5 września 2013

O smakach lata i o kawce-nielocie

Jesień coraz bliżej nie tylko w kalendarzu, ale także za oknem. Choć i słońce w pełni blasku, i niebo przesycone błękitem, to czuć na skórze znajomy chłód. 
Dla mnie rozumowanie jest proste - nie ma żaru, nie ma lata. W moim odczuciu lato już minęło, a z nim odeszły te smaki, które na nowo rozleniwią moje podniebienie dopiero w przyszłym roku. Nie pozostaje mi nic innego, jak pielęgnować te smaki w sobie i czule się z nimi pożegnać do następnego sezonu.

Żegnajcie truskawki, maliny, borówki i jagody! Żegnajcie moi urodziwi przyjaciele! Co ja pocznę bez was przez czas zbliżającego się nieubłaganie chłodku?

Bo dla mnie lato to przede wszystkim owoce. Albo raczej ich mnogość, bo przecież owoce - w erze wyposażonych-we-wszystko-molochów - są zawsze. 
Owoce przekładam ponad warzywa. To te pierwsze mogę pochłaniać garściami, mogę objadać się nimi bez oporu, od rana do wieczora. Moje serce można podbić przede wszystkim mieszanką ulubionych owoców, ot co!

Dzisiaj nadszedł czas na pożegnanie się i podsumowanie smaków lata. Czyli refleksje i wspominki tych owoców, które eksplodowały bogactwem swych kolorów i smaków przez krótką chwilę. Tych, których pojawienie się na jarmarcznych stoiskach było równie gwałtowne, co ich zniknięcie. Czas na to, by pożegnać się ze smakami leśnych darów, a serdecznie uścisnąć rękę sadom, z ich okazałymi śliwkami i soczystymi gruchami.
Pożegnania nadszedł czas!

To jednak nie pożegnanie z leśnymi owocami sprawiło mi najwięcej trudności.
Czas na kilka słów o głównym bohaterze tegorocznych wakacji. Kilka słów o kawce-nielocie.

                                                       Bez zbędnych słów - oto Kurczak:


Przysłowiowe siedem nieszczęść - i to w najlepszym przypadku. Małe, brzydkie i nieopierzone. W takim stanie znalazłam coś, czemu do ptaka było bardzo, bardzo daleko. 
Przeogromna głowa, ciążąca na groteskowo maleńkim ciałku, jaśniejąca przezroczystą błonką cienka szyja i powykręcane, suche łapki. Toczyło się to nieszczęsne szkaradztwo po na wpół podeptanym trawniku, pośród rozwrzeszczanych dzieci i wyliniałych kocurów. Przewracało się z boku na bok, w odległości pół metra od mego balkoniku, z którego miałam doskonały widok na dramat pewnego czerwcowego popołudnia. 
Pisklak toczył się i toczył, a z jego toczenia się nic nie wynikało. Matki ani śladu, zainteresowania ze strony ptasich pobratymców - brak. Musiała wypaść sierota z gniazda i napytała sobie biedy, bo nikt jej teraz nie chce. Pytanie - zostawić ją na pastwę losu, czy wziąć sprawy w swoje ręce?

Decyzja była prosta. Po upływie kilku godzin matki wciąż ani widu, ani słychu, zbliżał się wieczór, a wraz z nim przybywać zaczęło coraz więcej osiedlowych kotów, o wypchanych kabzach i czujnikach nastawionych na wyłowienie wszystkiego, co się rusza i co można by zeżreć w kilku kęsach.

Z "na szybko" przygotowaną starą, wysłużoną klatką i niewielkim kartonikiem, wyszłam po te siedem nieszczęść i niewiele wysiłku musiałam włożyć w to, by je złapać. Co też ja mówię, złapać to za dużo powiedziane. Cała akcja ratownicza polegała na tym, że chwyciłam toczące się pisklę i wpakowałam je do zaciemnionego kartonika. A z kartonika - hyc! - do klatki. I tak rozpoczęła się przygoda z wychowaniem kawki-nielota.

