Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co do gara?. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Co do gara?. Pokaż wszystkie posty

12 lutego 2014

Vegan curry

Czuję się jak podróżnik w czasie, starając się nadrobić zaległości i dodawać te przepisy, po które sięgałam jeszcze w zeszłym roku. Robię to notorycznie - niezręcznie cykam zdjęcia przygotowanego jedzenia, by zapomnieć o nich na kolejne sto lat. A potem przeglądam folder niewydarzonych fotografii i myślę sobie, że ten-a-ten przepis to już dawno powinnam wrzucić na bloga. W rezultacie staram się odkopać w zakamarkach pamięci dokładne proporcje i doprowadzając się niejednokrotnie do przegrzania czachy. 

Choć obecnie przeprowadzam przygotowania do wielkiego wyzwania wiosenno-letniego, przestawiając się na surowiznę, to pozwolę sobie powspominać dawniejsze, jeszcze zeszłoroczne dzieje. Dziś propozycja niewyszukanego, ale wcale nie gorszego posiłku.
 
Prosto, ale smacznie. 
Czyli przepis na stare jak świat curry, tyle, że w wersji wegańskiej. 
Gdy brak pomysłu na coś wymyślnego, gdy czas nagli, gdy wszyscy głodni.

  • szklanka brązowego ryżu
  • pół szklanki fasolki azuki
  • pół puszki kukurydzy
  • czerwona cebula
  • dwa ząbki czosnku
  •  łyżka oleju (użyłam kokosowego)
  • szklanka lub dwie skrojonych w plastry pieczarek
  • pół czerwonej, skrojonej w cienkie paski papryki
  • 2 łyżki koncentratu pomidorowego/pół szklanki przecieru pomidorowego
  • przyprawy:  pieprz ziołowy, kurkuma, sól morska, kozieradka, oregano, kolendra, kmin i kminek, czubryca, papryka ostra, szczypta chili, odrobina cynamonu, lubczyk, koperek
  • szczypiorek
Fasolkę i ryż namoczyć na noc. Przepłukać pod bieżącą wodą, ugotować w czterech-pięciu szklankach wody z odrobiną soli, kminu, kminku i kolendry. W międzyczasie posiekać cebulę, zeszklić na patelni razem z czosnkiem. Dorzucić pieczarki, przyprawić.  Wymieszać z ugotowanym ryżem, przecierem pomidorowym, kukurydzą, na ostatnie trzy minuty dodać paprykę. Podawać ze szczypiorkiem lub garścią ulubionych kiełków. 

Jak zawsze - smacznego!

18 stycznia 2014

Prościej. Najprościej.

Ziemniak i brukselka.
Tylko tyle.
Tylko tyle i aż tyle, by zafundować sobie lekki, smaczny obiad.
Niech żyje prostota i minimalizm. Po raz kolejny.


  •  pół dużego batata
  • trzy niewielkie ziemniaki
  • brukselka w zadowalającej ilości :)
  • przyprawy: sól himalajska, pieprz, kurkuma, kozieradka i lubczyk, papryka, cynamon
  • koperek, szczypiorek, pietruszka
Ziemniaki szorujemy, nie obieramy. Kroimy w średniej wielkości kostkę, mieszamy w mieszance: papryka-sól-pieprz-kurkuma-cynamon. Wstawiamy do nagrzanego na 180 stopni piekarnika na 20-30 minut.
W międzyczasie przygotowujemy brukselkę - większe sztuki przepołowić, całość wypłukać w osolonej wodzie. Podgotować na parze 3-4 minuty, następnie wymieszać w mieszance przypraw. Wstawić do piekarnika na ostatnie 10 minut pieczenia ziemniaków, włączając funkcję termoobiegu.

Po upieczeniu wymieszać z pozostałymi przyprawami, suto obsypać pietruchą i koperkiem, dorzucić szczodre garście szczypiorku. I już, duet idealny zagościł na talerzu. Czyli obiad w wydaniu "prościej-najprościej".

