29 grudnia 2013

Snickers. I jedziesz dalej!

Święta utożsamiam ze słodkościami. Beztroska i radość okresu świątecznego przywodzi mi na myśl ciepło bijące z kuchni, głębokie aromaty korzennych przypraw i przyjemność płynącą ze słodkich smaków łakoci - najlepiej, gdy to ostatnie przeżywa się wspólnie, w gronie najbliższych.

Dziś nieco spóźniona odsłona domowej wersji Snickers'ów. Prawdziwa bomba (kaloryczna) dla podniebienia (i żołądka). Ponoć lepsza niż oryginał.

A więc, w myśl hasła - głodny? Na co czekasz? - nie czekaj, aż głód Cię dosięgnie, tylko chwyć za gary i bierz się do dzieła :)




Home-made Snickers. Aby móc "jechać dalej"

Warstwa karmelowa-orzechowa:
  • masło orzechowe niesolone (najlepiej domowe, bez dodatków) - około szklanki
  • olej kokosowy - 3 łyżki
  • suszone daktyle - 3/4 szklanki
  • sól morska, cynamon
  • orzechy ziemne - wedle upodobania
Polewa czekoladowa:
  • olej kokosowy - trzy-cztery czubate łyżki
  • kakao - 3 pełne łyżki
  • 2-3 łyżki wybranego słodzidła (w przypadku opcji niewegańskiej można użyć miodu)
  • opcjonalnie: cynamon, szczypta chili
Karmel:
Daktyle moczymy w wodzie minimum przez 30 minut. Miksujemy na gładką pastę razem z wodą. Rozpuszczamy olej kokosowy, mieszamy na aksamitną masę z masłem orzechowym, pastą daktylową i przyprawami. Wykładamy na foremkę, wierzch bogato wysypujemy rozkruszonymi orzechami. Odstawiamy do lodówki/zamrażarki.

Polewa:
Olej rozpuszczamy razem z wybranym słodzikiem, dodajemy kakao i przyprawy. Gdy masa karmelowa stężeje na tyle, by móc pokroić ją na batoniki, oblewamy ją przestudzoną polewą.
Przechowywać w zamrażarce.
Masa jest elastyczna i w temperaturze pokojowej topnieje z prędkością światła, dlatego batonikami najlepiej zajadać się bezpośrednio po wyjęciu ich z zamrażarki. Bez obaw, nie sposób połamać sobie na nich zębów - domowe snickersy zachowują przyjemną konsystencję.

Smacznego i niech moc będzie z Wami :)

24 grudnia 2013

Radosnych Świąt Bożego Narodzenia!






Oto Pan Bóg przyjdzie,
z rzeszą świętych nam przybędzie.
Wielka światłość w dzień ów będzie!
Alleluja! Alleluja!

Na czas tegorocznych Świąt Bożego Narodzenia - nieustannej radości i niegasnącej nadziei. Pokoju serca. Poczucia bezpieczeństwa i stabilizacji. Pewności, że postępuje się dobrze. I że niczego się nie żałuje.

Życzę Wam wszystkim Wigilii pełnej uśmiechu i rodzinnego ciepła. Aby czas wieczerzy zapisał się Wam w pamięci i trwale wyrył w Waszych sercach :) I aby wszystkie te pyszności, jakie zostały przygotowane przez Was własnymi rękami, uczciły wszelkie starania i wynagrodziły Wasz trud uśmiechem ze strony najbliższych :)

Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!

21 grudnia 2013

Świąteczny marcepan. Pod choinkę.

Słodkich prezentów ciąg dalszy.
Dziś miałam starcie z masą marcepanową. Początkowo zależało mi na zrobieniu domowej czekolady, ale marcepan okazał się dużo bardziej uparty niżbym chciała i wzajemna współpraca przysparzała trudności.
W myśl zasady, że zawsze pozostaje jakieś wyjście, postawiłam na prostotę - skoro marcepan nie chce być czekoladą, niech pozostanie marcepanem. Skoro tak bardzo zależy mu na tym, by zachować swą autentyczną naturę, niech i tak będzie. Szczególnie, jeśli osoba, która ma otrzymać go w prezencie, jest maniakiem marcepanu. Zatem: czekolady marcepanowej nie będzie. Propozycja na dziś - marcepan, bardzo świąteczny. Jako prezent, pod choinkę. Dla wszystkich smakoszy migdałów w ich słodkim wydaniu.