Czy było trudno? Nie, nie było trudno, oczywiście jeżeli miało się wystarczająco dużo chęci i woli, by takim pisklakiem się zająć. Zważywszy na to, że dziób tej ptasiej poczwary był równie wielki, co zsyp na śmieci, z karmieniem nie było najmniejszych problemów. Wystarczyło zbliżyć się do poszkodowanego malca i bach! Ten już wrzeszczał w niebogłosy i pokazywał zawartość swoich trzewi (wierzcie mi, rozwartość dzioba była doprawdy imponująca!). Kurczaka przez cały okres jego wychowania karmiłam...z palca. Nawet wtedy, gdy Kurczak już sam radził sobie z jedzeniem, wielokrotnie zgłaszał się do mnie jak do mamy, czekając na porcję "ekstra" z głupkowato otwartym dziobem i błagalnym wzrokiem - "no daj, proszę!".

Kurczak rósł jak na drożdżach, ale słabo się przepierzał. I stąd wynikały problemy z lotem - osiągnięciem Kurczaka były wyczyny, w trakcie których był w stanie wznieść się na wysokość bez mała pół metra. Choć nie ukrywam, przepięknie wychodził mu lot w linii spadkowej. Zlatywał wprost cudownie. Gorzej z lataniem jako takim. 

Kurczak dorastał ze mną przez okres siedmiu, albo może i nawet ośmiu tygodni. Tyle wystarczyło, by w pełni pokochać tę małą pokrakę. Nigdy nie pomyślałabym, jak wiele przywiązania może okazać ptak. Bo Kurczak był w tej kwestii wyjątkowy - łaził za mną krok w krok, spał na ramieniu, nawoływał i gaworzył ze mną przy śniadaniu. I zawsze rozpaczliwie wołał o pomoc, gdy wpadł w tarapaty :) Wiele razy okazywał tak ogromne zaufanie, że życzę każdemu, aby mógł spotkać się z takimi objawami przelewania uczuć ze strony zwierzęcia. Teraz Kurczak jest już w dużo lepszym ośrodku - znajduje się pod specjalistyczną opieką w jednym z Ptasich Azylów w Polsce i według najświeższych relacji - całkowicie doszedł do siebie, pięknie się upierzył, lata na miarę orła i (co szczególnie napawa mnie radością) zgodnie z wolą opiekuna, pozostanie na terenie ośrodka, wespół z innymi ptakami, które pomimo zwróceniu im wolności, zdecydowały się pozostać w tym tymczasowym schronieniu :)

Dlaczego w ogóle poruszam ten problem? Bo w moich oczach zasadniczo wiąże się on z fałszywym humanitaryzmem. Przypadek Kurczaka spowodował, że spotkało mnie bolesne zderzenie z rzeczywistością. Z Rzeczywistością przez duże "R", gdzie słowa tracą swój sens i stają się pustą, bezdźwięczną powłoką, dudniącą głuchym echem pozbawionym sensu.
Historia Kurczaka jest długa i nie będę szczegółowo jej przywoływać, bo dnia by nie wystarczyło, by dać kompletne sprawozdanie. Ale to, co jest szczególnie ważne, to kwestia uzyskania, albo raczej brak, pomocy. 
Wraz z decyzją o opiece nad Kurczakiem, równolegle szukałam wszelkich ośrodków, w których mogłabym uzyskać pomoc. Nawet nie chciałam udawać, że jestem specjalistą w dziedzinie opieki nad ptactwem i wolałam oprzeć się na ludziach, którzy mają doświadczenie w tej materii. 
Zaczęłam działać na tyle, na ile mogłam - wpierw zgłosiłam się do ogrodu zoologicznego, w którym jest dość rozbudowana ptasiarnia. Niestety, odesłano mnie z kwitkiem (czy wiecie, że pisklę kawki jest zdolne do przetrzebienia całej populacji egzotycznych ptaków jako potencjalny nosiciel wirusa ptasiej grypy? Nie? To teraz możecie czuć się oświeceni). No, to w takim razie może schronisko? Skierowałam swoje kroki także i tam. I znów spotkało mnie rozczarowanie. Bo tak, jak najbardziej, są w stanie przyjąć pisklę, choćby z miejsca, po to jedynie, by je uśpić. Bądźmy logiczni - czy porywałabym Kurczaka z akcji dramatu toczącego się za moim oknem jedynie po to, by go uśpić? Równie dobrze mogłabym zostawić go kotom na pożarcie. Mój wyliniały, niedoszły tygrys też na pewno by nim nie pogardził.