17 stycznia 2014

Potrawka z batata.

Niechęć na wymyślny obiad? Na ratunek ziemniaki.
Niewiele czasu na zabawę w kuchni? Na ratunek ziemniaki.
Brak pomysłu na coś dobrego? Na ratunek ziemniaki.

Ziemniak - esencja prostoty. I do tego w bardzo smacznym wydaniu. Tak nierzadko dyskredytowane i niedoceniane, a przecież są tak niesamowicie twórcze. Bo ziemniak nie musi być przecież dodatkiem do czegoś, sam w sobie może stanowić danie główne. I niekoniecznie powiązane z ciężkim, zawiesistym sosem. Ziemniak sam w sobie jest dobry, dlaczego by tego nie wykorzystać? A zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z batatem. Ziemniak jaki jest, każdy widzi. Ale batat, to już (prawie!) zupełnie co innego.


Potrawka z ziemniaka:
  • słodki ziemniak
  • 3 łyżki czerwonej soczewicy
  • przyprawy: papryka, pieprz, sól morska, cynamon, kolendra, kmin i kminek, kozieradka, kurkuma
  • szczypiorek
  • koperek
  • do posypania: pietruszka, suszone pomidory
Batata dokładnie wyszorować, nie obierać. Skroić w średniej wielkości kawałki, sowicie wymieszać w mieszance przypraw: papryka-pieprz-sól-cynamon. Wstawić do nagrzanego na 180 stopni piekarnika, piec (z termoobiegiem) około 20 minut. W międzyczasie przepłukać soczewicę, ugotować do miękkości w szklance wody razem z roztłuczoną kolendrą, kminem i kminkiem. 
Soczewicę wymieszać z ziemniakami, dosypać pozostałe przyprawy. Nie szczędzić ręki, jeżeli chodzi o szczypiorek, koperek i pietruszkę. Dla dodatkowych walorów smakowych zachęcam dodać suszone pomidory (wykorzystałam takie w postaci małych, suszonych wiórków, sprzedawane jako posypka na kanapki). 

Smacznego, życzy Królik.

(A o tym, że może być jeszcze prościej, już wkrótce.)

21 listopada 2013

Dynio, do boju!

Dynia jest bardzo wdzięcznym tematem różnego rodzaju wariacji kulinarnych. Można ją schrupać bezpośrednio po skrojeniu, przerobić na fantastycznie aksamitny mus, wypić w postaci soku, lub tradycyjnie - uczynić ją głównym składnikiem kremowej zupy.

Gdy ma się jeden z tych leniwych dni, kiedy człowiekowi niespieszno, chce się utrzymać tę przyjemną atmosferę jak najdłużej. W moim przypadku, w sukurs przychodzą mi te potrawy, których proces przyrządzania jest prosty, mało fatygujący, a jednocześnie przyjemny. Mam na myśli wszystkie takie dania, których przygotowanie wywołuje uczucie iskierki wewnątrz, niewielkiego strumyczka ciepła, które rozlewa się po całym ciele. Przywołujących miłe wspomnienia. A dynia nierozerwalnie przywołuje masę wspomnień. Co zabawne, nie umiem wyjaśnić, dlaczego. Może to z powodu jej kształtu, może koloru, nie wiem. Wystarczy tylko, że na nią spojrzę, i już mi lepiej. W końcu dyńka wygląda jak mały, pocieszny i nadmiernie rozdęty balonik. Albo przykurczone słoneczko. Lub gigantyczna pomarańczka. Liczy się to, że jej widok wywołuje uśmiech, i już.

A skoro już mowa o dyni, to postanowiłam spróbować swych sił jako 'Soup master'.

