Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Let's go coco!. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Let's go coco!. Pokaż wszystkie posty

18 lipca 2014

Coconut (non caffein) coffee!

Wakacje mnie dosłownie zassały. 
Próbuję rożnych ręcznie kleconych eliksirów, domowych mazideł i innych takich, o czym postaram się naskrobać słów parę.

Odkrycie lipca: bieganie. Rzecz niesamowita, że taki anty-biegacz jak stwierdził, że ot, jednak zmieniam zdanie, biegać lubię. Czyli wielka przygoda trwa w najlepsze.

Tymczasem czas na kawę. Haha, skucha, bo to kawa-nie-kawa. Ale bardzo smaczna. Na zimno, mrożona, nieważne, grunt, że orzeźwia.

Przygotowania do wielkiej podróży marzeń - odliczanie czas zacząć. Do rozpoczęcia: 12 dni!

  • puszka schłodzonego mleka kokosowego
  • 3 łyżki cykorii
  • pół litra wody
  • cynamon, imbir
  • syrop z agawy/syrop klonowy/melasa/miód (w opcji niewegańkiej)
  • kostki lodu
  • opcjonalnie: plaster ananasa
Cykorię zalać wodą. Dodać słodzidła wedle własnych preferencji. Nie żałować cynamonu i imbiru. Wymieszać ze śmietanką kokosową (ścięte mleko kokosowe), rozlać do 2, 3 naczyń. Wierzch przyozdobić pozostałą warstwą śmietanki. Wrzucić po kilka kostek lodu do każdej ze szklanek. Opcjonalnie można wkroić kawałki ananasa.

I voila. Bezkofeinową kawę podano!

28 czerwca 2014

RAW pineapple bars.

Wakacje uważam za otwarte!
Między szusowaniem po polnych dróżkach, objadaniem się i ślęczeniem nad książkami, odświeżam pokrytego grubą warstwą kurzu bloga i wstawiam zaległe notki. Czasem muszę nieźle się napocić, by odtworzyć przepis swoich eksperymentów kulinarnych.

Dziś: przesłodkie batoniki, niewymagające zbyt wiele pracy. Wszystko rozbija się o przeznaczenie im odpowiedniej ilości czasu na uzyskanie pożądanej konsystencji.

Żeby było śmieszniej, dzisiejszy wpis jest wynikiem eksperymentu sprzed roku, jeśli nie więcej. Innymi słowy: dziś gimnastykuję swoją pamięć, by odkopać stare dzieje.



  • pół dojrzałego ananasa. 
  • 1/3 szklanki oleju kokosowego
  • 2 łyżki zmielonych wiórków kokosowych
  • 2 czubate łyżki zmielonego na pastę sezamu
  • cynamon, imbir, szczypta soli 
  • sezam łuskany
Wszystko (prócz nasion sezamu) zmiksować na gładko. Masę wylać na foremkę, wierzch obsypać szczodrze sezamem, wstawić do lodówki (najlepiej na całą noc) lub zamrażarki (2-3 godziny). Batoniki wyjąć na 10 minut przed spożyciem.

Za pierwszym podejściem dodałam zbyt małą ilość oleju kokosowego, dlatego eksperyment zakończył się raczej uzyskaniem całej foremki ciągnącej się masy a'la krówka. Za drugim podejściem batoniki można było bez problemu kroić w pożądane kształty i zajadać tak, jak na batoniki przystało.
Ananas musi być dojrzały - słodycz owocu będzie wówczas wystarczająca i obejdzie się potrzeba dodawania dodatkowego słodzidła.

Zmrożenie masy w zamrażarce jest dobrym rozwiązaniem na orzeźwiające lody :)

22 czerwca 2014

Urodzinowy jagielnik.

Z okazji obchodzenia ćwierćwiecza (ach, to już), przygotowałam dla ziomków sernik, nie-sernik, bawiąc się konwencjami i pokazując, że tradycję można łączyć z innowacją. 
Wyszło pysznie. Gwarancja jakości ze strony domowników.

Dziś sernik, w innym wydaniu. Roślinny, 100% vegan. I do tego bez pieczenia, czyli strzał w dziesiątkę, gdy awaria, bo potrzeba ciasta na już, na zaraz.



  • kubek kaszy jaglanej (ok. 300 ml)
  • 4 łyżki oleju kokosowego
  • 4 łyżki masła migdałowego (niesolonego, nieprażonego)
  • 4 czubate łyżki wybranego słodzidła (w opcji niewegańskiej - miodu)
  • 2 łyżki melasy buraczanej
  • łyżeczka soku cytrynowego
  • 3 łyżki kakao
  • cynamon, imbir
Polewa:
  • połówka dojrzałego awokado
  • 2 łyżki słodzidła
  • 2 łyżki kakao
  • cynamon
  • opcjonalnie: szczypta chili
Kaszę podprażyć, przelać gorącą i zimną wodą, ugotować w 2.5-3 szklankach wody. Zostawić do ostygnięcia.
Masę zmiksować na gładko z masłem migdałowym i olejem kokosowym. Podzielić na dwie części. Jedną wymieszać z kakao, melasą i łyżką słodzidła, sypnąć cynamonem. Do drugiej dodać sok z cytryny, słodzidło i szczyptę imbiru. Jeśli masa nie jest wystarczająco słodka, dodać więcej słodzidła.
Masę kakaową wyłożyć na foremkę, wyrównać, nałożyć część cytrynową. 
By przygotować polewę, wystarczy zmiksować do jednolitej konsystencji podane składniki. 
Całość przystroić ulubionymi dodatkami albo sezonowymi owocami. Polecam truskawki, ładnie się prezentują.

Jagielnik jest najlepszy po odstaniu kilku godzin w lodówce - odpowiednio stężeje i nabierze smaku. 

Voila, sernik-nie-sernik gotowy.

3 maja 2014

Witariański marchewkowiec.

To był prawdziwy debiut!

Z niecierpliwością czekałam na rozkrojenie i ułożenie pierwszego kawałka na talerzyku. Nie dlatego, żeby samej spróbować, tylko aby zobaczyć na własne oczy reakcję domowników. A to z tego powodu, że po raz pierwszy, w ramach Świąt Wielkiej Nocy, przygotowałam na świąteczny stół witariańskie ciasto z prawdziwego zdarzenia! Z dumą i satysfakcją mogę stwierdzić, że eksperyment był udany i przerósł moje oczekiwania - spośród wszystkich słodkości piętrzących się na stole, to właśnie to ciacho stanęło na podium i zostało okrzyknięte mianem "najlepsze i najbardziej zaskakujące łakocie króliczej fabryki czekolady".

O tym, jak bardzo pękałam nie tyle z dumy, co ze szczęścia (z wygranej!) może świadczyć to, że nigdy jeszcze nie doświadczyłam tyle radości ze pstrykania fotek swoich tworów. Pierwszy raz zdarzyło mi się czerpać tyle satysfakcji z zabawy akcesoriami i kompozycją, a choć mój zmysł fotografii jest zerowy, to tym razem amatorszczyzna i moje dwie lewe ręce ani przez moment nie były mi ciężarem!

A więc do dzieła! Nie obawiajcie się zadziwić swoich ziomków i już teraz weźcie się do pracy. Miny wszystkich częstujących się takim ciachem są widokiem bezcennym, więc po cóż zwlekać?