Skończyło się na tym, że pisklę wychowałam podług wskazówek zawartych w obszernych artykułach, jakie udało mi się odnaleźć w sieci. I udało się. A kiedy przyszła chwila oświecenia, doszukałam się po wielu trudach specjalistycznego ośrodka, który w z pełną fachowością zatroszczył się o dalsze losy Kurczaka. A nie musiał, bo zgodnie z informacjami bardzo sympatycznego pana (który - notabene - został opiekunem Kurczaka) ów ośrodek nie przyjmuje ptaków z rodziny krukowatych. Na szczęście, dobra wola okazała się silniejsza ponad utarte schematy i formuły. Bo chcieć, to przede wszystkim móc. 

Dlatego dzisiejszego posta dedykuję wszystkim tym, którzy naprawdę pomagają. Którzy działają zgodnie z głoszonymi przez siebie hasłami, nie ukrywając pod górnolotnymi nawołaniami drugie, niechętne do niesienia pomocy, oblicze. Bo człowieka poznaje się po jego czynach, nie po słowach. Choćby były i najpiękniejsze pod słońcem, nic to, jeżeli owiane są nic nieznaczącą pustką.

Kurczak w jakiś czas po odnalezieniu, w trakcie karmienia. Coraz więcej piórek!
Kurczak rośnie jak na drożdżach! Z serii - spójrz, ja już sam siedzę!

Tron godny na miarę króla, który na nim zasiada :)
Z cyklu - nie bądź świnia, podziel się posiłkiem!

Wysokich lotów, Kurczaku!


4 września 2013

Wariacje kulinarne na temat: sushi

Obecnie nie ma chyba osoby, który nie miałaby zielonego pojęcia na temat tego, czym jest sushi. Nawet jeżeli nie miałaby za sobą doświadczenia spróbowania tego dania, to z całą pewnością samo pojęcie "sushi" nie byłoby obce. Nieważne, czy skojarzenia byłyby bliższe lub dalsze prawdzie - coś już pod kopułką dzwoni.

Niewątpliwie, sushi ostatnimi czasy zdobywa coraz większą popularność. Do tego stopnia, że dla leniwych dostępne są gotowe już zestawy, czekające w niewielkich pojemniczkach na potencjalnego wielbiciela japońskiej kuchni, wołając spośród zafoliowanych rybnych filetów - tutaj, tutaj jestem! Weź mnie! Biedny Jiro*, na sam taki widok chyba serce pękłoby mu z żalu!

Sushi jest daniem, które dużo wymaga, ale sporo także oferuje. Jest w stanie odwdzięczyć się za czas i energię mu poświęconą. To, co mu się daje, ono zwraca w stukrotnej postaci. A im więcej uwagi i uczucia mu się ofiaruje, tym większą niespodziankę przynosi w ostatecznym rezultacie. Nawet wtedy, gdy jest się królem amatorów, gdy brak podstawowych surowców, gdy - chcąc nie chcąc - dopuszcza się do profanacji. Sushi rozumie i docenia przede wszystkim dobre chęci.

Sushi bardzo uproszczone. Bo minimalizm to podstawa!