Tym razem padło właśnie na zupę krem. Tym bardziej, że całą minioną niedzielę spędziłam pod sztandarem czerwieni i towarzyszących jej w palecie barw kolorów. To był iście pomarańczowy (w porywach czerwony!) dzień! Porankowi patronowały jabłka, gwoździem popołudniowego programu stała się dynia, wieczór minął beztrosko w towarzystwie marchewek. Tak, z całą pewnością, to był jeden z tych leniwych dni. Tych, które chce się zatrzymać.

Zupa krem, iście pomarańczowa, iście jesienna.

  • dynia hokkaido 
  • 3 słodkie ziemniaki*
  • bulion warzywny - litr, półtorej litra
  • przyprawy: sól morska, kurkuma, pieprz ziołowy, kumin i kmin, kolendra, lubczyk, papryka, cynamon, curry
  • zielona pasta curry (mniej niż pół łyżeczki)
  • czerwona cebulka
Dynię rozkrawamy, wycinamy miąższ, dzielimy na mniejsze kawałki (w przypadku odmiany hokkaido nie ma potrzeby obierania dyni ze skóry). Bataty szorujemy pod bieżącą wodą, kroimy na średniej wielkości kawałki, bez obierania. 
Pastę curry rozrabiamy w wodzie, podgrzewamy, podprażamy na niej rozbite na proszek kolendrę, kumin i kminek. Gdy tylko przyprawy uwolnią aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulkę i dusimy. Dołączamy dynię, ziemniaki, zalewamy całość bulionem, dorzucając pozostałe przyprawy. Gotujemy do miękkości ziemniaków, po odparowaniu miksujemy zawartość gara na aksamitny krem. Voila, zupa-krem w barwach jesieni gotowa.

* z połowy tej porcji przyrządziłam pieczone ziemniaki, które fantastycznie dopełniły dyniowy krem. Bataty rozkładamy na blasze, posypujemy mieszanką przypraw: słodka papryka, pieprz, sól, cynamon (tak!), pieczemy w temperaturze 180-200 stopni (najlepiej z termoobiegiem). Słodki posmak batatów, oprószonych wymienionymi wyżej przyprawami podbił serca wszystkich domowników. To był strzał w dziesiątkę i serdecznie polecam ten sposób każdemu, kto chciałby uszlachetnić jakąkolwiek zupę.

30 października 2013

Z ziemi indyjskiej do..hawajskiej?

Znów nadszedł czas na zupę. Gęstą, aromatyczną, ciepłą. A jeśli ma być zupa, to koniecznie w doborowym towarzystwie. Rzecz jasna, mowa o plackach. I to nie byle jakich, bo puchatych ponad miarę. Nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy. Zwłaszcza, jeżeli z dolnej półki w lodówce łypie na człowieka zalegająca pucha kokosowego mleczka. A skoro już jest się w posiadaniu takowej, mając jednocześnie w zanadrzu puchnącego brokuła, to dlaczego by nie wcielić się w masterchefa tudzież inną znamienitą znakomitość i nie stworzyć własnej wizji kuchni indyjskiej.

To do dzieła. Wariacje na temat indyjskich specjałów czas zacząć.

Na pierwszy ogień - placki:
  • 2 szklanki mąki orkiszowej
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego
  • przyprawy: oregano, kurkuma i pieprz ziołowy, sól, tandoori masala, sól morska, kozieradka
  • pietruszka, koperek - wedle uznania
Wszystkie składniki mieszamy i zagniatamy w elastyczną kulkę. Odstawiamy do leżakowania przynajmniej na godzinkę. Po tym czasie rozrabiamy ciasto, kroimy na kilka równych części i rozwałkujemy na okrągłe placuchy. Pieczemy na suchej patelni. Ot, cała filozofia.
Najlepsze na ciepło. Bezapelacyjnie.

