda z byciem na surowo trwa w najlepsze. 
Wciąga!

Dziś prosto i przesmacznie. Truskawki i banan.
Słodko, kremowo, pysznie. 
Latem w to mi graj!



nie ma lepszej przystawki niż świeże truskawki!

  • 6 dużych, dojrzałych bananów, zmrożonych
  • 1/2 kg truskawek
  • 250 g szpinaku
  • pół lub cała główka sałaty
  • cynamon
  • po czubatej łyżeczce kakao (surowego) i karobu
  • opcjonalnie: łyżeczka białka konopnego/spiruliny
  • woda (jeżeli preferuje się bardziej płynną konsystencję)
 Wszystko zmiksować. I już! Voila, smoothie gotowe. Najlepiej zjadać od razu. Idealne orzeźwienie na czas zbliżających się upałów.

15 maja 2014

I am banana!

Człowiek banan, to ja.
W stawianiu pierwszych kroczków w przygodzie z surowizną, banan jest mym największym przyjacielem. Towarzyszy mi dzień po dni. Każdego ranka, na wpół automatycznie, na wpół nieświadomie, sięgam po całe kiście bananów i wpompowuję w siebie olbrzymią porcję bananowych ichmościów. I wcale, a wcale mnie to nie nudzi. 
A choć czeka mnie jeszcze długa droga, by wprowadzić pewne nawyki na stałe, to już na tym etapie wiem, że bez banana ani rusz. Moje nowo motto - banan w brzuszku, banan na twarzy. 

Banan sprawdza się wszędzie. Przekonałam się o tym w czasie ostatniej podróży - choć na jej czas o blenderze mogłam zapomnieć, to w ramach rekompensaty za bananowe smoothie służyły mi torby wypchane bananami. Tym samym Czita zdobyła stolicę dawnego imperium i w pełni sił wróciła na swoje włości. Słowem: Banana is my new name/friend! (niepotrzebne skreślić).


 ulubione, zielone. W wydaniu "bądź jak Popeye!"

Sesja za pasem. Czasu tak mało, tak dużo do zrobienia. Dlatego dziś sensownego przepisu nie będzie - w jego zastępstwie zachęta do zielonych smufi (zaczyna podobać mi się ta nazwa!). Po pierwsze - najlepszy sposób na przemycenie nieprzyzwoitych ilości zieleniny za jednym podejściem. Po drugie - sam kolor cieszy. Po trzecie - możesz jeść, ile chcesz. No limits. Po czwarte - są słodkie. Wciągnij takie porządne smufi rano, i o słodyczach z pewnością zapomnisz. Po piąte - dają kopa. Padłeś? Powstań - to najlepsza gwarancja. Po szóste, w czasie szamy możesz śpiewać bananową piosenkę.


Zatem nie daj się oprzeć.Skuś się na banana!

1 maja 2014

Brzydko, ale smacznie.

Eksperyment surówkowy (sałatkowy?) uważam za udany. 
Marynowane pieczarki stały się moją nową miłością kulinarną.

Jest brzydko. Ale smacznie. Wszystkim nadmiernym estetom polecam jeść z zamkniętymi oczami. 
Jak na Królika przystało, ja nie wybrzydzam i zajadam się powstałym tworem ze smakiem, odkrywając nowe połączenia i zachwycając się strukturą chrupkiego brokuła. Brokuł pierwszy raz na surowo! Bardzo pozytywne zaskoczenie.

Po długich przygotowaniach, eksperyment "sezon wiosenny na surowo" uważam za otwarty! Start: 30 maja. Czas trwania: do odwołania. 

Poziom ekscytacji: ponad normę. Stres: nie wykryto. Zdecydowanie: 100 procent. 

Na koniec mogę rzec tylko dwa słowa. Do dzieła!


Sałatka Brzydal, z wiodącą rolą pana brokuła i pieczarami jako głównym gwoździem programu.
  • pieczarki (brązowe)
  • brokuł
  • pomidor
  • papryka
  • rzeżucha
Dressing:
  • sos sojowy (tamari)
  • woda
  • masło migdałowe (niesolone, nieprażone)
  • woda po kiszonych ogórkach
  • przyprawy: pieprz, sól himalajska
Pieczarki skroić w cienkie plasterki, brokuła posiekać drobno. Wymieszać w mieszance sosu sojowego i wody w proporcji 50:50 (proponuję łyżkę sosu i łyżkę wody), dobrze wymieszać, dodać szczyptę soli i pieprzu, zostawić na noc. 
Pomidora i paprykę pokroić na kawałki o preferowanej wielkości, sypnąć od serca rzeżuchą. Dodać odsączone z nadmiaru marynaty pieczarki i brokuła. Zająć się dressingiem.
Łyżkę masła migdałowego zmieszać z łyżką-dwiema marynaty po pieczarkach, dodać łyżkę-dwie wody po kiszonych ogórkach. Dla smaku można sypnąć odrobinkę soli i pieprzu, dobrze zmieszać do połączenia składników. 
Dokładnie wymieszać z warzywami. Szamać od razu.

Połączenie ostrego tamari, słodkich migdałów i kwaśnej wody po kiszonkach jest moim odkryciem kulinarnym roku 2014 i jestem z niego dumna.  Ta fuzja smaków podbiła moje serce i mogłabym codziennie zajadać się takim sosikiem. Nic dodać, nic ująć. Dobór składników może trochę dziwny, trochę specyficzny, ale spełnia moje kryteria smakowe. Pyszota. 
W dalszej kolejności będę eksperymentować z dressingiem musztardowym. Bo po 25 latach kapryszenia (och, to już ćwierć wieku ma się na karku!) nareszcie przekonałam się do musztardy i kusi mnie, by wziąć ją w obroty. Musztardo, nadchodzę!

Apel na dziś: gdy chcesz być piękny i gładki, jedz spore porcje sałatki. 

To tyle. I niech zielona moc będzie z wami!

8 kwietnia 2014

Kanapka bez chleba. + LBA po raz II

Nadchodzi wiosna, a wraz z nią sezon na dobre (bo nasze!) owoce i warzywa. Wypad na targ jest teraz dla mnie czystą przyjemnością! Uwielbiam kluczyć wśród zieleniących się straganów, dając nura w piętrzące się stosy sałat i innych zielonych pyszności. Lubię wymieniać się pozdrowieniami ze znajomymi sprzedawcami. Lubię mieć pewność, że zawsze zostawią dla mnie zapas produktów, które notorycznie u nich kupuję. Świadomość, że ktoś bezinteresownie dba nie tylko o swoje, ale także o potrzeby innych. 
Czasem nawet mała drobnostka wystarczy, by zapewnić dobry nastrój na cały dzień.