Opierałam się na przepisie z bloga VI&RAW, wprowadzając drobne modyfikacje. Za inspirację serdecznie dziękuję, a po oryginalny przepis odsyłam tutaj: klik w link


Ta-dam!
..a tutaj już na świątecznym stole.

..i w przybliżeniu!

  • 2 szklanki wiórków kokosowych, zmielonych na mąkę
  • 20 niesiarkowanych suszonych moreli
  • 1/2 szklanki niepasteryzowanego miodu/syropu z agawy/ syropu klonowego
  • 2 szklanki pulpy marchewkowej (wykorzystałam wytłoczyny po przyrządzeniu soku)
  • 3 pełne łyżki kakao
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • szczypta soli i odrobina cynamonu
  • chlust mleka kokosowego
  • opcjonalnie: jagody goji
Morele namoczyć w mleku kokosowym, odstawić do napuchnięcia. Mąkę kokosową zmieszać z pulpą marchewkową, kakao, miodem. Zmiksować morele na aksamitną pastę, dodać do części marchewkowej wraz z olejem kokosowym, solą i cynamonem, zagnieść na jednolitą masę. Dorzucić goji lub innych bakalii, zagniatać dodatkowe 3 minuty. Wyłożyć na foremkę, uklepać i wyrównać. Odstawić na kilka godzin, najlepiej na całą noc, do lodówki.

Ciasto oblałam ulubioną wariacją polewy czekoladowej: 
  • 3 czubate łyżki masła orzechowego
  • 2 czubate łyżki kakao
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki miodu/ innego słodzidła
  • cynamon, szczypta chili
Wszystkie składniki roztapiam w kąpieli wodnej do uzyskania jedwabistej konsystencji. Zostawiam na kilka minut do przestygnięcia, następnie wylewam na wierzch ciasta.

 Wszystkim łakomczuszkom życzę smacznego!

2 maja 2014

Snickers. Na duży głód.


Głodny nie jesteś sobą.
Dlatego dziś, aby nie pozwolić sobie na zmianę w dzikie zwierzę, unowocześniona wersja home-made snickers, dla wszystkich głodomorów, smakoszy i batonożerców.
Wersja "pimp my snickers' bar", 100% home-made, 100% safety, że nie napycha się tworami spożywczopodobnymi. Bezpieczna dla brzuszka i własnego sumienia. 
Chwila słodkiego, karmelowego zapomnienia.

Głodny nie jesteś sobą. Dobrze jest o tym pamiętać, by nie pozwolić sobie na zaćmienie zdrowego rozsądku. Nie pozwólmy na to, by stać się dzikim zwierzem. 





  • szklanka płatków owsianych (polecam płatków bezglutenowych)
  • szklanka mąki kokosowej/zmielonych na drobno wiórków kokosowych
  • szklanka suszonych, niesiarkowanych moreli
  • 1/2 lub 3/4 szklanki miodu/syropu klonowego/agawy...
  •  olej kokosowy - 3, 4 czubate łyżki
  • szczodry chlust mleka kokosowego
  • 3/4 szklanki masła orzechowego (bez dodatków, najlepiej domowego)
  • 3 łyżki kakao
  • cynamon, szczypta soli morskiej
Morele namoczyć w mleku kokosowym przynajmniej przez dwie godziny. W tym czasie przygotować spód.
Zmielić na mąkę płatki owsiane, zmieszać z mąką kokosową, 3-4 łyżkami słodu i cynamonem, wyrobić na elastyczną masę, wyłożyć na dno foremki, porządnie uklepać i odstawić.

Pora na masę karmelową:
morele zmiksować wraz z mlekiem, w którym się moczyły. Dodać łyżkę oleju kokosowego, szczyptę soli i 2 łyżki masła orzechowego. Wyłożyć na spód.

Polewa:
olej kokosowy roztopić w kąpieli wodnej, dodać chlust mleka kokosowego, kakao oraz pozostałą część masła orzechowego i słodu, trzymać na niewielkim ogniu do momentu połączenia składników i uzyskania jednolitej konsystencji. Wylać na masę karmelową, oprószyć cynamonem i szczyptą soli. 
Całość odstawić do lodówki, najlepiej na całą noc. 
Pokroić i podawać w formie batoników.

A potem można głęboko odetchnąć, wybrać się na przejażdżkę rowerową i szaleć po leśnych dróżkach. A jak już szaleć, to na całego i do woli - bo przecież po powrocie do domu głód już nie straszny i zupełnie nikomu nie grozi!

23 marca 2014

Sweety tricky. Power hearts.

Cześć, nazywam się Królik i mam koślawe serce.
Dlatego spod moich łapek wychodzą równie koślawe serduszka.

Ale choć daleko im do pięknych, symetrycznych serc, cieszą swoim smakiem.
Ot, takie małe słodkie oszustwo.


Spód:
  • 3/4 szklanki zmielonych płatków owsianych
  • 1/2 szklanki zmielonych ziaren konopi
  • 4 namoczone daktyle medjool (lub 8 ich mniejszych odpowiedników)
  • cynamon, ewentualnie szczypta soli
Wierzch: 
Wykorzystałam pozostałości po czekoladowo-kokosowych krówkach. Po przepis odsyłam tutaj: Coco fudge

Wykonanie:
Składniki na spód miksuję na gładko. Wykładam na dno foremek i odstawiam do lodówki. Wierzch dekoruję grubą warstwą fudge'u kokosowego. Kilka serduszek przełożyłam dodatkowo dżemem figowym, którego wykonanie nie powinno zabrać więcej niż 5 minut, nie wliczając czasu namaczania owoców.

Suszone figi dzielę na połówki, namaczam w wodzie, miksuję (bez odlewania) z cynamonem na dżem. To najprostsza metoda na uzyskanie smacznego smarowidła w preferowanych przez siebie ilościach. Taki dżem można przechowywać w lodówce nie dłużej niż tydzień (przynajmniej u mnie tyle wytrzymał).

Pamiętajcie, nie pogardzajcie koślawymi serduszkami. One też potrafią być piękne.

14 marca 2014

Coco yourself! Double coconut fudge.

To trochę absurdalne.
Wrzucam przepisy, których obecnie nie praktykuję. Moje poglądy kulinarne upłynniają się, tracą dawną formę i przybierają nową. Są jak wielki krab, który zrzuca pancerz. A wszystko to dzieje się w wirującym tempie!

Póki co, póki pamiętam, dzielę się tym, co dobre i smaczne, a przy tym dość mało wymagające. 
Zamiast czekolady, zamiast torby cukierków. 

Aksamitny. Rozpływający się w ustach. Odrobinę lepki i ciągnący. Król fudge'ów. 
Najprawdziwszy fudź nad fudże.
Kostka kokosowej miłości <3

Coconut fudge:
  • puszka mleka kokosowego (do wykorzystania tylko ścięta śmietanka)*
  • 2-3 łyżki oleju kokosowego
  • łyżka lub dwie karobu
  • łyżka kakao*
  • szklanka namoczonych daktyli (polecam medjool)
  • opcjonalnie: jagody goji, łyżka maca, wiórki kokosowe, kapka ekstraktu śliwkowego (lub kilka namoczonych śliwek suszonych)
  • cynamon, chili, szczypta soli (himalajskiej)
Wszystkie składniki (prócz goji, jeśli zdecydujemy się je wykorzystać), miksujemy na gładką masę (nie odlewamy wody z moczenia bakalii, nada ona dodatkowej słodkości). Dorzucamy goji lub inne wybrane dodatki, wykładamy na foremkę i chowamy do zamrażarki. Wyjąć na 30 minut przed podaniem.