Sushi minimalistyczne:
  • płaty nori
  • ryż brązowy
  • czarna fasolka
  • dodatki: ogórek, papryka, sałata, szczypior
  • szczypta soli morskiej
Tak jak widać - to by było na tyle. Żadnego sosu sojowego, ani kropli octu ryżowego - nic, nic, nic. Totalna profanacja. A powód zupełnie przyziemny - sos sojowy skończył się dawno temu, octu ryżowego na składzie nie posiadam...A że chęć na sushi była ogromna, ratowałam się tym, co miałam. Jiro, wybacz! Nie bij!

Ryż przygotowałam dokładnie według receptury na kleik (klik w link), fasolkę azuki zastępując czarną. Przestudzony ryż nakładam na płat nori i wykładam suto ulubionymi dodatkami. Brzegi nori zwilżam delikatnie wodą i za pomocą maty formuję elegancki rulonik, który następnie tnę ostrym nożem na kilka części. Sushi serwuję na kilku ubitych łychach pozostałego ryżu, wespół z chrupkim ogórasem, jako że jestem łakomczuch nad łakomczuchy i ryżu nigdy dość!

*Jiro śni o sushi, do oglądania - marsz!

3 września 2013

Czeko-czeko-czekolada! Borówkowa.

Czekolada, wersja druga.
Po eksperymencie z czekoladą malinową przyszedł czas na ulepszenie receptury tak, by nowemu tworowi nie mieć nic do zarzucenia.

Trochę ciapania, trochę maziania, klejenia i babrania - i oto jest, czekolada, którą chłonę całą sobą. 
I nie jestem w stanie postawić jej jakiegokolwiek "ale". W moich oczach to po prostu królowa czekolad, i już. Prosta, niewyszukana, ale uderzającą głębią słodyczy! A choć prób stworzenia tworów czekoladopodobnych przede mną wiele, to ta dzisiejsza wyłoniła zdecydowanie moją faworytę.

Czuję się jak szalony doktor co rusz powołujący do życia nowe stwory. Swoją drogą, ciekawy sposób na życie i działalność jako taką. Królik i jego mała fabryka czekolady.
W to mi graj!

Czekolada. Domowa, bezcukrowa. Wersja II: borówkowa!

 Borówkowa w pełnej krasie.

Zaczynamy:
  • olej kokosowy - 3 łyżki
  • wiórki kokosowe - 3 łyżki
  • karob - 1,5 łyżki
  • kakao - 1,5 łyżki
  • cynamon - wedle uznania
  • 6 daktyli*
  • borówki
Wszystkie składniki - prócz borówek - miksuję na gładką masę. Wykładam dno foremki (masa jest bardzo lepka i klejąca, dlatego potrzeba dużo cierpliwości, by równomiernie ją rozprowadzić). Wierzch masy wykładam borówkami tak, by jak najbardziej zatopić w niej owoce. Całość zostawiam do stężenia w lodówce, najlepiej na całą noc. A potem nie pozostaje nic innego, jak w pełni dumy, że oto stworzyliśmy unikatowy twór czekoladopodobny, rozpłynąć się w niebycie...

*użyłam świeżych. W przypadku suszonych prawdopodobnie należałoby zwiększyć ich ilość i namoczyć je przed połączeniem z pozostałymi składnikami.

2 września 2013

Lubię placki: tarta (nie-tarta) płaczu warta

Na pytanie, co mnie doprowadza do płaczu, bez zająknięcia i z prędkością światła odpowiem natychmiast - cebula.
Zawsze i wszędzie, nieważne w jakich okolicznościach, cebula wyciśnie z moich oczu tyle łez, ile tylko się da. Jest bezlitosna i nie ma żadnych skrupułów, by zmusić mnie do wylania hektolitrów wody z mych ocząt. Chwyta się wszelkich możliwych sposobów, by brutalnie zakończyć starcie między nami. 
Jest sprytna i pozwoli łatwo się oszukać. Sztuczka z zapałką w zębach? Dla cebuli to żadne wyzwanie. Zmrożenie? Bułka z masłem. O przypaleniu nad kuchenką nie wspominając. 
Cebula jest trudnym zawodnikiem. 
Dlatego dziś postanowiłam dać jej nauczkę i utrzeć jej nosa. I niech nie myśli, że się jej upiecze!