 

Domowy marcepan w świątecznym wydaniu:
  • migdały (najlepiej blanszowane) - od jednej do półtorej szklanki
  • masło migdałowe (solone, nieprażone) - około jednej, dwóch łyżek
  • słodzidło (syrop z agawy, syrop klonowy, lub w wersji niewegańskiej miód) - trzy, cztery łyżki
  • olej kokosowy -  dwie/trzy płaskie łyżki
  • przyprawy korzenne - cynamon, anyż, pieprz i ziele angielskie, imbir, gałka muszkatołowa, kardamon
  • szczypta soli (w przypadku niesolonego masła migdałowego)
  • opcjonalnie: skórka pomarańczowa
Migdały miksuję na jednolitą masę. Rozpuszczam olej kokosowy razem z wybranym słodzikiem, mieszam z masłem migdałowym i przetartymi migdałami. Dla nadania ciekawego aromatu i podkreślenia walorów smakowych, warto dodać odrobinę skórki pomarańczowej (moczę skórkę na około 20 minut w przegotowanej wodzie, blenduję całość, wraz z wodą, na pastę i dodaję do marcepanu). Sypię przyprawy i formuję w dowolny kształt - wałek, chlebek; ja postawiłam na tradycyjną, prostokątną tabliczkę (nosząc się z zamiarem zrobienia czekolady ;))
Masę odstawiamy do lodówki. Jej cechą charakterystyczną jest to, że zachowuje elastyczność i miękkość pomimo niskiej temperatury. 

Delikatna struktura marcepanu uniemożliwiła mi początkowe plany. 
Teoretycznie: failure, praktycznie: nie ma tego złego - marcepan jest wyjątkowo aksamitny i jedwabisty. 
Nie zniechęcam się zaistniałymi trudnościami i przystępuję do dzieła. Skoro marcepan chce być marcepanem, to i ja nie pozostanę mu dłużna w swym uporze, stawiając na świąteczne akcenty. Zakasuję rękawy, wykrawam świąteczne kształty, lepię, ucieram, zatapiam, wbijam...Słowem, bawię się i manipuluję marcepanową masą. Padło na choinkę i nieokreślone wygibasy. Dla udekorowania masy użyłam jagód goji, suszonych malin i pozostałości po maśle pierniczkowym (masło pierniczkowe). Wszelka inwencja twórcza mile wskazana :)



20 grudnia 2013

Na słodki prezent. Trufle pomarańczowe.

Własnoręcznie przygotowane prezenty są wyjątkowe.
Zawierają olbrzymi przekaz uczuciowy i ładunek emocjonalny, odsłaniając więź między dającym a obdarowywanym. Ich wartość mierzy się ilością serca włożonego w ich przygotowanie. I wyrażają więcej niż milion słów.

Cykl "Upitraśmy prezent" uważam za oficjalnie rozpoczęty. Dziś - trufle, mocno kokosowe, na wskroś pomarańczowe. Dla wielbicieli cytrusowych aromatów i wszelkich łakomczuszków. Dla wszystkich ze słodkim zębem. Dla wszystkich, którzy ponad perfekcjonizm i symetrię przekładają pragnienie i chęć wywołania radości.




 
Składniki:
  • szklanka wiórków kokosowych (domowe najlepsze <3)
  • 3-4 łyżki oleju kokosowego
  • 3 łyżki słodzidła: syrop z agawy, syrop klonowy, miód (sięgnęłam po miód lipowy)
  • przyprawy korzenne: cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, anyż, kolendra, pieprz i ziele angielskie
  • 2 łyżki skórki pomarańczowej (użyłam domowej produkcji)
  • 2 łyżki masła migdałowego
  • opcjonalnie: orzechy, kakao
Skórkę pomarańczową zalewam niewielką ilością wody i pozostawiam do zmiękczenia. Rozpuszczam olej kokosowy z miodem, mieszam z przyprawami, blenduję na aksamitną masę z masłem migdałowym, wiórkami i skórką pomarańczową. Masę odstawiam do lodówki.
Gdy masa stężała, podzieliłam ją na mniejsze porcje i ulepiłam kulki. W każdą włożyłam po kawałku orzecha brazylijskiego i obtoczyłam w kakao.
Trufle, do czasu wręczenia ich jako prezent świąteczny,  należy przechowywać w lodówce. Nie ma obawy, że coś się z nimi do tego czasu stanie - daję słowo.