Powoli, powolutku, można wypatrzyć już nasze, krajowe cukinie. Stąd bardzo prosty pomysł na kanapki w wersji bez chleba, na lekko, w sam raz na idealne, wiosenne śniadanie. Cukinia wspaniale nadaje się jako podkład pod ulubione dodatki. Wystarczy pokroić ją na grube plastry, delikatnie posolić i opłukać po okołu 15 minutach, by usunąć goryczkę i nałożyć wybrane dodatki. Choć od pewnego czasu trzymam się reguł diety wegańskiej (i naprawdę, bardzo mi z tym dobrze), i tym samym jajek nie jadam, to umieszczam propozycję śniadania, jakie można przygotować komuś bliskiemu, lub smakoszy jajek we wszelkiej postaci.


kanapki bez chleba approved. Zdobyły uznanie ziomków.

Otrzymałam nominację do LBA od Agnieszki (blog Żona zrównoważona ) za co serdecznie dziękuję! Wyróżnienie mojego bloga znaczy dla mnie bardzo wiele - to taka nagroda za to co robię i utwierdzenie w przekonaniu, że warto. Świadomość, że mogę dostarczać inspiracji i dzielić się swoją pasją jest największą zapłatą i powodem do radości. Dlatego jeszcze raz dziękuję!

Co to takiego jest LBA i o co w tym wszystkim chodzi?

"Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie  obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

A oto moje odpowiedzi na pytania:

1. Najbardziej zaskakujące połączenie smaków jakie jadłeś/jadłaś to…
Połączenie szpinaku i banana, gdy spróbowałam go po raz pierwszy :) Jako ostatnie odkrycia stulecia uważam duet daktyli i wiśni oraz dressingu sałatkowego z masła migdałowego i sosu sojowego.

2. Gdybym był(a) warzywem lub owocem, byłoby to… ;-)
Zważywszy na ilości pochłanianych bananów, to pewnie bananem ;) Ale najchętniej zostałabym czereśnią.

3. Najczęściej gotuję…
Ostatnio gotowanie wypierają w głównej mierze wszelkiego rodzaju smoothies i sałatki. Mówiąc jednak ogólnie, najczęściej sięgam po kasze lub ziemniaki w mundurkach.

4. Ostatnio czytam…
Jako zagorzały książkofil, mam w nawyku sięgać po kilka tytułów na raz. Obecnie czytam Pasję według objawień bł. Katarzyny Emmerich, Kimono Lizy Dalby i Historię literatury japońskiej Mikołaja Melanowicza.

5. Bloguję, bo…
Lubię. Chcę dzielić się z innymi swoją pasją i wzajemnie wymieniać się inspiracjami.

6. Dziennie, blogowanie zajmuje mi…
Nie jestem w stanie regularnie, dzień po dniu, prowadzić własnego bloga, ale systematycznie, na bieżąco, sprawdzam wpisy innych blogowiczów.

7. Najbardziej mnie cieszy kiedy…
To, co robię, jest powodem radości innych, kiedy moje wysiłki przynoszą owoce i wszechogarniające poczucie wolności, radości i wdzięczności za to, co mnie otacza.

8. Jaką umiejętność chciałbyś/chciałabyś mieć a nie masz?
Gdybym mogła wybrać, to chciałabym być bardziej wytrzymała na ból.

9. Gdybyś mógł/mogła znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie, to byłoby to…
Okinawa. Albo Kioto.

10. W wolnym czasie najbardziej lubię:
Tworzyć, w szczególności rysować, projektować kroje ubrań lub szkice postaci do celów własnych. Pitraszenie potraw relaksuje mnie w równym stopniu. I rzecz oczywista: czytanie i jazdę na rowerze.

11. To co najbardziej przyczynia się do mojego dobrego samopoczucia to sen, dieta czy sport?
Nieodłącznie styl jedzenia i rower :)

Chciałabym zaprosić do zabawy i nominować poniższe blogi:
1. Vegan Party Girl with soul of Vegan Housewife
2. Hot and cold
3. Green fork vege
4. Żółwik na tropie wege pyszności
5. My vegan kitchen
6. Co na wege obiad?
7. Niemięsojadka
8. Elf w kuchni
9. Blond Wege
10. Veganfotoku
11. Morgan wege kitchen

Oto lista moich pytać:
1. Danie, które nieodłącznie kojarzysz z wiosną?
2. Śniadanie - na słodko, czy na wytrawnie?
3. Smak dzieciństwa, który zawsze budzi wspomnienia?
4. Huczny bankiet czy kameralna kolacja? Dlaczego?
5. Jeśli miałabyś/miałbyś wybrać, jakie zwierzę odzwierciedla Twoją osobowość i dlaczego?
6. Danie, które koniecznie chcesz spróbować, choć masz pewne obawy...
7. "Książka, która ostatnio dostarczyła mi inspiracji"
8. Co sprawia, że czujesz się wolna/wolny?
9. "Iskra, która rozpaliła we mnie zapał do gotowania, to...?"
10. Słodkość, której nigdy nie jesteś w stanie sobie odmówić.
11. Wyobraź sobie, że tworzysz swój portret w oparciu o wybrane produkty. Jaki produkt/potrawa najlepiej odzwierciedliłaby Twoją osobowość?

Dziękuję każdemu blogowiczowi, który zechce dołączyć do zabawy :) 


6 kwietnia 2014

Ulubione, czekoladowe. Choć zielone.

- O nie, ile tu pestek! Ile daktyli zjada ta małpa!
- Hej, jeśli już małpa, to przynajmniej Czita! Albo lepiej Kiki! Ale nie nazywajcie mnie małpą!

Nie ukrywam swej natury i nie chowam jej pod dywan.
Tak, jestem bananożercą i dobrze mi z tym.
Zjadam niebotyczne ilości bananów, wcinam pęczki pietruchy i porywam daktyle z lodówki.

Dziś (i nie tylko dziś) rozpiera mnie energia. Motywacja wzbiera na kształt fali i raz po raz uderza natłokiem pomysłów o brzegi parującej od myśli głowy. 

Wszędzie wokoło już prawie sama zieleń! 

Tymczasem, pełna mocy i energii, dzielę się swoją ulubioną wersją smoothie. Słodkiego, mocno czekoladowego, choć - absurdalnie - na wskroś zielonego.

Lubię zieleń z wzajemnością. Dziś trochę o efektach tej obopólnej miłości.