Tarta- nie tarta, ale z pewnością cebulowa. Na gryczanym spodzie.


Moja wersja tarty-nie tarty.
Na spód:
  • szklanka kaszy gryczanej niepalonej, moczonej przez noc
  • otręby gryczane (max. pół szklanki), zalanych letnią wodą
  • mąka gryczana
  • moc przypraw: sól morska, kurkuma i pieprz, tymianek i oregano, kozieradka, tandoori masala, czosnek

Wszystkie składniki miksuję ze sobą. Dodaję tyle mąki, aby uzyskać elastyczne, możliwe do rozwałkowania ciasto.  Formuję wedle własnego upodobania, zazwyczaj są to rozgniecione placki, dziś padło na regularne prostokąty. Zagniatam krawędzie, wierzch placka wykładam cienko skrojonymi plasterkami czerwonej cebuli. Przed włożeniem do piekarnika suto posypuję ulubionymi przyprawami. Piekę w temp. 180 stopni przez około 30-40 minut, do momentu, gdy cebulka zmięknie i zeszkli się, a ciasto stanie się chrupiące.

Jestem w pełni świadoma, że powyższy twór ma mało wspólnego z tartą - szczerze powiedziawszy, to zwykły chrupiący, suchy placek wyłożony cebulą. Można zawołać z oburzeniem - cóż to za tarta, skoro nie ma żadnej śmietanowej tudzież jakiejkolwiek innej zalewy? Przyznaję się w pełni pokory, że określenie tegoż oto placka mianem tarty to nadużycie i obraza koneserów tego dania. Samego placucha wcinam w nieodłącznym towarzystwie pesto pesto!, które w pełni zastępuje mi sosy, gwarantujące specyficzną konsystencję tarty jako takiej.

Niech więc będzie, w ramach kompromisu - oto placek gryczany do bólu cebulowy, serwowany z potrójnie zielonym pesto. Choć ja i tak uparcie będę trzymać się uroczej nazwy (nie)tarty.


31 sierpnia 2013

Słonecznikowe LOVE: pesto koperkowe!

Witam, nazywam się Królik i moim nałogiem jest nadmierne spożywanie słonecznika w każdej postaci.
Zapada cisza i wszyscy wokół kiwają ze zrozumieniem głowami, poklepując mnie pocieszająco po ramionach i dodając otuchy uśmiechem - witaj wśród nałogowych słonecznikożerców, Królik. Czuj się jak u siebie w domu.

Zapewne tak mógłby wyglądać scenariusz mojego żywota, gdyby chcieć przenieść go na filmowe realia. Tak, przyznaję się, jestem nałogowym słonecznikożercą. Słonecznikofilia skutecznie określa mój stan chorobowy, jakim jest przesadne objadanie się słonecznikiem. W swoich kuchennych szafkach skrzętnie chomikuję skiełkowane ziarnka, a domowe, "home-made" masło słonecznikowe jest stałym bywalcem zarezerwowanych przeze mnie kredensowych półek.

Masło słonecznikowe często jest gościem honorowym wszelkiego rodzaju potraw, które staram się z lepszym lub gorszym efektem uzdatniać do zjadliwości. A choć najchętniej wyjadałabym je wprost ze słoika, to mimo wszystko staram się je uszlachetniać przez eksperymentowanie z rozmaitymi dodatkami.

Czy na słodko, czy na wytrawnie - trudno powiedzieć, która wersja smakowa jest bliższa moim kubkom smakowym. Niemniej jednak, dzisiejszym faworytem jest zdecydowanie masło słonecznikowe w tej drugiej opcji. Uwaga, uwaga - czas na pesto!