Guten apetit!

*w przypadku, gdy korzystamy ze śmietanki własnej produkcji i surowego kakao, możemy uzyskać w pełni raw łakocie.

6 lutego 2014

Pina colada smoothie, na zielono.

Za oknem prawie wiosna. Rower odżył, kot driftuje po korytarzu. Przydałyby się jeszcze motyle w brzuchu.

Dziś pina colada w kolorach wiosennych.
  • 3/4 dojrzałego ananasa
  • szklanka szpinaku
  • duży pęczek pietruszki
  • 2 łyżki mleka kokosowego (gęstej, stwardniałej części)
  • mała łyżeczka oleju kokosowego (w stanie stałym)
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka maca
Wszystko miksujemy do gładkiej konsystencji. Opcjonalnie można sypnąć na wierzch garścią wiórków kokosowych. Gotowe.

Ważne jest to, aby ananas był naprawdę dojrzały. Zagwarantuje to jego słodycz i tym samym brak potrzeby dosładzania smoothie. 

Wiosno, przybywaj!



11 stycznia 2014

Potworzaki i inne cudaki

Nowy rok przyniósł ze sobą znacznie więcej eksperymentowania w kuchni.
Nie boję się już dodawać tych składników, o których sama myśl wcześniej nastręczała mi wątpliwości. Polubiłam zabawę kolorami, spontaniczność i szczyptę ekstrawagancji. Zaczęłam słuchać własnej intuicji, to, co mi ona odpowiada. Przestałam trzymać się żelaznych reguł i sztywnych zasad, bazując raczej na tym, co lubię i co napawa mnie odczuciem szczęścia, nawet jeśli występuje ono tylko w szczątkowej postaci.

Powoli uczę się, że kuchnia jest równa zabawie. Dziedzinie, która nie tylko uczy i rozwija, ale dostarcza radości. Już czas zerwać się z kajdan i kierować się tym, co wywołuje uśmiech na twarzy.

Dziś nadszedł czas na potworzaka. Zieloniastego tworka, który podbił moje serducho. Już samo spojrzenie nań jest powodem do uśmiechu. A potem przychodzi pora na degustację, która dopełnia wyobrażenie na temat tego, jak to to może smakować. Niespodzianka na każdej płaszczyźnie. 
Poza tym, lubię zieleń.

Potworzaki:
  • olej kokosowy - 2 pełne łyżki, w postaci stałej
  • starte na pulpę migdały/masło migdałowe - 4 łyżki
  • 3/4 szklanki świeżych daktyli, namoczonych w niewielkiej ilości wody
  • spirulina, czubata łyżka
  • dojrzały granat
  • cynamon, szczypta soli himalajskiej
  • opcjonalnie - łyżka białka konopnego
Olej kokosowy rozpuszczam do ciekłej postaci, miksuję z pozostałymi składnikami (poza granatem) na aksamitną masę. Dodaję pestki granatu wedle upodobania. Masę przekładam do małej foremki, przechowuję w zamrażarce. Wcinać bezpośrednio po wyjęciu z zamrażarki - bez obaw, konsystencja potworzaka pozostaje delikatnie kremowa, rozpływająca się w ustach.

Potworzak zawdzięcza swój całokształt dzięki spirulinie. To ona jest bohaterem dzisiejszego odcinka. I to właśnie jej chcę poświęcić swoje najnowsze odkrycie, tym razem odnoszące się do dziedziny kosmetycznej. 
 
Spirulina ponoć rewelacyjnie sprawdza się jako maseczka na twarz. Poszperałam tu i ówdzie, aby więcej dowiedzieć się na ten temat, prześledzić opinie i komentarze. Zachęcona pozytywnymi ocenami postanowiłam przekonać się o jej właściwościach na własnej skórze, dosłownie. Samo sporządzenie maseczki jest dziecinnie proste - wystarczy zmieszać niewielką ilość spiruliny z wodą do uzyskania konsystencji elastycznej papki, lub w proporcjach pół na pół z jogurtem naturalnym lub kefirem. Mając na składzie świeży jogurt, wybrałam drugą opcję i późną, wieczorową porą uraczyłam się tak oto przygotowaną maseczką. Pomimo wszechobecnej opinii na temat nieznośnego smrodu takiej papki, mój przypadek okazał się być wyjątkiem od reguły. Jeżeli o mnie chodzi - absolutnie nie jestem w stanie zgodzić się z tym, że błotniasta maseczka odrzuca na kilometr aromatem wypełnionych po brzegi rybami starych kutrów rybackich. Pozostaje mi rozmyślać nad tym, z jakich źródeł spirulinę pozyskali właściciele tych komentarzy, przynajmniej ja pod takowymi się nie podpisuję. 
Samą maseczkę stosujemy do dwóch razy w tygodniu, przez dwadzieścia minut. Za sobą mam dopiero jeden taki seans, więc nie będę zmyślać na temat cudownych jej właściwości. Póki co, jeżeli chodzi o moje wrażenia, są bardzo pozytywne. Po zmyciu maseczki czułam niesamowite odprężenie twarzy; po zabiegu skóra była przyjemnie gładka i aksamitna w dotyku. Miałam ochotę nieustannie gładzić się po policzkach! Sama świadomość tego, że w tym stanie totalnego odprężenia czuję się, jakby moja twarz nie istniała, była przyjemna. 
O tym, jakie okażą się efekty takich zabiegów napiszę wtedy, gdy takowe odczuję. Póki co, jestem na tak, chociażby z samego względu poczucia wypoczętej, rozluźnionej skóry. Jestem na tak, pani spirulino, to kolejny powód, dla którego darzę cię sympatią. 

Wniosek: nie bójmy się potworzaków. Bo przecież nie w wyglądzie tkwi wartość tego, co skrywają pod swą postacią.

21 grudnia 2013

Świąteczny marcepan. Pod choinkę.

Słodkich prezentów ciąg dalszy.
Dziś miałam starcie z masą marcepanową. Początkowo zależało mi na zrobieniu domowej czekolady, ale marcepan okazał się dużo bardziej uparty niżbym chciała i wzajemna współpraca przysparzała trudności.
W myśl zasady, że zawsze pozostaje jakieś wyjście, postawiłam na prostotę - skoro marcepan nie chce być czekoladą, niech pozostanie marcepanem. Skoro tak bardzo zależy mu na tym, by zachować swą autentyczną naturę, niech i tak będzie. Szczególnie, jeśli osoba, która ma otrzymać go w prezencie, jest maniakiem marcepanu. Zatem: czekolady marcepanowej nie będzie. Propozycja na dziś - marcepan, bardzo świąteczny. Jako prezent, pod choinkę. Dla wszystkich smakoszy migdałów w ich słodkim wydaniu.