..a ulubione smoothie, to tylko w ulubionym kubku <3

  • 6 dużych, dojrzałych, zmrożonych przez 2 godziny bananów
  • 8 świeżych, namoczonych w niewielkiej ilości wody daktyli (lub 10 suszonych, uprzednio namoczonych)
  • 300 g szpinaku
  • 2 obfite pęczki pietruszki
  • pełna łyżka karobu
  • łyżeczka kakao 
  • łyżeczka ekstraktu z suszonych śliwek (lub odpowiednio 4 namoczone suszone śliwki)
  • cynamon
  • łycha spiruliny
Wszystko zmiksować do uzyskania gładkiej konsystencji. Szamać od razu.

Choć zdarzają mi się jeszcze wpadki, to staram się na dzień dzisiejszy trzymać zasady 70-80% surowizny w ciągu dnia. Postanowienie spędzenia wakacji na surowiźnie nie jest wymyślnym kaprysem, ale przede wszystkim próbą. Bo podjęta przeze mnie decyzja nie sprowadza się jedynie do sfery żywieniowej. To nie tylko kwestia stylu odżywiania się. Owszem, chcę zmierzyć się z pewnymi problemami zdrowotnymi, ale przede wszystkim ćwiczyć się w wyrzeczeniach. Bo z dnia na dzień, dzięki wsparciu ważnych dla mnie osób, uświadamiam sobie, jak ważną rolę pełni w ludzkim życiu właśnie pragnienie prostoty, skromności i umiarkowania. Jak istotny, nie tylko dla mnie jako jednostki, ale także dla mojego otoczenia,jest mój styl życia, zachowanie, nastawienie. Bo to, w jaki sposób JA postępuje, wpływa na to, jak ktoś postępuje ktoś będący obok. 
Coraz wyraźniej dostrzegam pewne zmiany. W sobie i w swoim otoczeniu. 
Gdy zaczynam częściej się uśmiechać, inni też zaczynają częściej się uśmiechać.
Gdy przestaję fukać pod nosem i unosić się dumą, inni też przestają to robić.
Gdy potrafię śmiać się z siebie i odrzucać złość, inni też potrafią się na to zdobyć.

Wybór jest prosty. Albo, albo, nie ma nic pośrodku. Chcę podejmować się wyrzeczeń, by umacniać zarówno siebie, jak i ludzi wokół. Chcę być dla kogoś, a nie dla samej siebie. Chcę się uśmiechać dzień po dniu, nie odwracać się za siebie i zło dobrem zwyciężać.


6 marca 2014

Hawaii smoothie

Wyciszyły się moje wariacje kulinarne, bo jem coraz prościej.
Przygotowując się do wakacyjnego doświadczenia z dietą surową, podążam ku jak największej prostocie posiłków, sięgając po nie więcej niż 4-5 składników. A nierzadko moje posiłki są zupełnie monotematyczne, choć bynajmniej nie nudne. 
Zastanawiam się, w jakim kierunku podążać i rozwijać swojego bloga, skoro nie sposób traktować góry zmiksowanych bananów jako atrakcyjnego przepisu (choć obecnie śmiem twierdzić inaczej :).

Prostota i monotematyczność wcale nie jest nuda. Potrafi wciągnąć i zafascynować. Jeszcze wiele przede mną, zarówno w zabawie smakami, jak i kombinacji poszczególnych składników. Ale najbardziej jestem spragniona wiedzy, by dowiedzieć się jak najwięcej i jak najwięcej błędów unikać.

Póki co, dzięki zaległym przepisom zalegającym w zakamarkach mej pamięci przez jakiś czas będę w stanie wrzucać coś innego, niż bananową prycię. A potem nadejdzie lato, nastanie letni powiew i błękit nieba, a ja dam się ponieść bananowej przygodzie :)

Z serii nerd w kuchni. Bo dlaczego nie.

Smoothie pod znakiem hawajskiej palemki:
  • pół dużego, dojrzałego ananasa
  • 5-6 dojrzałych, zmrożonych bananów
  • 4 wiązki pietruchy
  • cynamon, plaster świeżego imbiru
  • opcjonalnie: łyżka spiruliny
Wszystko zmiksować. Gotowe.*

*czyli jak uraczyć się porywającym daniem w mniej niż 5 minut.

Śmigam dalej, z głową pełną krzaczków, z rękoma pełnymi ognia i bananem na ustach. Wiosno, przyjdź!

8 lutego 2014

Superfoods combo smoothie

Padłeś? Powstań.
Czyli 100% doładowania. 100% mocy.

Przygotowania do wielkiego wiosenno-letniego projektu trwają w najlepsze. O szczegółach już wkrótce.

  • 1/3 dojrzałego, słodkiego ananasa
  • 2 miękkie, dojrzałe kiwi
  • szklanka-dwie szpinaku
  • wiązka pietruszki
  •  cynamon, plaster świeżego imbiru
  • pełna łyżeczka spiruliny
  • pełna łyżeczka karobu
  • łyżeczka maca
  • 1/4-1/2 dojrzałego, słodkiego owocu granatu
Wszystko - prócz nasion granatu - zmiksować na gładko. Nasionka granatu wyłożyć na wierzch. Można zajadać.

Smacznego. I niech owocowa moc będzie z wami!

6 lutego 2014

Pina colada smoothie, na zielono.

Za oknem prawie wiosna. Rower odżył, kot driftuje po korytarzu. Przydałyby się jeszcze motyle w brzuchu.

Dziś pina colada w kolorach wiosennych.
  • 3/4 dojrzałego ananasa
  • szklanka szpinaku
  • duży pęczek pietruszki
  • 2 łyżki mleka kokosowego (gęstej, stwardniałej części)
  • mała łyżeczka oleju kokosowego (w stanie stałym)
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka maca
Wszystko miksujemy do gładkiej konsystencji. Opcjonalnie można sypnąć na wierzch garścią wiórków kokosowych. Gotowe.

Ważne jest to, aby ananas był naprawdę dojrzały. Zagwarantuje to jego słodycz i tym samym brak potrzeby dosładzania smoothie. 

Wiosno, przybywaj!



4 lutego 2014

Kleik lniany.

Luty upływa mi pod znakiem różnego rodzaju smoothie, mniej lub bardziej zielonych, i słodkich ulepków. Szaleję z ilością surowizny, i dobrze mi z tym. Dziś pora na lniany budyń. Jabłkowy.

O zaletach siemienia lnianego przypomniał mi wpis Vi na blogu Vi&Raw (kleik); to tutaj odsyłam po oryginalną recepturę i moc inspiracji w ogóle.