Pełne smaku i pełne zieleni. Wypchane i ociekające zielenią do granic niemożliwości. I właśnie obecność zieleniny jest tu swego rodzaju ewenementem. 

Od zawsze nie lubiłam pietruszki. Jako dziecko miałam awersję do jakichkolwiek warzyw, do tych zielonych w szczególności (!). Jakiekolwiek próby, zachęty i nakazy, te w rodzaju - jedz sałatę! - skończyły się w chwili, gdy wszelkiego rodzaju ataki odparowałam stwierdzeniem, że to "króliki jedzą sałatę". Buńczuczność i ton mojej wypowiedzi raz na zawsze zamknęły dysputę nad tym, że powinnam jeść to, co zielone.

Na szczęście czas zrobił swoje i to, co kiedyś było dla mnie nie do przełknięcia, dziś jest nieodłącznym towarzyszem mego talerza. Dzień bez sałaty dniem straconym, a wraz z sałatą przyszła pora także na inne warzywa zielone. 

Niemniej jednak, pomimo całej mej miłości do zieleniny, pietruszka jest mi wstrętna i tyle. I to właśnie ona jest bohaterką dzisiejszego posta. Stanowi gwóźdź programu, jest gwiazdą. Uwaga, uwaga, oświecenie kulinarne - połącz to, czego nie lubisz, z tym, co uwielbiasz i zyskasz nowe walory smakowe (nie daję gwarancji, że ten sposób zawsze działa, ale w tym przypadku się sprawdziło!)

Zatem - pietruszka wkracza na salony. W tej postaci mogę pożerać ją całymi pęczkami (!). Dlaczego zatem - jak tytuł podaje - pesto zwie się koperkowe? Z czystej przekory, dlatego.

Pesto na wskroś zielone!


A tu tradycyjnie na kanapkach, choć to przecież nie jedyne zastosowanie!

Pesto potrójnie zielone:
  • pęczek pietruszki
  • pęczek koperku
  • rzeżucha - dwie, a jeszcze lepiej trzy spore garście
  • dwie czubate łychy masła słonecznikowego (takie z górką!)
  • olej lniany - 4 lub więcej łyżek, w zależności od konsystencji, jaką chcemy uzyskać
  • ulubione przyprawy - dodałam sól morską i pieprz, kurkumę, czosnek, kozieradkę, oregano i tymianek
Całą zieleninę miksuję, dolewając w międzyczasie po łyżce oleju. Dosypuję przypraw, wrzucam masło słonecznikowe i blenduję na gładką masę. Zostawiam na kilka godzin w lodówce do przegryzienia się smaków i już, ucztowanie czas zacząć :)

Inspiracji na zielone pesto dostarczyła mi M., najwspanialsza kura domowa pod słońcem, jaką znam! Dlatego dzisiejszy post dedykuję M. jako najlepszej gospodyni z koła gospodyń miejskich młodej generacji :D

30 sierpnia 2013

Chocolate time! Domowa. Malinowa. Bezcukrowa.

Czas rozpocząć produkcję czekolady w warunkach domowych.

Można zapytać - po co? Przecież słodycze są wszędzie.
No właśnie.
Słodycze są wszędzie, na wyciągnięcie ręki. Gdzie nie spojrzeć, gdzie się nie obrócić, tam kuszą nas mnogością kolorów swych barwnych opakowań, wymyślnym repertuarem smaków, ekstrawaganckimi nazwami i udanymi hasłami, którym nie sposób się oprzeć.
Poczuj się jak w raju, rozpłyń się w aksamitnej piance, zasmakuj w moim wnętrzu, daj się ponieść niebiańskim smakom...Faktycznie, zdawać by się mogło, że już tylko chwila dzieli człowieka od pragnienia zatopienia się w chwili błogiego zapomnienia. Albo raczej słodyczowego szaleństwa.