Zupa:
  • duży brokuł
  • bulion warzywny (im bardziej przyprawiony, tym lepiej ;) jak zawsze, dla niepowtarzalnego aromatu, polecam jako wkładkę podpieczoną na kuchence cebulę) - około litra
  • szklanka mleka kokosowego
  • przyprawy: kurkuma, tandoori, pieprz, sól morska, oregano, kozieradka, kurkuma, szczypta cynamonu, kumin, kolendra i kmin
  • łyżka oleju kokosowego
  • czerwona cebula
  • zielona pasta curry
  • wiórki kokosowe
Pastę curry rozrabiamy w niewielkiej ilości wody i podgrzewamy w sporym garze. W międzyczasie szklimy na oleju kokosowym zmieloną kolendrę wraz z kuminem i kminkiem. Gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulę, podgrzewamy do zeszklenia. Dodajemy ściętego w drobne różyczki brokuła, następnie przerzucamy wszystko do gara z podgrzaną pastą curry. Całość zalewamy bulionem, dodajemy pozostałe przyprawy, ewentualnie dolewamy odrobinę wody. Gdy brokuł nabierze soczystej zieleni, zdejmujemy zupę z palnika i dodajemy mleko kokosowe. Całość miksujemy na aksamitny krem. Wedle upodobania posypujemy koperkiem, pietruszką, podprażonymi wiórkami kokosowymi. 
Podajemy w towarzystwie placków. I zajadamy się, ciesząc się z fantastycznej konsystencji, grubości i miękkości placuchowych puchatków. Od czasu uczty pod patronatem romansu indyjsko-hawajskiego puchate, kokosowe placki stały się moim number one. Po prostu - lubię placki i tyle.


20 października 2013

Aloo gobi. W zupie.

Miałam ochotę na ziemniaki. Przeogromną i nieodpartą, od rana myślałam tylko i wyłącznie o ziemniakach. W kuchni zalegał też kalafior. Olbrzymi, wielkości piłki do siatkówki, a może nawet koszykówki. Czekał też przepis na aloo gobi, do wypróbowania. Ale było także zamówienie na zupę. Jak to połączyć? No przecież, cóż to za problem - wystarczy ruszyć głową. I tym sposobem powstało aloo gobi, tyle że w zupie.

Rozgrzewające. Ciepłe i smaczne. I jednocześnie takie proste. Danie wprost na jesienną, ale słoneczną aurę. 

Czas na zupę a'la aloo gobi!

Inspirację na aloo gobi zaczerpnęłam z tego przepisu: Aloo gobi - klik w link

  • ziemniaki (wedle upodobania)
  • kalafior
  • marchewka
  • olej kokosowy* - 2 łyżki
  • bulion warzywny
  • przyprawy: kmin, kminek, kolendra, cynamon, imbir, sól morska, pieprz, kurkuma, szczypta chili, tandoori masala
  • pietrucha
  • opcjonalnie: dynia
Podstawą jest dobry, wyrazisty w smaku bulion. Moim sposobem na wydobycie głębokiego aromatu jest dodanie do wywaru podpieczonej na kuchence cebuli, wbrew pozorom, ta niepozorna błahostka potrafi wiele wnieść do smaku bulionu.

W głębokim garnku podgrzewamy olej i wrzucamy zmieloną kolendrę wraz z kminem i kminkiem. W chwili, gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny zapach, wrzucamy skrojone w kostkę ziemniaki. Gdy zeszklą się i odrobinę zmiękną, dołączamy podzielonego na drobne różyczki kalafiora. Podsmażamy chwilę i całość zalewamy bulionem, dodając resztę przypraw. Gotujemy około 20-30 minut.

Zupę podałam ze skrojonymi w łódeczkę i upieczonymi ziemniakami (polecam, fantastycznie podkreśliły całość) oraz plastrami równie podpieczonej dyni, suto posypując koperkiem i pietruszką. 
Jeżeli o mnie chodzi - zupne aloo gobi podbiło moje podniebienie. Eksperyment nad przeistoczeniem indyjskiego gulaszu w zupę zakończył się sukcesem i po raz wtóry dostarczył mi dowodów na to, że kuchnia z wzajemnością lubi się z eklektyzmem i synkretyzmem. A już w szczególności uwielbia spontaniczność i pragnienie odkrywania nowych smaków.