  • 3 łyżki siemienia lnianego
  • wiązka pietruchy
  • 2 garście szpinaku
  • szklanka przecieru/musu jabłkowego 
  • 2 świeże daktyle
  • łyżka spiruliny (opcjonalnie)
  • cynamon, plaster świeżego imbiru
Siemię zalewam na noc pół szklanką przefiltrowanej/przegotowanej, chłodnej wody. Rano miksuję z pozostałymi składnikami. To wszystko.

Dobrego dnia!


24 stycznia 2014

Wybuchowe śniadanie. Raw budyń po raz II.

Z niecierpliwością oczekuję promyków słońca. Z lubością wspominam ciepły podmuch słońca i szusowanie rozpędzonym rowerem po polnych dróżkach. 
Wczoraj drogę na uczelnię umilił mi ptasi śpiew. Zwiastował wiosnę. A może to tylko moje pragnienie, by rzeczywiście tak było. A choć jeszcze bardzo daleko, czekam na nią, tupiąc nogami. 

W oczekiwaniu na eksplozję kwiatów, ptasi świergot co rano i błękit nad głową, stawiam na kolor i zabawę strukturami. Przywołuję wiosnę znad talerza, tudzież kubka. Popędzam ją i pośpieszam iście wybuchowo, nie wahając się sięgnąć po ciężki arsenał. Uważaj zimo, oto odbezpieczam granat!


Budyń po raz drugi.
  • mango
  • połówka awokado
  • natka pietruszki
  • dwie szklanki roszponki
  • półówka granatu
  • cynamon, świeży imbir
  • pełna łyżeczka karobu (lub kakao)
  • opcjonalnie: łyżeczka maca, łyżeczka spiruliny
Wszystkie składniki, prócz granatu, blenduję na aksamitny krem*. Gotowe. Budyń mieszam z pestkami granatu i umilam sobie czas śniadania ich soczystością i chrupkością. 

A potem okrywam się szczelnie grubym szalem i pędzę na autobus.

*słodycz budyniu gwarantuje tylko i wyłącznie dojrzałość owoców. Konsystencja kremu jest jedwabista, delikatna; by uzyskać budyń gęstszy, bardziej "zbity", warto chociaż przez godzinę zmrozić skrojone w niewielkie kawałki mango.

13 grudnia 2013

Pseudo-budyń. Smoothie, witaj!

Szarówka za oknem ciąży już od kilku dni. Zimno dotkliwie szczypie w policzki, wiatr podgryza uszy, szybko zapadający wieczór pożera łapczywie światło dnia. Czapka już od dawna jest mym nieodłącznym towarzyszem, bez rękawiczek ani rusz, a rower ze smutkiem czeka na podmuchy wiosenne.
Słowem - zima za pasem. Najlepszym barometrem jest dla mnie Panna Tygrysica. Wystarczy jedno spojrzenie i już wiem, jak przysposobić się do wyjścia na zewnątrz. Kotałek rozciągnięty leniwie - to znak umiarkowanej, jeszcze ciepłej pogody, można odetchnąć z ulgą. Ale dziś Panna Tygrysica zwija się do snu w ciasny kłębuszek - źle, bo najpewniej jest zimniej niż bym chciała.
Zima zimą, nie zraża mnie to przed sięganiem po standardowe kombinacje koktajli owocowych. Żeby było śmieszniej, im więcej jem surowizny, tym lepiej się czuje. I wcale nie narzekam na zimno. Na pytanie, czy się da, odpowiadam - tak, jak najbardziej. Hu hu ha, hu hu ha, zima nie jest taka zła!

Dziś w ramach bardzo leniwego śniadania - smoothie. Gęste, papkowate, udające budyń. Moje ulubione, choć nie bananowe!



  • zielenina: sałata i szpinak, w proporcji 1:1
  • zmrożone, dojrzałe mango
  • łyżeczka karobu
  • łyżeczka kakao
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka maca, łyżeczka spiruliny
Filozofii głębszej brak. Wszystko wrzucamy i miksujemy na aksamitny krem. Gęsty, przesłodki pseudo-budyń gotowy. 

Coraz bardziej chodzi mi po głowie eksperymentowanie z raw słodyczami w ramach prezentów gwiazdkowych dla swoich ziomków. Pomysły z dnia na dzień krystalizują się coraz bardziej. To już tylko kwestia czasu, kiedy koncepcja nabierze realnych kształtów i stanie się faktem - sezon na przedświątęczną produkcję home-made łakoci w króliczym wydaniu już wkrótce!

Niech zielona moc będzie z wami ;)

7 grudnia 2013

Smoothie z bagien.

Wielki come back po wstrętnej chorobie, czyli witaj smoothie, nareszcie.
Po tym, jak przetechało mnie w jedną i drugą stronę, po tygodniu głodówki i nieustannym samopoczuciu, jakby przebiegł po mnie tabun koni, po raz kolejny doceniłam, jak bardzo mogą cieszyć proste, nieskomplikowane smaki. Bo w chwilach choroby, między jednym sucharkiem a drugim, najbardziej tęskniłam właśnie za budyniową konsystencją koktajli, słodyczą rozciapanego banana, chrupkością jabłek i soczystością owoców wszelakich rodzajów. 
W miarę rekonwalescencji zaczęłam wracać do owoców, wpierw ostrożnie, potem sięgając już po odważniejsze, bardziej rozbudowane kombinacje.
W końcu nadeszła i ta wiekopomna chwila, kiedy mogłam sobie zaserwować smoothie w wersji combo. 
Wizualnie mało zapraszające. Ale z pewnością przepyszne. Zwłaszcza wtedy, kiedy na takowe długo się czekało.


Smoothie prosto z bagien, czyli propozycja idealna dla zdrowiejącego Hulka.
  • zielenina - sałata, szpinak, jarmuż, pietrucha
  •  grapefruit
  • łyżka masła orzechowego
  • cynamon, plasterek imbiru
  • opcjonalnie: łyżeczka maca
  • ewentualnie coś do posłodzenia (użyłam stewii)
Filozofii nie ma w tym żadnej - wszystko miksujemy i zjadamy. Cieszymy się z powracających sił witalnych i ogrzymy na całego.


25 października 2013

O tropikach we własnym domu i o tym, jak zostałam Hulkiem...