Nie ma się co oszukiwać, bez słodyczy ani rusz. Są takie chwile, gdy bezwiednie sięga się "po coś słodkiego". Bo jest się zmęczonym, bo spadek cukru, bo nie taki nastrój, bo tak...No dobrze, ale co jeśli staje się okoniem i mówi się nie wszystkim tym wdzięczącym się na sklepowych półkach kolorowym panienkom? Jeśli bajecznie barwne opakowania (niczym upierzenie rajskiego ptaka!) nie są w stanie oczarować oka? Jeśli po prostu pozostaje się w zupełnej opozycji, a może raczej ignorancji wobec wysypu słodyczy, zalewających zewsząd człowieka? Bo przecież niemożliwością wydaje się nie jeść słodyczy, tak w ogóle. 
Jak możesz nie jeść słodyczy, słyszę często. To co ty jesz? W pierwszej kolejności zaproponuję: owoc, pyszny, miękki i soczysty owoc. I na reakcję zazwyczaj nie czekam długo - no bo jak to, owoc jako coś słodkiego? 
Ciężka sprawa, myślę sobie, skoro owoce z góry neguje się jako możliwy substytut czegoś słodkiego. Bo przecież powinno być na odwrót, to słodycz powinna być uboższym zastępnikiem owocu. O ludzkości, gdzie zabłądziłaś?
Ale dość już tych smętnych wynurzeń. Są tacy, którzy po prostu nie lubią owoców. Są tacy, którzy mają inne wyczucie smaku i owoce nie spełniają ich oczekiwań względem tego, co określa się mianem słodkości.
I ja lubię słodycze. I wcinam ich całkiem sporo. I tak, choć nie spożywam cukru i (w związki z tym) sklepowym słodyczom powiedziałam żegnaj, to od słodyczy nie stronię. Lubię objadać się czekoladą. Bo wbrew pozorom, czekolada nie stanowi dla mnie tabu. Nie jest zakazanym owocem, po którego nie mogę sięgnąć. Jak to możliwe? To proste, wystarczy zrobić ją samodzielnie.

Czekolada to być może za dużo powiedziane, chcąc określić wytwór, który w swoim składzie nie ma masła kakaowego. Ale określenie - "substytut czekolady" brzmi niewdzięcznie i topornie i nie przeszedłby mi przez gardło. Niech stanie na tym, że to moja wersja czekolady. Eksperyment i własne dzieło, jeszcze pełne niedociągnięć i błędów, które trzeba skorygować. To tak na wszelki wypadek, aby nie wzbudzić fałszywych nadziei i wygórowanych oczekiwań.

Panie i Panowie, przed Państwem domowa czekolada. Malinowa, bezcukrowa. Delikatnie chropowata, o głęboko gorzko-kwaskowatym smaku. Wykwintna i dojrzała. Jak emerytowana gwiazda Hollywood.




Czekolada, vol. I.

Składniki:
  • 1/3 szklanki malin (+ maliny do przyozdobienia)
  • 3 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki kakao 
  • 3 łyżki wiórków kokosowych (użyłam wytłoczyn miąższu kokosa, po spożytkowaniu go w produkcji mleka kokosowego i podsuszeniu)
  • cynamon
  • kilka kropel soku z cytryny (opcjonalnie)
  • 5-6 łyżeczek wyciągu ze stewii
Wszystkie składniki rozciapałam widelcem i otwarcie przyznaję, że to był błąd. Rozsądniej byłoby je zmiksować na aksamitną masę - po zastygnięciu czuło się drobinki malin i kokosowych wiórek. Masę wyłożyłam na foremkę i zostawiłam do stężenia na całą noc. Całość udekorowałam malinami.