 

Domowy marcepan w świątecznym wydaniu:
  • migdały (najlepiej blanszowane) - od jednej do półtorej szklanki
  • masło migdałowe (solone, nieprażone) - około jednej, dwóch łyżek
  • słodzidło (syrop z agawy, syrop klonowy, lub w wersji niewegańskiej miód) - trzy, cztery łyżki
  • olej kokosowy -  dwie/trzy płaskie łyżki
  • przyprawy korzenne - cynamon, anyż, pieprz i ziele angielskie, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon
  • szczypta soli (w przypadku niesolonego masła migdałowego)
  • opcjonalnie: skórka pomarańczowa
Migdały miksuję na jednolitą masę. Rozpuszczam olej kokosowy razem z wybranym słodzikiem, mieszam z masłem migdałowym i przetartymi migdałami. Dla nadania ciekawego aromatu i podkreślenia walorów smakowych, warto dodać odrobinę skórki pomarańczowej (moczę skórkę na około 20 minut w przegotowanej wodzie, blenduję całość, wraz z wodą, na pastę i dodaję do marcepanu). Sypię przyprawy i formuję w dowolny kształt - wałek, chlebek; ja postawiłam na tradycyjną, prostokątną tabliczkę (nosząc się z zamiarem zrobienia czekolady ;))
Masę odstawiamy do lodówki. Jej cechą charakterystyczną jest to, że zachowuje elastyczność i miękkość pomimo niskiej temperatury. 

Delikatna struktura marcepanu uniemożliwiła mi początkowe plany. 
Teoretycznie: failure, praktycznie: nie ma tego złego - marcepan jest wyjątkowo aksamitny i jedwabisty. 
Nie zniechęcam się zaistniałymi trudnościami i przystępuję do dzieła. Skoro marcepan chce być marcepanem, to i ja nie pozostanę mu dłużna w swym uporze, stawiając na świąteczne akcenty. Zakasuję rękawy, wykrawam świąteczne kształty, lepię, ucieram, zatapiam, wbijam...Słowem, bawię się i manipuluję marcepanową masą. Padło na choinkę i nieokreślone wygibasy. Dla udekorowania masy użyłam jagód goji, suszonych malin i pozostałości po maśle pierniczkowym (masło pierniczkowe). Wszelka inwencja twórcza mile wskazana :)



20 grudnia 2013

Na słodki prezent. Trufle pomarańczowe.

Własnoręcznie przygotowane prezenty są wyjątkowe.
Zawierają olbrzymi przekaz uczuciowy i ładunek emocjonalny, odsłaniając więź między dającym a obdarowywanym. Ich wartość mierzy się ilością serca włożonego w ich przygotowanie. I wyrażają więcej niż milion słów.

Cykl "Upitraśmy prezent" uważam za oficjalnie rozpoczęty. Dziś - trufle, mocno kokosowe, na wskroś pomarańczowe. Dla wielbicieli cytrusowych aromatów i wszelkich łakomczuszków. Dla wszystkich ze słodkim zębem. Dla wszystkich, którzy ponad perfekcjonizm i symetrię przekładają pragnienie i chęć wywołania radości.




 
Składniki:
  • szklanka wiórków kokosowych (domowe najlepsze <3)
  • 3-4 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki słodzidła: syrop z agawy, syrop klonowy, miód (sięgnęłam po miód lipowy)
  • przyprawy korzenne: cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, anyż, kolendra, pieprz i ziele angielskie
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej (użyłam domowej produkcji)
  • 2 łyżki masła migdałowego
  • opcjonalnie: orzechy, kakao
Skórkę pomarańczową zalewam niewielką ilością wody i pozostawiam do zmiękczenia. Rozpuszczam olej kokosowy z miodem, mieszam z przyprawami, blenduję na aksamitną masę z masłem migdałowym, wiórkami i skórką pomarańczową. Masę odstawiam do lodówki.
Gdy masa stężała, podzieliłam ją na mniejsze porcje i ulepiłam kulki. W każdą włożyłam po kawałku orzecha brazylijskiego i obtoczyłam w kakao.
Trufle, do czasu wręczenia ich jako prezent świąteczny,  należy przechowywać w lodówce. Nie ma obawy, że coś się z nimi do tego czasu stanie - daję słowo.

Lepienie trufelków nie przysparza żadnych trudności - masa jest zwarta i bardzo elastyczna, jak miękka plastelina. Problem zaklejonych, lepkich rąk i obsypanych skrawków? Nie tutaj.

Polecam jako jedną z możliwych opcji prezentu. Dla każdego, kto lubi słodkości, w szczególności te o świątecznym charakterze. Jeżeli ma się do czynienia z łasuchami i jeżeli samemu jest się łasuchem. Warto podzielić się z drugą osobą zarówno słodkimi pysznościami, jak i sporym kawałkiem własnego serducha :)

W planach na dalsze pitraszenie prezentów mam marcepanową czekoladę i domowe snickersy. O wynikach i ostatecznych rezultatach - już wkrótce :)

8 grudnia 2013

Owsianka pomikołajkowa. Na bogato.

 Mikołajki są dla mnie ważnym etapem podczas oczekiwania na nadejście Świąt Bożego Narodzenia. Wspomnienie św. Mikołaja, a w szczególności jego czynów, uprzytamnia mi, co powinno być szczególne ważne w czasie przygotowywania się na nadejście Świąt. Że liczy się chęć obdarowywania drugiego człowieka, dzielenie się z nim tym, co mamy w sposób bezinteresowny, z pragnienia serca. Że wcale nie musi to być wielkie, opakowane lśniącą, brokatową wstążką pudło kryjące w swym wnętrzu "towar luksusowy", wystarczy drobiazg. Wystarczy świadomość, że ktoś poświęcił wiele, by obdarzyć mnie drobnym gestem. Niekiedy to tylko uśmiech, ważne, by był szczery i prawdziwy. Taki, przez który i ja się uśmiecham. Bo najważniejszy jest odruch serca w nieskrępowanym, czystym i prawdziwym porywie.

Mikołajki już minęły, ale ich wspomnienie zostało. Bo data 6 grudnia powinna każdemu przypominać, by dzień po dniu obdarowywać drugiego człowieka cząstką samego siebie. By dbać o świąteczną oprawę nie tylko od zewnątrz, ale przede wszystkim od wewnątrz. 

Dzisiejsze śniadanie było nieco spóźnioną celebracją Mikołajek. Świąteczne, trącące nutą piernika, choć piernika się w nim nie uświadczyło. Ot, taki psikus. Owsianka pełna sprzeczności. Rozgrzewająca, choć przecież zimna, w niewielkiej porcji, choć na bogato. Słowem, owsianka, która oddaje atmosferę Mikołajek - nie trzeba wiele, by poczuć pełnię.

Inspiracji zasięgnęłam z tego przepisu: Granola lodówkowa Genialny w swej prostocie to raz, dwa - stwarza duże możliwości i pełne pole do popisu. Moje wariacje są tego najlepszym przykładem.


Baza:
  •  szklanka płatków owsianych
  • 25 ml oleju kokosowego (rozpuszczonego)
  • przyprawy: cynamon, imbir, kolendra, gałka muszkatołowa, anyż, goździki, ziele angielskie, pieprz
  • 4 daktyle medjool (lub 8 suszonych)
  • dwie garści goji
Daktyle namaczamy w wodzie (centymetr ponad poziom daktyli). Olej podgrzewamy wraz z mieszanką roztłuczonych na proszek przypraw do momentu, aż przejdzie ich aromatem. Przelewamy przez sitko, miksujemy razem  z daktylami (nie odlewamy wody, w której się moczyły), mieszamy z pozostałymi składnikami. Masę wykładamy na foremkę i odstawiamy do lodówki. 