...czyli krótka historia o tym, jak z mięciocha zmieniam się w twardziela.
To, że obecnie z lubością określam się mianem Królika nie oznacza, że zawsze tak było. Był taki czas, kiedy do mienia Królika było mi bardzo, bardzo daleko. Jeśli miałabym przypisać mojej dawnej świadomości żywieniowej wartość od 1 do 10, postawiałbym na jedynkę z dwoma minusami. Tak, tak, przez dłuższy okres wyrządzałam sobie krzywdę, miotając się i rzucając na co rusz nowsze rozwiązania żywieniowe. Po wszystkich tych anty-genialnych pomysłach, co zrobić ze swoim ciałem, ono samo postawiło mi veto i zamanifestowało, że ktoś tu upadł na głowę. I jeżeli ów ktoś szybko się nie otrząśnie, to skiepści sprawę na całego. Nie było czasu na rozmyślania, wybór był prosty. Albo, albo - albo w dalszym ciągu będę kombinować jak koń pod górkę i podkopywać fundamenty własnego ciała, albo wezmę się w garść i sięgnę po zagubiony po drodze zdrowy rozsądek.

Coby nie zanudzać i nie pisać zbędnych słów - moja droga była niesamowicie długa, ale niezwykle prosta. Zwróciłam się ku zielonemu. I tyle. Ksywka Królik zobowiązuje - obecnie nie wyobrażam sobie dnia bez sporej dawki zielska. A jak zielenina, to przede wszystkim surowa. Nie mam zamiaru propagować jakiegokolwiek stylu żywieniowego, piszę tylko i wyłącznie o własnych doświadczeniach. Rok temu pożegnałam się z mięsem, i wcale a wcale za nim nie tęsknię. Moja decyzja nie wypływała ani z powodów zdrowotnych, ani etycznych - zachowam ją dla siebie. Jedyne, co mogę dodać to to, że w chwili obecnej odczuwam znacznie większą empatię do żywych istnień w ogóle i czuję się znacznie spokojniej. Lekko nie tylko na ciele, ale też na duchu. Łatwiej panować mi nad sobą, nie popadam we frustrację z byle błahostek. Dostrzegam więcej i zatrzymuję wzrok na tym, co wcześniej pozostawałoby dla mnie niewidoczne. Czasem mam wrażenie, że cały świat chce tak bardzo, ze wszystkich sił pokazać mi, że żyje. Im bardziej dostrzegam boże stworzenie wokół mnie, tym otwiera się ono na mnie coraz bardziej. Deszcz wirujących liści, wiewiórka buszująca w trawie na wyciągnięcie ręki, młoda sarna przebiegająca tuż przed kołami roweru. Nawet mój ukochany Kurczak, vel Kawek-Nielot, którym przyszło mi się opiekować, udowodnił mi, ile woli życia i ile zaufania może kryć się w maleńkim, niekształtnym ciałku.

O zmianach, jakie zaszły, mogłabym pisać bez końca. Aby wrócić do głównego wątku i dać odpowiedź na tytułowe zagadnienie, wypada bądź co bądź naskrobać parę słów. 
Jak zostałam Hulkiem? Proste - zielenina, pochłanianie nieprzyzwoitych wręcz ilości owoców i warzyw, głównie w surowej postaci. Więcej siemienia lnianego i oleju lnianego w ogóle. Słodycze - tylko te home-made. Żeby było jasne - kiedyś słodycze pełniły u mnie rolę priorytetową. Naprawdę. Opakowanie ciastek bądź dwie tabliczki czekolad serwowałam sobie w miejsce obiadu. W tłustych latach obiadem był słoik czekoladowego kremu. Taki duży. Teraz w ogóle nie tęsknię za sklepowymi łakociami. Nie, nie brakuje mi ich, nie tęsknię za nimi. Póki co, jestem głucha na ich wołanie. Zadowalam się tymi słodkościami, które przygotuję samodzielnie, z tego, co Bóg stworzył samoistnie i nie ma potrzeby, by to ulepszać. Siła tkwi w prostocie, to jedna z moich głównych zasad. Poza tym, nie siląc się na wymuszone skromności, home-made sweets są znacznie lepsze od gotowych produktów. Co ja też gadam, te drugie nie mają szans z jakimkolwiek efektem moich doświadczeń kulinarnych w zakresie wyrobu słodyczy, nawet jeśli wygląd wizualny ma jeszcze sporo do życzenia.

Zaraz, zaraz - a po czym wnioskuję, że przestaję być mięciochem? Niby dlaczego stwierdzam, że jestem Hulkiem? Ano dlatego, że własne ciało otwarcie pokazuje, na co je stać. Żeby nie rzucać słów po próżnicy - zmarzlak był ze mnie okrutny. Nielubienie zimna swoją drogą, ale notoryczne odczuwanie zimna nawet w czasie wysokiej, naprawdę wysokiej temperatury, to już sprawa, której trzeba się bliżej przyjrzeć. Dłonie i stópki zimne do tego stopnia, że przeszkadzają i sprawiają fizyczny ból właścicielowi są chyba najdobitniejszym alarmem i manifestem ciała, że coś w nim nie gra. Cienkie włosy, ciągle pękające paznokcie - ejże, przecież zaczynam się sypać! Nie chcąc doprowadzić się do ruiny stwierdziłam, że czas zastosować S.O.S własnemu ciału i oto dziś odwdzięcza mi się ono w całej krasie.
Zimno? Jakie zimno? Od dłuższego czasu nie pamiętam, żebym narzekała na chłód. Dłonie, stopy - co z nimi? Ano, wszystko w najlepszym porządku. Ciepłe, aż miło. Włosów przybyło. Paznokcie rosną w tempie młodego bambusa i ani myślą pękać. Mam więcej energii i mocy. Coraz rzadziej napadają mnie chwile chronicznego zmęczenia. I koniec końców coś, co jest mi największą dumą. Skóra. Nic a nic nie jest sucha. W ogóle. Zważywszy na fakt, że karmię ją olejem kokosowym raz, co najwyżej dwa razy w tygodniu, stanowi to dla mnie duże osiągnięcie. Tak, piszę to jako osoba, która notorycznie użerała się ze skórą suchą jak wiór.

Wciąż borykam się z pewnymi problemami, które zafundowałam sobie na własne życzenie, ale jest lepiej. Podsumowując - chcecie być zdrowsi? Jedźcie garściami pietruchę, popijając smoothie pietruszkowym i herbatką pokrzywową. W międzyczasie opychajcie się sałatą ;) A tak szczerze - im bliżej natury, tym lepiej. To ona najlepiej pokazuje, jak być silnym ciałem i duchem.

Kilka słów na ostateczne zakończenie. Nie mam zamiaru nikogo oświecać i zaglądać komukolwiek do talerza, bo w moich oczach jest to karygodne. Nigdy nie pogodzę się z przymusem i nie zdzierżę metody ognia i miecza w jakiejkolwiek dziedzinie. Niech każdy pozostanie wolny, bo to wolność decyduje o tym, jakim jesteśmy człowiekiem.