*równie dobrze sprawdzi się każdy inny olej, choć przyznaję, że aromat oleju kokosowego dobitnie podkreślił aromat zupy i nadał jej nutkę egzotyki - w przypadku zupy aloo gobi wyszło to na ogromny plus!

17 sierpnia 2013

O zupie i zapachach w chińskiej kuchni

- O! Pachnie jak w chińskiej knajpie!
To były pierwsze słowa, jakie usłyszałam, stojąc nad garem zupy. Zupy gotuję dość rzadko. Nie przepadam za przelewającą się miską cieczy. Nie odczuwam żadnej przyjemności picia wywaru. Gdybym miała zostać gastro-herosem (jakkolwiek to brzmi), z pewnością byłabym człowiekiem-papką. Albo jednogarem. W każdym razie kimś, kogo można utożsamić z jedzeniem o łychostajnej konsystencji. Ale dziś padło na zupę, więc dołożyłam wszelkich starań, aby przygotowany przeze mnie twór trafił w moje gusta. Egoistycznie przyznaję, że robiłam tę zupę z myślą o sobie, stawiając sobie za cel, aby podbiła moje serce. Dlatego dziś zupa nietypowa, ostra i gęsta, inspirowana mieszanką wpływów wschodnich. Na wpół orientalna, eklektyczna. Rozsiewająca w kuchni szerokie spektrum zapachów i przenosząca w krainy Orientu. I całkiem smaczna. W sam raz na dzisiejsze popołudnie.


Zupa w typowym dlań podaniu...

 ...oraz w wersji "dla mnie w sam raz!"

Zupa zza siedmiu mórz i zza siedmiu gór:
  • sos sojowy (polecam tamari, daje kopa!)
  • bulion (przypiekana cebula uszlachetnia aromat, warto spróbować :))
  • czerwona cebula
  • pieczary
  • papryka
  • marchewka
  • brokuł
  • ...zielenina (szczypiorek, pietruszka, co kto lubi)
  • przyprawy: tandori masala, czosnek, pieprz ziołowy, kurkuma, curry, papryka ostra i słodka, tymianek, majeranek, imbir, szczypta soli morskiej
Najpierw gotuję bulion. Wszystko zależy od niego, dobrze ugotowany bulion to podstawa i basta! Nie uznaję kostek rosołowych i wolę podrasowić zupę szuflą przypraw niż zlepkiem substancji, których nawet nie umiem wymówić. Wrzucam moc warzyw do gara, wraz z kilkoma opieczonymi na gazie cebulami, dorzucam garść przypraw i czekam na moment, kiedy kuchnia wypełni się przyjemnym, zachęcającym aromatem. Zazwyczaj przeznaczam na to od 30 do 40, góra 50 minut.

Cebulę (też delikatnie okopconą nad palnikiem) kroję w piórka i podsmażam na sosie sojowym, bez tłuszczu. Taką wersję cebuli polubiłam, kiedy opija się specyficznym posmakiem shouyu. Kiedy cebula nieco zmięknie, dorzucam cienko skrojone pieczarki. Doprawiam i zalewam odcedzonym bulionem, gotując całość na wolnym gazie jeszcze około 10 minut. Na sam koniec, kiedy wyłączam już gaz, wrzucam drobno posiekane kwiatki brokuła oraz marchewkę i paprykę skrojoną na jak najbardziej wąskie paseczki. Osobiście lubię chrupkość na wpół surowych, na wpół podgotowanych warzyw, a cienko skrojone wstążeczki dobrze komponują się z parującą zawartością michy. Ich surowizna tu pasuje.
Całość sowicie posypuję szczypiorkiem. Jako uzupełniacz dodaję także zamarynowane i delikatnie opieczone tofu. Ale tofu to już zupełnie historia i jego czas jeszcze nie nadszedł...:)

Smacznego znad michy pseudo-orientalnej zupy życzy Królik


9 sierpnia 2013

Kleik wjeżdża na stół!