Owsianka właściwa:
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 łyżki jagód goji
  • cynamon
  • dodatki! - suszone maliny i wiśnie, owoce suszonej morwy
Mieszankę zalewamy wodą, ponad centymetr ponad jej poziom, zostawiamy do napęcznienia minimum na dwadzieścia-trzydzieści minut (w moim przypadku płatki z całym wkładem moczyły się całą noc). Następnie dodajemy taką ilość granoli lodówkowej, która odpowiada naszym gustom i zapotrzebowanie na słodkości (według mnie jedna czwarta lub jedna trzecia jej ilości jest optymalna). Porządnie wymieszać i rozbić na gładką, jedwabistą strukturę (na upartego, całość można delikatnie podgrzać, by rozpuścić cząstki granoli).
I już. Owsianka gotowa. Korzenna i aromatyczna, mająca w sobie coś z pierniczka. W szczególności, gdy okrasi się ją sowicie domowymi powidłami.

24 listopada 2013

Pumpkin fudge!


W moim domu mieszkają krówkożercy.
Wcielając się w niewdzięczną rolę strażnika pewnych nawyków żywieniowych, raz po raz odsłaniam swoje oblicza małego anarchisty, bojkotującego wszystko to, co w swym składzie ma więcej niż 4 składniki lub kiedy nazwa tych ostatnich utwierdza mnie w przekonaniu, że najpewniej jestem analfabetą, skoro nie umiem nawet poprawnie odczytać ciągnących się niby tasiemce rzędów liter.

Dając upust swojej energii, sięgam po ciężką artylerię w przekonaniu, że można osiągnąć upragniony efekt metodami innymi niż tymi w produkowanych na szeroką skalę łakociach. Często kieruje mną czysta przekora. Bo widząc zachęcające hasła o "domowej recepturze", "zupełnie jak u babci", "moc tradycji od xxxx roku" albo "z maminej szafeczki", zastanawiam się i usilnie próbuję sobie przypomnieć, w jakimż to miejscu moja babcia kryła w swojej kuchni słoiczek z benzoesanem sodu, w którym momencie przygotowania dania takiego a siakiego dodawała syrop glukozowo-fruktozowy i czy lecytynę sojową wykorzystywała na początku, czy może dopiero na koniec sporządzania posiłku? Babciu, jak mogłaś nie zdradzić mi tych tajemnic, no jak?

Dlatego, biorąc sprawy w swoje ręce, nie pozostaje mi nic innego, jak zakasać rękawy i rzucić się w wir eksperymentów kulinarnych. Dzisiejsze wyzwanie: krówki. Domowe, słodkie, lepkie. Takie, które już w pierwszym momencie przywodzą tylko jedną myśl - o, jaka smaczna krówka!


  • 3 czubate łyżki oleju kokosowego
  • 3 czubate łyżki kakao
  • 4-5 czubatych łyżek puree dyniowego*
  • 2-3 pełne łyżki miodu/ syropu z agawy/ pasty daktylowej: opcji jest sporo
  • cynamon, imbir
Olej roztapiamy, mieszamy z kakao i miodem na jednolitą masę. Dodajemy dyniowe puree, przyprawy, zostawiamy do przestudzenia. Całość wylewamy do foremek, wstawiamy do zamrażalnika, odstawiamy na kilka godzin. I wsio, home-made gooey-chewy pumpkin fudge gotów! Mając do dyspozycji bazę, można szaleć na całego - począwszy od takich dodatków, jak orzechy, na bakaliach i ziarnistych poppingach kończąc. W tym zakresie żadnych ograniczeń brak :)

*użyłam surowej dyni; kawałki dyni przepuściłam przez maszynkę do mielenia i zblendowałam na aksamitną masę, której następnie użyłam do produkcji krówek. Równie dobrze sprawdzi się puree z dyni pieczonej lub gotowanej.

9 listopada 2013

Let's go NUTS! Home-made chocolate.

Od dłuższego czasu zastanawiałam się, co zrobić z torbą orzechów, upchniętą między większymi i mniejszymi słojami jednej z szafek kuchennych. Orzechy tegoroczne, włoskie, okazałe. Pierwsza myśl - domowa nutella! Ale szybko okazało się, że efekt końcowy nie spełniał oczekiwań, więc po burzy mózgów pozostało zakasać rękawy i rzucić się w twórczy eksperymentalizm tudzież eksperymentalną twórczość.

I tak z niedoszłej nutelli powstała nieziemsko wyborna czekolada.

Czekolada po trzykroć orzechowa.

 Bo prezencja musi być!

 Jeszcze przed uroczystym pokrojeniem.

Zabawy czas zacząć:
  • niecała szklanka orzechów włoskich
  • 10 suszonych daktyli (lub 5 w przypadku okazu Medjool)
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 2 łyżki kakao
  • cynamon, szczypta chili
  • 2 łyżki maca (opcjonalnie)
  • do przybrania - jagody goji, orzechy brazylijskie
Orzechy namoczyć na noc w przegotowanej, zimnej wodzie. Rano odsączyć i obrać ze skórek, zostawić do czasu, aż delikatnie się podsuszą. W międzyczasie przygotować pastę daktylową: daktyle zalać wodą 1-2 cm ponad poziom; namięknięte zmiksować wraz z wodą, w której się moczyły. Dodać orzechy (dla ułatwienia pracy blendera można je uprzednio rozkruszyć/roztłuc) i zblendować na gładką masę. W następnej kolejności dołączyć 2 łyżki roztopionego oleju, kakao, przyprawy i opcjonalne dodatki - np. maca. Całość wyłożyć na foremkę, przybrać wybranymi dodatkami (użyłam goji i skrojonych orzechów brazylijskich). Odstawić do lodówki na całą noc; dla uzyskania jeszcze lepszej konsystencji - do zamrażarki, na godzinę lub dwie.

Czekolada jest aksamitna w smaku, delikatnie miękka, rozpływająca się w ustach. Niesamowicie słodka, z wyrazistym, głębokim posmakiem orzechów włoskich. Jej jedwabistość w połączeniu z chrupiącymi dodatkami (orzechy brazylijskie), akcentem ciągnących się goji i szorstkim smakiem orzechów włoskich daje w ostateczności miły, zaskakujący efekt. Być może lepiej byłoby nazwać ów twora mianem brownie (bRAWnie?), ale ze względu na formę podania, pozostanę przy czekoladzie. Poza tym, czekolada wydaje się być bliższa, niż najlepszy nawet placek ;) 

2 listopada 2013

Niech moc będzie z tobą! Czyli kostka mocy v. II

Kolejne zlecenie i misja do spełnienia - Królik, czekają nas odwiedziny ważnych gości, zaserwuj swoje słodkości, podaj kostkę mocy.
Zamówienie przyjęto. Ogromnie lubię przygotowywać jedzenie z myślą o innych, nawet, jeżeli ja sama takiej potrawy nie spróbuję. Dzielenie się swoimi eksperymentami kulinarnymi daje mi nie tyle sporo satysfakcji, co radości, że mogę przekazać drugiej osobie namiastkę siebie i pokazać, że naturalne metody kucharzenia są w stanie znacznie wyprzedzić tradycyjne rozwiązania. 
Jako kulinarny buntownik chcę udowodnić, że ciasto z kremem, wyrośnięty na jajach biszkopt tudzież olbrzymi kawał bezowego tortu jest przereklamowanym sposobem na słodki poczęstunek. Nie sztuka zapchać sobie bebech mieszaniną wszystkiego, co możliwe, byleby zaspokoić swoje zmysły. Można zjeść i dobrze, i smacznie, czerpiąc z tego jednocześnie radość. Liczy się delektowanie, a nie przeżeranie.