Tym razem smoothie. Paćkowate, gęste, niesamowicie maślane. I zielone, jak zawsze.
  • pół awokado*
  • gruszka, soczysta i mięciutka
  • śliwki, ile kto lubi, im słodsze, tym lepsze
  • gruby plaster świeżego umbiru
  • pietrucha - bez ograniczeń!
  • szpinak - dwie wiązki (lub garści już oporządzonego)
  • sałata
  • cynamon, łyżka soku z cytryny
  • extra combo - spirulina, mój nowy heros <3 (opcjonalnie)
Zmiksować. Zajadać. Uśmiechać się.


*odnośnie awokado. Eksperymentowaliście kiedykolwiek z kiełkowaniem? Ja tak. Prób było kilka. I udało się - mogę nazwać się pękającą z dumy posiadaczki młodego drzewka. Mój awek zajmuje obecnie honorowe miejsce na parapecie, prężąc się i bez umiaru pnąc się w górę. Jest ciągle głodny i rośnie jak na drożdżach. W pośpiechu osiągnięcia jak największych rozmiarów zapomniał tylko, że można rosnąć także i wszerz. W rezultacie upodobnił się do długiego i cienkiego patyczaka, zwieńczonego rozłożystym, zielonym irokezem. Nosi imię adekwatne do swego wyglądu, zwąc się Hosio (hosoi - z jap. cienki). Jest przepiękny i przewspaniały, a w swej wspaniałości zapewnia mi solidną dawkę chlorofilu i czystego powietrza ;D



 Tutaj Hosio-młodzieniaszek. Jeszcze w powijakach.

Hosio w całek okazałości. Na dole, po lewo, strzelająca w górę łodyżka - to Panna Daktylla.

A tu Hosio sprzed trzech tygodni. Tak to się rozpycha na boki!

I znów - prezentacja całościowa.

A tutaj Panna Daktylla już na własnych włościach.
 
- podsumowanie nasuwa się samoistnie - warto eksperymentować :) Bo kto powiedział, że nie można mieć tropików we własnym domu?

14 września 2013

Nieudolne zawijańce i smoothie dla twardzieli...

...czyli przygody z raw słodyczami ciąg dalszy.
To fantastyczne, że z nieobrobionych surowców można wyczarować istne cuda. Wiele razy, śliniąc się przed ekranem komputera na widok fantazyjnych i wymyślnych tortów, ciastek i ogromu tego rodzaju słodkości, z niedowierzaniem przyjmowałam za fakt, że wszystkie one powstały ot, tak, bez zagniatania, bez pieczenia, z tego, co natura dała w swej pierwotnej formie. A że od pewnego czasu mam przypływ mocy twórczy i coraz bardziej fascynuje mnie produkcja domowych słodyczy, stwierdziłam dlaczego nie, i ja chcę rzucić się na głębokie wody i rozpocząć przygodę z surowymi słodyczami na całego.

Efekt był całkiem smaczny, no dobrze, bez udawanej skromności, bardzo smaczny i zaspokajający nawet najbardziej niewyobrażalne pragnienie na tak zwane "coś słodkiego", gorzej ze stroną wizualną. To, co wyszło spod mych rąk, jawiło się jako kompletny brzydal i w żadnym przypadku nie było w stanie przyciągnąć uwagi, nie mówiąc już o łakomym spojrzeniu. Dobrze ci tak, niedoszła perfekcjonistko, teraz musisz się mieć z pyszna, stwierdziłam, próbując ułożyć na talerzyku coś, co z założenia miało być przepięknym, kuszącym zawijańcem, o różnobarwnych, przeplatających się warstwach. Tak to jest, jak chce się zdobyć Mount Everest za pierwszym podejściem, na dodatek w rozchodzonych trampkach i przetartym podkoszulku. Z drugiej strony, to dobry kop mobilizacyjny, by na przyszłość mieć więcej pokory, więcej cierpliwości i wytrwałości. Koniec końców, po pierwszym niezbyt pozytywnym wrażeniu, każdy kto chwycił łyżeczkę w dłoń, szybko puścił w niepamięć anty-urokliwy look niedoszłego zawijańca i jeszcze szybciej zeskrobywał z talerzyka to, co dało się zeskrobać po pochłonięciu całej porcji. Bo w końcu liczy się wnętrze.

Oto i one, nieudolne zawijańce w pełnej krasie. 
Tuż w sąsiedztwie smoothie dla twardzieli, o czym za chwilę.
 

Jak zrobić nieudolne zawijańce, czyli przepis z serii - robisz to na własną odpowiedzialność!
  • masło słonecznikowe - szklanka + kilka czubatych łyżek
  • daktyle (najlepiej świeże) - szklanka
  • melasa - kilka łyżek
  • karob/kakao
  • cynamon, imbir (wedle gustu), szczypta soli morskiej
 Daktyle miksuję na gładką pastę. Masło słonecznikowe (korzystałam z masła własnej produkcji, bardzo gęstego w konsystencji) mieszam z jedną/dwiema łyżkami melasy, dwiema łyżkami pasty daktylowej, dodając na koniec tyle karobu/kakao, by uzyskać plastyczną, elastyczną masę. Zwijam ją w kulkę i dzielę na dwie części. Pierwszą przeznaczam jako spód, wykładając na dno foremki i ubijając na grubość nie większą niż centymetr. Następnie masę przekładam pastą daktylową (z odrobiną soli), na wierzch wykładam drugą część masy. I to był błąd, gdyż pasta daktylowa okazała się sama w sobie zbyt ciapowata i rzadka i w geście buntu zaczęła - hmm - "wypływać" spod masy właściwej. Chcąc w jakikolwiek ratować tak zaistniałą katastrofę, nieszczelny wierzch oblepiłam masłem słonecznikowym z odrobiną soli, już bez żadnych dodatków. Wszystko uklepałam, zostawiłam na trochę do odsapnięcia, a następnie - pomagając sobie sporym zapasem folii spożywczej - zwinęłam niepokorną ciapę w rulon, uklepałam, bo tak, i zostawiłam w lodówce. Wyszło to to mało foremne, ale dobre.

Ciocia dobra rada radzi: następnym razem pastę daktylową zmieszać z olejem kokosowym. To powinno ukrócić jej fanaberie i utrzymać jej zdradziecką konsystencję w ryzach.

Ostatecznie nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo tych kilka łyżek masła samego w sobie, bez dodatków, złagodziło słodycz całości i nadało jej zawadiackiej, ciekawej szorstkości. 