Czekolada - mimo wszystko - ma dość miękką konsystencję i szybko topnieje poza lodówką. Ostrzegam, że jest mało słodka, dlatego dla zwolenników słodkości - zamiast stewii - polecam użyć innego słodzidła (w szczególności polecam daktyle :))
Pierwsza próba wyprodukowania własnej czekolady, choć nie zgarnęła całej puli, jeśli mówić o punktacji, to zdecydowanie zachęciła mnie do dalszych eksperymentów i odnalezienia tej jednej, jedynej formuły. W zanadrzu już przygotowuję się do kolejnej wersji - o czym już wkrótce :)

Niech czekoladowa moc będzie z wami!

24 sierpnia 2013

Wszyscy piją smoothie...

...piję i ja.
A skoro mówi się, że jest się tym, co się je, to wychodzi na to, że - w myśl szerzących się ostatnio powiedzonek - "jęstę ogrę". Cóż, jeżeli za każdym razem, gdy sięgam po smoothie, bez krępacji rozpływam się w subtelnych tonach harmonii smaku, to i bycie ogrem nie jest mi straszne. 

Jeszcze niedawno byłam przekonana, że jak to, połączenie zieleniny i owoców jest w ogóle zjadliwe? Jak to tak, banan ze szpinakiem? Albo sałatą? Nie wierzyłam, że taki "pairing" może być dobrym rozwiązaniem. Ale choć ta pełna wątpliwości nuta dość długo we mnie grała, to do głosu dochodziła nasilająca się z każdym dniem ciekawość i czysta przekora, że o walorach smakowych tego wynalazku muszę przekonać się na własnej skórze. 

I tak dokonałam odkrycia roku 2013! Mało tego, raz zasmakowawszy z zielonym mazidle, nie umiem już bez niego żyć. No dobrze, to trochę za dużo powiedziane, ale fakt faktem, zielone combo jest stałym punktem mojego codziennego programu żywieniowego. Wszem i otwarcie, bez przesady, mogę powiedzieć, że dzień bez smoothie dniem straconym, a choć mam już ulubiony repertuar smaków, to nie ustaję w poszukiwaniach nad coraz to nowszymi połączeniami.

Na dobry początek dnia, na słodkie popołudnie, na chillout'wą kolację. Na każdą porę dnia, zawsze i wszędzie - smoothie, smoothie, smoothie. 


Zielony ogr nie taki straszny. A w tle świdrujące umysł krzaczki.

Moja wersja smoothie:
  • duży banan
  • dwie, trzy garście szpinaku
  • pół główki sałaty (tak! im więcej, tym lepiej!)
  • cynamon. Bez ograniczeń
  • szczypta imbiru (opcjonalnie)
  • łodyga selera naciowego (opcjonalnie)
Banana mrożę na co najmniej kilka godzin w zamrażarce. To zapewni aksamitną konsystencję i wierzcie, ten sposób naprawdę działa! W pierwszej kolejności, z racji tego, że mam dość słaby blender, miksuję szpinak. Następnie dodaję sałatę i blenduję na jednolitą masę (najbardziej lubię sałatę i szpinak w proporcji 1:1). Dodaję cynamon, czasem zdarza się, że opcjonalnie dorzucam seler i wsypuję czubatą łyżeczkę kakao (koniecznie na tym etapie, żeby zagwarantować apetyczny, czekoladowy kolor. Kakao dodane na koniec, przynajmniej u mnie, się nie sprawdza...Najczęściej jednak stawiam na naturalną zieleń). Na sam koniec dorzucam skrojonego w plasterki zmrożonego banana, tak, by blender mógł sobie z nim poradzić. Miksuję. Dwie minuty i już, gotowe.

Oczywiście, to wersja bazowa. Od mojej pierwszej próby smoothie minęło już dość sporo czasu i mam za sobą wiele eksperymentów, bardziej i mniej udanych. Ale najchętniej sięgam właśnie po tę wersję. To ona zdecydowanie podbiła moje serce i jest moim numerem jeden. A choć wydaje się być mało urozmaicona, to w tym przypadku wychodzi to tylko na plus. Bo siła tkwi w prostocie, a to smoothie jest tego najlepszym dowodem.