I właśnie z myślą o powolnym delektowaniu się smakiem powstała unowocześniona kostka mocy. Z myślą o tym, aby zaskoczyć, aby pokazać, że można połączyć walory zdrowotne i smakowe, oraz że ciasto wcale nie musi być ukręconym z piekarnika tworem. I jednocześnie aby dać dowód temu, że prostymi środkami można uzyskać łakocie równie dobre, a jak dla mnie nawet lepsze niż te oferowane na sklepowych półkach twory.

To jak, gotowi na solidną dawkę słodkiej rozpusty i kulinarnego hedonizmu?
Zaczynamy!
Zjedz mnie.
Zjedzmniezjedzmniezjedzmnie.

Szczególnych innowacji nie ma - nowa kostka mocy jest niczym innym, jak starą wersją (Kostka mocy) wzbogaconą o dodatkową warstwę karmelową z przepisu na picnikowe batoniki >> Picnic
Aby się nie powtarzać, odsyłam do powyższych, w niniejszej notce dając tylko i wyłącznie wizualną odsłonę nowego tworu ;)


Ostatni rzut oka ;)

Uwaga!
Przed spożyciem należy skonsultować się ze zdrowym rozsądkiem, gdyż każda kostka niewłaściwie zaaplikowana może przyczynić się do utraty kontroli nad własnym brzuchem i stanu hipergklikemii wskutek nieumiarkowania.


30 października 2013

Z ziemi indyjskiej do..hawajskiej?

Znów nadszedł czas na zupę. Gęstą, aromatyczną, ciepłą. A jeśli ma być zupa, to koniecznie w doborowym towarzystwie. Rzecz jasna, mowa o plackach. I to nie byle jakich, bo puchatych ponad miarę. Nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy. Zwłaszcza, jeżeli z dolnej półki w lodówce łypie na człowieka zalegająca pucha kokosowego mleczka. A skoro już jest się w posiadaniu takowej, mając jednocześnie w zanadrzu puchnącego brokuła, to dlaczego by nie wcielić się w masterchefa tudzież inną znamienitą znakomitość i nie stworzyć własnej wizji kuchni indyjskiej.

To do dzieła. Wariacje na temat indyjskich specjałów czas zacząć.

Na pierwszy ogień - placki:
  • 2 szklanki mąki orkiszowej
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego
  • przyprawy: oregano, kurkuma i pieprz ziołowy, sól, tandoori masala, sól morska, kozieradka
  • pietruszka, koperek - wedle uznania
Wszystkie składniki mieszamy i zagniatamy w elastyczną kulkę. Odstawiamy do leżakowania przynajmniej na godzinkę. Po tym czasie rozrabiamy ciasto, kroimy na kilka równych części i rozwałkujemy na okrągłe placuchy. Pieczemy na suchej patelni. Ot, cała filozofia.
Najlepsze na ciepło. Bezapelacyjnie.

Zupa:
  • duży brokuł
  • bulion warzywny (im bardziej przyprawiony, tym lepiej ;) jak zawsze, dla niepowtarzalnego aromatu, polecam jako wkładkę podpieczoną na kuchence cebulę) - około litra
  • szklanka mleka kokosowego
  • przyprawy: kurkuma, tandoori, pieprz, sól morska, oregano, kozieradka, kurkuma, szczypta cynamonu, kumin, kolendra i kmin
  • łyżka oleju kokosowego
  • czerwona cebula
  • zielona pasta curry
  • wiórki kokosowe
Pastę curry rozrabiamy w niewielkiej ilości wody i podgrzewamy w sporym garze. W międzyczasie szklimy na oleju kokosowym zmieloną kolendrę wraz z kuminem i kminkiem. Gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulę, podgrzewamy do zeszklenia. Dodajemy ściętego w drobne różyczki brokuła, następnie przerzucamy wszystko do gara z podgrzaną pastą curry. Całość zalewamy bulionem, dodajemy pozostałe przyprawy, ewentualnie dolewamy odrobinę wody. Gdy brokuł nabierze soczystej zieleni, zdejmujemy zupę z palnika i dodajemy mleko kokosowe. Całość miksujemy na aksamitny krem. Wedle upodobania posypujemy koperkiem, pietruszką, podprażonymi wiórkami kokosowymi. 
Podajemy w towarzystwie placków. I zajadamy się, ciesząc się z fantastycznej konsystencji, grubości i miękkości placuchowych puchatków. Od czasu uczty pod patronatem romansu indyjsko-hawajskiego puchate, kokosowe placki stały się moim number one. Po prostu - lubię placki i tyle.


14 października 2013

Kulawe serca, czyli raw(r)uję w pełni jesiennie

Kulawe serca, czyli moje 'ente' podejście do raw słodyczy i usilnej próby poprawy ich jakości wizualnych. Jaki jest tego efekt, widać na poniższych obrazkach, co nie zmienia faktu, że jestem szczególnie dumna ze swojego wytworu, mimo że jest koślawy. Przyznaję, serca wyglądają nieco na rozjechane, poobijane i mocno pokopane. Ale okazały się przepyszne i nie mogłam im nic, a nic zarzucić.

Ostatnio dużo było o słodyczach. W najbliższym czasie postaram się to zmienić, bo w mej kuchni wrze od przygotowań różnego rodzaju placków obiadowych, a jak wiadomo, hasło "lubię placki" nie jest mi obce i czas najwyższy przybliżyć trochę te dania, które są mi szczególnie bliskie.

Tymczasem receptura na kulawe serca.

Serduszka jeszcze w stanie idealnym, przed kulminacyjnym momentem wyskoczenia z foremek!

A tutaj już po. Czyli serduszka a'la zapaśnicy po starciu z rozpędzoną ciężarówką

Jak to się robi?
  • płatki owsiane (szklanka)
  • suszone figi i morele (w proporcji pół na pół, pół szklanki)
  • melasa (używam z chleba świętojańskiego), łyżka lub dwie
  • cynamon, imbir
  • opcjonalnie: wiórki kokosowe, kakao, karob
  • extra gratis: jako składnik znacznie podnoszący walory smakowe - strąki karobu, o których mowa była w poprzednim poście
Dodatkowo, na warstwę śmietankową:
  • śmietanka kokosowa (około szklanki)*
  • olej kokosowy - łyżka lub dwie
  • cynamon 
  • dwie łyżki melasy lub niecałe pół szklanki daktyli
Część pierwszą - kakaową - przygotowujemy, łącząc i miksując ze sobą wszystkie składniki (suszone owoce wpierw należy namoczyć i zmiksować wraz z wodą, w której się moczyły. Polecam używać tych niesiarkowanych, są dużo bardziej aromatyczne. Zupełnie nieskromnie pochwalę się, że zastosowane przeze mnie figi wywodziły się wprost ze słonecznej Medugorje i uparcie będę twierdzić, że żadne inne nie są tak pyszne, słodziutkie i mięciutkie, jak właśnie te medugorjskie! O!) Po zmiksowaniu składników można dodać opcjonalnie wiórki lub inne umilacze smakowe (np. strąki karobowe ;) myślę, że równie ciekawie sprawdzą się płatki kokosowe, jako smaczniejszy zastępnik wiórków). Masa będzie bardzo zwarta, ale taka powinna być. Wykładamy ją do foremek/foremki i bierzemy się do dalszego majsterkowania.