Ale, ale, to jeszcze nie koniec! Bo obowiązkowo, nieudolne zawijańce trzeba smakować razem ze smoothie dla twardzieli! Bo rzecz jasna, dzień bez smoothie dniem straconym, a skoro napycha się kabzę taką dawką słodkości, to dlaczego by nie wspomóc się zbawiennym działaniem zieleninki? Zatem - smoothie dla twardzieli, z zieleniną do tysięcznej potęgi:

  • natka pietruszki
  • łodyga (dwie) selera naciowego
  • sałata - do woli
  • dwie garście szpinaku (opcjonalnie)
  • cynamon
  • łyżka melasy
Zmieszać wszystko, zmiksować. I już, pić do dna. Smoothie dla twardzieli? Też mi coś! - parsknie ktoś, kto z sokami warzywnymi jest za pan brat. Dla typa takiego jak ja - maniaka słodkości i chronicznego pożeracza wszystkiego, co można zaliczyć do kategorii owoców, czysto warzywne smoothie było nie lada wyzwaniem i sama świadomość, że w jego składzie nie ma ani drobinki jakiegokolwiek owocu była bezcenna. Owszem, przyznaję, nie wiem, czy odważyłabym się wypić to smoothie w wersji bez słodzidła, ale od czegoś trzeba zacząć. Poza tym, dobrze jest czuć się twardzielem. A dziś ewidentnie nim jestem.

10 września 2013

Projekt: raw

Lubię tworzyć.
Lubię kreować nowe kształty, powoływać do życia twory mieszkające w mojej głowie, ucieleśniać istoty, które chcą wydostać się z pudełka zwanego wyobraźnią. Lubię uczucie, gdy coś, co do tej pory krzątało się w zakamarkach moich myśli, rodzi się i ożywa na kartach papieru, wodząc wokół wzrokiem i egzystując wespół ze mną. Lubię dotyk zużytego ołówka, dźwięk rysika tańczącego na powierzchni papieru, widok linii układających się w harmonijną całość. A najbardziej lubię uczucie, gdy odkładam swe narzędzie pracy i przyglądam się finalnemu efektowi. I gdy dostrzegam, że to, co wyszło spod mych rąk, jest czymś autonomicznym, co w trakcie narodzin zaczęło rządzić się własnymi prawami, wymykając się moim wyobrażeniom i oczekiwaniom. I gdy uzmysławiam sobie, że to ja stałam się narzędziem, by to, co do tej pory było ograniczane przez moje oczekiwania, stało się samodzielnym bytem, manifestującym się na powierzchni papieru.

Lubię tworzyć. Lubię tworzyć także w kuchni. Bo sporo artyzmu kryje się także i tutaj - umiejętność wykreowania czegoś z niczego jest zdolnością, którą wielu niestety neguje. A to wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe.

Kuchnia potrafi zaskakiwać. Wielokrotnie, dzień po dniu, jestem w stanie odkrywać w niej coś nowego. Zawsze pozostaje w niej coś, czego jeszcze nie było. I piszę to w pełni świadomie, jako osoba, która dawnymi czasy nie potrafiła nawet zaparzyć herbaty, o przygotowaniu grzanki nie wspominając. Naprawdę. Jeszcze kilka lat temu nie uwierzyłabym, że ktoś taki jak będzie ot tak, z własnej chęci, robić mleko kokosowe, albo czekoladę, albo cokolwiek innego, co wydawało się nieprawdopodobne i niemożliwe do wykonania. A jednak, stało się.

Im więcej eksperymentuję, wnikam i badam, tym bardziej czuję się podekscytowana mnogością i bogactwem tego, co oferuje natura, w swojej czystej postaci. I tym bardziej staram się wykorzystać właśnie te czyste, nieprzetworzone właściwości, ciesząc się pełnią i prostotą smaku.

Dlatego postanowiłam sobie - bo przecież od małych odkryć, od małych kroków zaczyna się wielka przygoda - jeden dzień w tygodniu urządzać na surowo. Mimo że na co dzień staram się wprowadzać jak najwięcej surowizny, to chciałabym w pełni spróbować ponieść się prostocie smaków płynących wprost z natury.

Pierwsza "surawka" już za mną. Wrażenia? Bardzo mi się podobało. Dużo ekscytacji i emocji, dużo smaku i udowodnienie sobie, że sięgając po surowiznę, wcale nie trzeba ograniczać się tylko do sałaty. Mam nadzieję, że "projekt raw" będzie prężnie się rozwijać i przyniesie dalsze wnioski i spostrzeżenia, które zaowocują w mojej kuchni.

Na początek smoothie. Już ostatnie, pożegnalne, bo malinowe. Na początek dnia i ostateczne rozstanie się ze smakami lata.


Smoothie prosto z sadu. Prawie.
  • maliny (użyłam 3/4, może ciut więcej, szklanki)
  • gruszka. Miękka, rozpadająca się. Prze-słodka.
  • śliwki (dwie)
  • sałata. Bez ograniczeń.
  • szpinak, dla aksamitnej konsystencji. I dlatego, że marniał na dnie lodówki.
  • cynamon
  • kilka kropel cytryny
  • łyżka domowego masła orzechowego

Wszystko miksuję. I już. Delektuję się, wyjadając łyżeczką i oblizując różowiaste wąsy, które wyrosły mi w okamgnieniu.


31 sierpnia 2013

Słonecznikowe LOVE: pesto koperkowe!

Witam, nazywam się Królik i moim nałogiem jest nadmierne spożywanie słonecznika w każdej postaci.
Zapada cisza i wszyscy wokół kiwają ze zrozumieniem głowami, poklepując mnie pocieszająco po ramionach i dodając otuchy uśmiechem - witaj wśród nałogowych słonecznikożerców, Królik. Czuj się jak u siebie w domu.

Zapewne tak mógłby wyglądać scenariusz mojego żywota, gdyby chcieć przenieść go na filmowe realia. Tak, przyznaję się, jestem nałogowym słonecznikożercą. Słonecznikofilia skutecznie określa mój stan chorobowy, jakim jest przesadne objadanie się słonecznikiem. W swoich kuchennych szafkach skrzętnie chomikuję skiełkowane ziarnka, a domowe, "home-made" masło słonecznikowe jest stałym bywalcem zarezerwowanych przeze mnie kredensowych półek.

Masło słonecznikowe często jest gościem honorowym wszelkiego rodzaju potraw, które staram się z lepszym lub gorszym efektem uzdatniać do zjadliwości. A choć najchętniej wyjadałabym je wprost ze słoika, to mimo wszystko staram się je uszlachetniać przez eksperymentowanie z rozmaitymi dodatkami.