Lubię ryż w każdej postaci.
Spójrzmy prawdzie w oczy - jest praktyczny. Można go przyrządzić na milion sposobów i nigdy się nie znudzi. Czy postawisz na słodycz czy raczej dasz szansę nutce pikanterii - wybór należy do Ciebie. Ja jestem w stanie wyjadać ryż łychami, zajadać się nim bez umiaru i delektować się jego naturalnym smakiem.

W dni, kiedy człowiek teoretycznie jest w stanie żywić się tylko i wyłącznie solidną dawką słońca, stawiam na coś lekkiego i delikatnego. Teoretycznie, bo praktyka pokazuje zupełnie inny skutek i owocuje wypełnionym po brzegi garnkiem i jeszcze bardziej wypełnionym brzuchem.

Dziś daniem dnia stał się kleik ryżowy. Niepozorny, poczciwy, mało atrakcyjny. Ale aksamitny i subtelny, łagodnie rozpływający się w ustach. Mało inwazyjny, w naturalnej, czystej postaci, gdzie ryż jest ryżem i nie udaje niczego innego. To jedna z tych potraw, która nie przybiera innej, złudnej maski, kryjąc się pod kamuflażem przypraw i mnóstwa składników. 
To taka poczciwina, której daleko do upudrowanych i strojnych dam, a choć udział w salonach mu nie przysługuje, to swą szlachetnością i szczerością jest w stanie uatrakcyjnić najzwyklejsze poletko zrekompensować brak luksusów.

Prosto. Smacznie. Bez pośpiechu.

Czas na kleik.

Składniki:
  • 1 szklanka ryżu (użyłam brązowego)
  • 3 łyżki fasolki azuki
  • 5-7 szklanek wody (w zależności od konsystencji, jaką chce się uzyskać)
  • szczypta soli

Przygotowanie:
Ryż i fasolkę zalać na noc wodą (oddzielnie). Następnego dnia odsączyć, wsypać do gara, zalać co najmniej pięciokrotną ilością wody i gotować na niewielkim ogniu, pod przykryciem, do momentu, kiedy ryż i fasolka wchłoną całą wodę. Nic trudnego. A dla tych, którzy mogą poszczycić się posiadaniem garnuszka do gotowania ryżu, to już przysłowiowa bułka z masłem!

Przepis zaczerpnęłam ze stronki: Brown rice porridge!
Odsyłam bezpośrednio do linku tym bardziej, że podano moc wskazówek odnośnie sposobu przyrządzenia takiego ryżu.
Stronkę polecam gorąco, znaleźć można sporo inspiracji. Przepis na ryżową owsiankę bardzo mnie zafascynował i choć nie dowierzałam, że szklanka ryżu będzie w stanie poradzić sobie aż z taką ilością wody, to muszę przyznać, że rezultaty przerosły moje oczekiwania. Zarówno ryż, jak i fasolka zabawnie "napuchły" pod wpływem dwukrotnej ilości wody, w jakiej się gotowały, a sama konsystencja - o czym pisałam wyżej, jest niesamowicie aksamitna.

Kleik przyrządzam z samego rana, aby bez pośpiechu osiągnął taki stan, jaki ma osiągnąć, dając mu jednocześnie czas na wystygnięcie. Podaję w temperaturze pokojowej, albo całkowicie schłodzony. W towarzystwie rzeżuchy i szczypiorku. Jak dla mnie, tak smakuje najlepiej.

 
 Jest kleik

Nie ma kleiku

I rzecz jasna na teorii się skończyło. Bo w praktyce znów objadłam się jak bąk.