Śmietankę delikatnie mieszamy z olejem, dodajemy szczyptę cynamonu i jako coś do posłodzenia - melasę (miód) lub masę daktylową (namoczone i zmiksowane wraz z wodą daktyle). Tak powstałą masę nakładamy na spód i odstawiamy do stężenia.

Efekt i moje wrażenia? Serduszka charakteryzowały się idealną konsystencją, nie rozpadały się, nie kruszyły i nie rozwarstwiały, a że wyszły z lekka pokopane, cóż - jest to wina tylko i wyłącznie mojej niecierpliwości w obchodzeniu się z silikonowymi foremkami...Za to gwarantuję, że w smaku są przepyszne :) W sam raz na te wczesne, mgliste poranki, kiedy przed człowiekiem wiele godzin pracy i potrzeba energetycznego kopa na długi, długi czas. A żeby było na bogato, to w zestawie z kulawymi sercami znalazło się miejsce także i na szejka dla twardzieli ;) Tym razem z niewielkim dodatkiem śmietanki kokosowej i bez bicia przyznaję, że tym sposobem mogę stawać się twardzielem dzień po dniu :D


 *Najlepsza domowa! Pyszna, gęsta, słodka i bez tego puszkowego posmaku. Poniżej - co by nie gadać po próżnicy - prezentacja mleka i śmietanki kokosowej w warunkach domowych. 

  No popatrzcie, jaka jestem gęsta!
Aż się prosi, by wszamać całość, taka jest słodka i puchata! 

I jak zawsze, smacznego!

3 września 2013

Czeko-czeko-czekolada! Borówkowa.

Czekolada, wersja druga.
Po eksperymencie z czekoladą malinową przyszedł czas na ulepszenie receptury tak, by nowemu tworowi nie mieć nic do zarzucenia.

Trochę ciapania, trochę maziania, klejenia i babrania - i oto jest, czekolada, którą chłonę całą sobą. 
I nie jestem w stanie postawić jej jakiegokolwiek "ale". W moich oczach to po prostu królowa czekolad, i już. Prosta, niewyszukana, ale uderzającą głębią słodyczy! A choć prób stworzenia tworów czekoladopodobnych przede mną wiele, to ta dzisiejsza wyłoniła zdecydowanie moją faworytę.

Czuję się jak szalony doktor co rusz powołujący do życia nowe stwory. Swoją drogą, ciekawy sposób na życie i działalność jako taką. Królik i jego mała fabryka czekolady.
W to mi graj!

Czekolada. Domowa, bezcukrowa. Wersja II: borówkowa!

 Borówkowa w pełnej krasie.

Zaczynamy:
  • olej kokosowy - 3 łyżki
  • wiórki kokosowe - 3 łyżki
  • karob - 1,5 łyżki
  • kakao - 1,5 łyżki
  • cynamon - wedle uznania
  • 6 daktyli*
  • borówki
Wszystkie składniki - prócz borówek - miksuję na gładką masę. Wykładam dno foremki (masa jest bardzo lepka i klejąca, dlatego potrzeba dużo cierpliwości, by równomiernie ją rozprowadzić). Wierzch masy wykładam borówkami tak, by jak najbardziej zatopić w niej owoce. Całość zostawiam do stężenia w lodówce, najlepiej na całą noc. A potem nie pozostaje nic innego, jak w pełni dumy, że oto stworzyliśmy unikatowy twór czekoladopodobny, rozpłynąć się w niebycie...

*użyłam świeżych. W przypadku suszonych prawdopodobnie należałoby zwiększyć ich ilość i namoczyć je przed połączeniem z pozostałymi składnikami.

30 sierpnia 2013

Chocolate time! Domowa. Malinowa. Bezcukrowa.

Czas rozpocząć produkcję czekolady w warunkach domowych.

Można zapytać - po co? Przecież słodycze są wszędzie.
No właśnie.
Słodycze są wszędzie, na wyciągnięcie ręki. Gdzie nie spojrzeć, gdzie się nie obrócić, tam kuszą nas mnogością kolorów swych barwnych opakowań, wymyślnym repertuarem smaków, ekstrawaganckimi nazwami i udanymi hasłami, którym nie sposób się oprzeć.
Poczuj się jak w raju, rozpłyń się w aksamitnej piance, zasmakuj w moim wnętrzu, daj się ponieść niebiańskim smakom...Faktycznie, zdawać by się mogło, że już tylko chwila dzieli człowieka od pragnienia zatopienia się w chwili błogiego zapomnienia. Albo raczej słodyczowego szaleństwa.

Nie ma się co oszukiwać, bez słodyczy ani rusz. Są takie chwile, gdy bezwiednie sięga się "po coś słodkiego". Bo jest się zmęczonym, bo spadek cukru, bo nie taki nastrój, bo tak...No dobrze, ale co jeśli staje się okoniem i mówi się nie wszystkim tym wdzięczącym się na sklepowych półkach kolorowym panienkom? Jeśli bajecznie barwne opakowania (niczym upierzenie rajskiego ptaka!) nie są w stanie oczarować oka? Jeśli po prostu pozostaje się w zupełnej opozycji, a może raczej ignorancji wobec wysypu słodyczy, zalewających zewsząd człowieka? Bo przecież niemożliwością wydaje się nie jeść słodyczy, tak w ogóle. 
Jak możesz nie jeść słodyczy, słyszę często. To co ty jesz? W pierwszej kolejności zaproponuję: owoc, pyszny, miękki i soczysty owoc. I na reakcję zazwyczaj nie czekam długo - no bo jak to, owoc jako coś słodkiego? 
Ciężka sprawa, myślę sobie, skoro owoce z góry neguje się jako możliwy substytut czegoś słodkiego. Bo przecież powinno być na odwrót, to słodycz powinna być uboższym zastępnikiem owocu. O ludzkości, gdzie zabłądziłaś?
Ale dość już tych smętnych wynurzeń. Są tacy, którzy po prostu nie lubią owoców. Są tacy, którzy mają inne wyczucie smaku i owoce nie spełniają ich oczekiwań względem tego, co określa się mianem słodkości.
I ja lubię słodycze. I wcinam ich całkiem sporo. I tak, choć nie spożywam cukru i (w związki z tym) sklepowym słodyczom powiedziałam żegnaj, to od słodyczy nie stronię. Lubię objadać się czekoladą. Bo wbrew pozorom, czekolada nie stanowi dla mnie tabu. Nie jest zakazanym owocem, po którego nie mogę sięgnąć. Jak to możliwe? To proste, wystarczy zrobić ją samodzielnie.