Czy na słodko, czy na wytrawnie - trudno powiedzieć, która wersja smakowa jest bliższa moim kubkom smakowym. Niemniej jednak, dzisiejszym faworytem jest zdecydowanie masło słonecznikowe w tej drugiej opcji. Uwaga, uwaga - czas na pesto!

Pełne smaku i pełne zieleni. Wypchane i ociekające zielenią do granic niemożliwości. I właśnie obecność zieleniny jest tu swego rodzaju ewenementem. 

Od zawsze nie lubiłam pietruszki. Jako dziecko miałam awersję do jakichkolwiek warzyw, do tych zielonych w szczególności (!). Jakiekolwiek próby, zachęty i nakazy, te w rodzaju - jedz sałatę! - skończyły się w chwili, gdy wszelkiego rodzaju ataki odparowałam stwierdzeniem, że to "króliki jedzą sałatę". Buńczuczność i ton mojej wypowiedzi raz na zawsze zamknęły dysputę nad tym, że powinnam jeść to, co zielone.

Na szczęście czas zrobił swoje i to, co kiedyś było dla mnie nie do przełknięcia, dziś jest nieodłącznym towarzyszem mego talerza. Dzień bez sałaty dniem straconym, a wraz z sałatą przyszła pora także na inne warzywa zielone. 

Niemniej jednak, pomimo całej mej miłości do zieleniny, pietruszka jest mi wstrętna i tyle. I to właśnie ona jest bohaterką dzisiejszego posta. Stanowi gwóźdź programu, jest gwiazdą. Uwaga, uwaga, oświecenie kulinarne - połącz to, czego nie lubisz, z tym, co uwielbiasz i zyskasz nowe walory smakowe (nie daję gwarancji, że ten sposób zawsze działa, ale w tym przypadku się sprawdziło!)

Zatem - pietruszka wkracza na salony. W tej postaci mogę pożerać ją całymi pęczkami (!). Dlaczego zatem - jak tytuł podaje - pesto zwie się koperkowe? Z czystej przekory, dlatego.

Pesto na wskroś zielone!


A tu tradycyjnie na kanapkach, choć to przecież nie jedyne zastosowanie!

Pesto potrójnie zielone:
  • pęczek pietruszki
  • pęczek koperku
  • rzeżucha - dwie, a jeszcze lepiej trzy spore garście
  • dwie czubate łychy masła słonecznikowego (takie z górką!)
  • olej lniany - 4 lub więcej łyżek, w zależności od konsystencji, jaką chcemy uzyskać
  • ulubione przyprawy - dodałam sól morską i pieprz, kurkumę, czosnek, kozieradkę, oregano i tymianek
Całą zieleninę miksuję, dolewając w międzyczasie po łyżce oleju. Dosypuję przypraw, wrzucam masło słonecznikowe i blenduję na gładką masę. Zostawiam na kilka godzin w lodówce do przegryzienia się smaków i już, ucztowanie czas zacząć :)

Inspiracji na zielone pesto dostarczyła mi M., najwspanialsza kura domowa pod słońcem, jaką znam! Dlatego dzisiejszy post dedykuję M. jako najlepszej gospodyni z koła gospodyń miejskich młodej generacji :D

24 sierpnia 2013

Wszyscy piją smoothie...

...piję i ja.
A skoro mówi się, że jest się tym, co się je, to wychodzi na to, że - w myśl szerzących się ostatnio powiedzonek - "jęstę ogrę". Cóż, jeżeli za każdym razem, gdy sięgam po smoothie, bez krępacji rozpływam się w subtelnych tonach harmonii smaku, to i bycie ogrem nie jest mi straszne. 

Jeszcze niedawno byłam przekonana, że jak to, połączenie zieleniny i owoców jest w ogóle zjadliwe? Jak to tak, banan ze szpinakiem? Albo sałatą? Nie wierzyłam, że taki "pairing" może być dobrym rozwiązaniem. Ale choć ta pełna wątpliwości nuta dość długo we mnie grała, to do głosu dochodziła nasilająca się z każdym dniem ciekawość i czysta przekora, że o walorach smakowych tego wynalazku muszę przekonać się na własnej skórze. 

I tak dokonałam odkrycia roku 2013! Mało tego, raz zasmakowawszy z zielonym mazidle, nie umiem już bez niego żyć. No dobrze, to trochę za dużo powiedziane, ale fakt faktem, zielone combo jest stałym punktem mojego codziennego programu żywieniowego. Wszem i otwarcie, bez przesady, mogę powiedzieć, że dzień bez smoothie dniem straconym, a choć mam już ulubiony repertuar smaków, to nie ustaję w poszukiwaniach nad coraz to nowszymi połączeniami.

Na dobry początek dnia, na słodkie popołudnie, na chillout'wą kolację. Na każdą porę dnia, zawsze i wszędzie - smoothie, smoothie, smoothie. 


Zielony ogr nie taki straszny. A w tle świdrujące umysł krzaczki.

Moja wersja smoothie:
  • duży banan
  • dwie, trzy garście szpinaku
  • pół główki sałaty (tak! im więcej, tym lepiej!)
  • cynamon. Bez ograniczeń
  • szczypta imbiru (opcjonalnie)
  • łodyga selera naciowego (opcjonalnie)
Banana mrożę na co najmniej kilka godzin w zamrażarce. To zapewni aksamitną konsystencję i wierzcie, ten sposób naprawdę działa! W pierwszej kolejności, z racji tego, że mam dość słaby blender, miksuję szpinak. Następnie dodaję sałatę i blenduję na jednolitą masę (najbardziej lubię sałatę i szpinak w proporcji 1:1). Dodaję cynamon, czasem zdarza się, że opcjonalnie dorzucam seler i wsypuję czubatą łyżeczkę kakao (koniecznie na tym etapie, żeby zagwarantować apetyczny, czekoladowy kolor. Kakao dodane na koniec, przynajmniej u mnie, się nie sprawdza...Najczęściej jednak stawiam na naturalną zieleń). Na sam koniec dorzucam skrojonego w plasterki zmrożonego banana, tak, by blender mógł sobie z nim poradzić. Miksuję. Dwie minuty i już, gotowe.

Oczywiście, to wersja bazowa. Od mojej pierwszej próby smoothie minęło już dość sporo czasu i mam za sobą wiele eksperymentów, bardziej i mniej udanych. Ale najchętniej sięgam właśnie po tę wersję. To ona zdecydowanie podbiła moje serce i jest moim numerem jeden. A choć wydaje się być mało urozmaicona, to w tym przypadku wychodzi to tylko na plus. Bo siła tkwi w prostocie, a to smoothie jest tego najlepszym dowodem.