3 sierpnia 2013

Ale im dałam bobu!

Już sierpień.
Słońce w pełni, skwar za oknem, upał daje się we znaki. Wielu narzeka, chodzi z nosem na kwintę, no bo przecież jak można egzystować w takiej spiekocie, a mi uśmiech nie schodzi z twarzy. Śmieję się jak głupi do sera i jestem w stanie (odważnie wypinając przy tym pierś!) krzyczeć - w to mi graj! 

Zdecydowanie jestem ciepłolubem. Nie przeszkadza mi lepkość letniego popołudnia, która rozkosznie obejmuje ciało i przywiera do niego jak druga skóra. Gorąc nie jest mi straszny i na pytanie - zimno czy ciepło - zawsze wybiorę to drugie. Słońce jest mi za pan brat i póki co, to mój najlepszy sposób na podładowanie baterii za każdym razem, gdy gubię się w absurdzie codzienności.

A skoro słońce daje nam bobu, to i ja daję bobu, wszystkim dookoła!




Sponsorem dzisiejszego obiadu jest bób i kasza gryczana. I to nie byle jaka, bo skiełkowana.
Lubię minimalizm i cenię sobie naturalność. Choć daleko mi do stosowania się do raw food, to przyznaję, że taki sposób żywienia jest dla mnie ogromną inspiracją i chętnie uciekam się do pewnych zasad "rawtarianizmu". Na przykład do moczenia i kiełkowania ziaren. Wierzcie mi, chrupkość skiełkowanej kaszy nie ma sobie równych! A i przy okazji, jest wdzięczną bazą dla różnego rodzaju wariacji kulinarnych, nie tylko wytrawnych, ale i słodkich (to llllubię!)

Mój sposób na kaszę?
Zalewam taką ilość, jakiej będę potrzebować, wodą w proporcji 1:2 i zostawiam na noc. Rano wypłukuję, umieszczam w suchym słoju przewiązanym gazą i umieszczam w dużej misie, otworem do dołu, co by dokładnie wypłukać kaszę z wody. Ziarna przepłukuję dwa razy dziennie, do momentu, aż puszczą kiełki (nie dłuższe niż pół centymetra, w przeciwnym razie przerosną i spowodują gorycz). Skiełkowane ziarno podsuszam w niskiej temperaturze i voila, naturalny chrupek gotowy.

Taką podsuszoną kaszą przechowuję w słoju w temperaturze pokojowej i korzystam zawsze, gdy mam ochotę na miłe urozmaicenie w kuchni. A że jestem wielką fanką strączkowych w każdej postaci, tym razem padło na bób.

...bo od kaszy człowiek zdrów, a od bobu może nawet jeszcze bardziej!

Danie proste do potęgi trzeciej.

Potrzeba:

kaszy (w moim przypadku jest to kasza skiełkowana)
bobu
brokułu 

O sposobie przygotowania kaszy pisałam wyżej. Skiełkowane ziarna są moim widzimisię, tradycyjnie przygotowana kasza będzie równie smaczna. Mimo to zachęcam do zabawy w kiełkowanie ziarna.

Bób gotuję w dużej ilości wody z mocą przypraw. W moim stałym repertuarze jest mieszanka tandoori masala, kurkuma w parze z pieprzem ziołowym, curry, szczypta kminu i kminku, sól morska, tymianek i odrobinka lubczyku. Wody nie odlewam, wykorzystuję ją jako zalewę do kaszy, aby nabrała aromatu i przeszła smakiem ziół.

Brokuła gotuję na parze al dente. Jak tylko jaśnie pan brokuł raczy zmienić kolor z ziemistej zieleni na tę w jaskrawym, trawiastym odcieniu, wyłączam palnik i wsio, warzywo ląduje na talerzu.

Wszystko wymieszać. Posypać koperkiem, pietruchą, jak kto lubi. I zajadać, najlepiej drewnianą łychą.