Czekolada to być może za dużo powiedziane, chcąc określić wytwór, który w swoim składzie nie ma masła kakaowego. Ale określenie - "substytut czekolady" brzmi niewdzięcznie i topornie i nie przeszedłby mi przez gardło. Niech stanie na tym, że to moja wersja czekolady. Eksperyment i własne dzieło, jeszcze pełne niedociągnięć i błędów, które trzeba skorygować. To tak na wszelki wypadek, aby nie wzbudzić fałszywych nadziei i wygórowanych oczekiwań.

Panie i Panowie, przed Państwem domowa czekolada. Malinowa, bezcukrowa. Delikatnie chropowata, o głęboko gorzko-kwaskowatym smaku. Wykwintna i dojrzała. Jak emerytowana gwiazda Hollywood.




Czekolada, vol. I.

Składniki:
  • 1/3 szklanki malin (+ maliny do przyozdobienia)
  • 3 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki kakao 
  • 3 łyżki wiórków kokosowych (użyłam wytłoczyn miąższu kokosa, po spożytkowaniu go w produkcji mleka kokosowego i podsuszeniu)
  • cynamon
  • kilka kropel soku z cytryny (opcjonalnie)
  • 5-6 łyżeczek wyciągu ze stewii
Wszystkie składniki rozciapałam widelcem i otwarcie przyznaję, że to był błąd. Rozsądniej byłoby je zmiksować na aksamitną masę - po zastygnięciu czuło się drobinki malin i kokosowych wiórek. Masę wyłożyłam na foremkę i zostawiłam do stężenia na całą noc. Całość udekorowałam malinami.

Czekolada - mimo wszystko - ma dość miękką konsystencję i szybko topnieje poza lodówką. Ostrzegam, że jest mało słodka, dlatego dla zwolenników słodkości - zamiast stewii - polecam użyć innego słodzidła (w szczególności polecam daktyle :))
Pierwsza próba wyprodukowania własnej czekolady, choć nie zgarnęła całej puli, jeśli mówić o punktacji, to zdecydowanie zachęciła mnie do dalszych eksperymentów i odnalezienia tej jednej, jedynej formuły. W zanadrzu już przygotowuję się do kolejnej wersji - o czym już wkrótce :)

Niech czekoladowa moc będzie z wami!

23 sierpnia 2013

Let's go coco! Home-made crispy bars

Nadeszła pora na kokosa.
Jestem maniakalnym pożeraczem kokosów. Mogę pochłaniać je zawsze i wszędzie. Gdyby kiedykolwiek miano zorganizować wszechstronny konkurs pokarmowy, to ja, jako potencjalny juror, wystawiłabym kokosowi okrągłą dziesiątkę.
Kokos jest wdzięcznym tematem kulinarnym, to oczywiste. Przychodzi z pomocą i niejednokrotnie inspiruje mnie w kuchni, chociażby z tego powodu, że wiele oferuje. Kusi mnie szerokim spectrum swoich możliwości, objawiających się czy to w aksamitnym, gęstym mleczku, słodkawej śmietance, czy puszystych wiórkach. A kiedy mam świadomość, że wszystkie te skarby odkryłam ja i tylko ja, po uprzedniej walce z twardą, nieprzejednaną kokosową skorupą, tym bardziej odczuwam swój triumf wyniesiony z tego pojedynku. 
Jako mały smark zawsze marzyłam o tym, by zostać rycerzem. Ani księżniczką w złotych pantofelkach, ani wielką damą kryształowego zamku. Nie, nic z tych rzeczy. Z całych sił pragnęłam być rycerzem, koniecznie w zakurzonej zbroi, koniecznie z czerwonymi proporcami przypiętymi u siodła, koniecznie na potężnym siwku. Usilnie wierzyłam, że to pragnienie jest jak najbardziej realne i bez reszty zatracałam się w wizjach niesienia pomocy damom tudzież mężom w opałach, dalekich wędrówek i zwycięskich pojedynków.
Marzenia się spełniają, choć ostateczny rezultat często zaskakuje scenariuszem odmiennym niż ten, któryśmy sami umyślili. Co prawda w moim przypadku nie spełniła się ani wizja zbroi, ani proporców, ani dzielnego rumaka (tego ostatniego szkoda mi najbardziej!), ale w ramach rekompensaty otrzymałam możliwość ścierania się z twardą i upartą kokosową skorupą jako namiastkę rycerskich pojedynków. Bo kiedy nareszcie uda mi się dobrać do wnętrza tego twardziela, nierzadko czuję się jak rycerz nad ubitym smokiem. Cóż, duma rośnie.

A jeżeli jest już kokos, to warto wykorzystać go w masowej produkcji domowych batoników. 
Wymarzony baton to taki, który jednocześnie porywa swą lepką, ciągnącą się strukturą i który jednocześnie chrupie. Tak, tak, te dwie skrajności można połączyć w jedną, harmonijną całość, w rezultacie pokazując, że bruegelowska wizja raju dla łakomczuchów naprawdę istnieje. 
A więc, aby nie przedłużać, moja receptura na wypełnione po brzegi, dekadenckie do granic niemożliwości, emanujące słodyczą batoniki.
Nie daj się prosić. Oczaruj się kokosem!



Składniki:
  • szklanka daktyli (najlepiej niesiarkowanych)
  • szklanka wiórków kokosowych (użyłam wytłoczyn ze świeżego miąższu kokosa, po sporządzeniu z nich mleka kokosowego)
  • dwie łyżki melasy karobowej (lub innego słodzidła)
  • łyżka karobu (lub kakao)
  • łyżeczka cynamonu
  • śmietana kokosowa (w moim przypadku domowa :))
  • łyżka-dwie oleju kokosowego
  • suszone owoce - użyłam goji, skrojonych w kosteczkę fig, porzeczek (dwie garści)
  • szklanka skiełkowanej i podsuszonej kaszy gryczanej (opcjonalnie)*
Daktyle zalewam wodą i zostawiam do namoczenia na 10-15 minut. Miksuję je razem z wiórkami, melasą, karobem, cynamonem, olejem kokosowym i dwiema łychami śmietanki kokosowej. Dodaję skiełkowaną kaszę, suszone owoce i mieszam. Masę (o dość gęstej konsystencji) wykładam na przygotowaną foremkę i wstawiam do lodówki do stężenia na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. Dla spotęgowania walorów smakowych polecam posmarować wierzch grubą warstwą śmietanki kokosowej, bez żadnych dodatków. 

I już. Tak oto powstał domowy batonik, zaskakujący bogatym wnętrzem żelko-podobnych w smaku suszonych owocków i naturalnych chrupek. Tak oto powstała pseudo-studencka czekolada. Tak oto gęba dostała się do nieba.

*Skiełkowana kasza odgrywa o tyle istotną rolę, że nadaje batonikom walory smakowe i gwarantuje chrupkość. Produkcja takich domowych chrupek jest czasochłonna (pisałam o niej tutaj: klik w link), więc równie dobrze można sięgnąć po jakikolwiek inny zastępnik - na przykład ryż dmuchany, ekspandowany amarantus lub ziarno orkiszu...Myślę, że możliwości jest wiele.