Lepienie trufelków nie przysparza żadnych trudności - masa jest zwarta i bardzo elastyczna, jak miękka plastelina. Problem zaklejonych, lepkich rąk i obsypanych skrawków? Nie tutaj.

Polecam jako jedną z możliwych opcji prezentu. Dla każdego, kto lubi słodkości, w szczególności te o świątecznym charakterze. Jeżeli ma się do czynienia z łasuchami i jeżeli samemu jest się łasuchem. Warto podzielić się z drugą osobą zarówno słodkimi pysznościami, jak i sporym kawałkiem własnego serducha :)

W planach na dalsze pitraszenie prezentów mam marcepanową czekoladę i domowe snickersy. O wynikach i ostatecznych rezultatach - już wkrótce :)

18 grudnia 2013

Ślę prezenty! Masło pierniczkowe.

Pomysł na prezent?
Dawien dawna zazwyczaj bazowałam na czymś, co od ręki można kupić. Co jest łatwo dostępne, tuż pod nosem. Na swą własną hańbę, nierzadko było to coś, co nie wymagało ani wiele wysiłku, by to zdobyć, ani zbyt dużej pomysłowości. 
A potrzeba tak niewiele, by podarować komuś kawałeczek serca. 

Wczoraj rozpoczęłam oficjalne przygotowania do wykonania planowanych przeze mnie prezentów. Takich, przez które mogę choć w minimalnym stopniu wyrazić swoje uczucia i emocje. 
Przygotowując każdy z takich prezentów, myślę o tym, czy przyniesie on drugiej osobie radość. A bardzo mi na tym zależy. Tworząc wszelkiego rodzaju prezentowe łakocie staram się ze wszystkich sił uczynić je pysznymi i miłymi dla tego, do kogo mają trafić. By zawartość pakunku obdarzyła obdarowywanego uśmiechem, poprawiła mu nastrój, przyniosła ulgę. By osoba, w której ręce trafi ów prezent, poczuła ciepły uścisk, jakim chcę ją obdarzyć. Szczególnie wtedy, gdy jest daleko i nie mogę zrobić tego osobiście.

Pierwszy prezent poszedł w świat. Niedaleki, ale wystarczająco odległy, by uniemożliwić wzajemne spotkanie. Zawartość pudełka jest skromna - skrywa w sobie niewielki słoiczek. Ale ja odmierzam wartość jego wnętrza nie w gramaturze, a w ilości włożonego weń serca. I wiem, że tak samo postąpi odbiorca :)

Jako prezent - masło orzechowe, w świątecznym, pierniczkowym wydaniu. Zgodnie ze skojarzeniem, jakie budzi we mnie adresat: ciepła i głębokiego aromatu korzennych przypraw.

Tuż przed zapakowaniem.

Rzut oka na dekorację wieczka.

Pierniczkowe masło orzechowe:
  • przetarte na miazgę orzechy ziemne (około 5 czubatych łyżek)
  • rodzynki: około 4 łyżek
  • łyżka słodzika: syropu z agawy, syropu klonowego, melasy lub miodu
  • łyżka kakao
  • zestaw przypraw: cynamon, imbir, anyż, kolendra, pieprz, gałka muszkatołowa, ziele angielskie, goździki
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego
Rodzynki podgotowałam na parze do całkowitego napęcznienia, zmiksowałam na gładką pulpę. Wymieszałam z pozostałymi składnikami, dodając kilka łyżek oleju rzepakowego dla nadania bardziej aksamitnej konsystencji. 

Masło przekładam do słoiczka, ozdabiam wieczko i ślę w świat. Oby zasmakowało :)

17 grudnia 2013

Piernik przekombinowany, czyli kombinuj dziewczyno!

W moim domu zaszły wielkie zmiany!
 Samotny dotychczas na placu boju, ostatni pośród domowników mięsożerca, opuścił swój bastion - Tatul postanowił, że rezygnuje ze spożywania pokarmów mięsnych i wespół z resztą rodzinki będzie wcinać kiełki.
Nie muszę mówić, ile przyniosło mi to radości. Tatko ciągle uparcie deklarował, że bycie jaroszem to nie jego bajka, wciąż powtarzając, że siła i krzepa drzemie w kawałku mięsiwa na talerzu. Swoją decyzją, którą podjął z dnia na dzień, zaskoczył nie tylko nas, ale także i siebie. Choć od jego postanowienia minęło około miesiąca, zdarzają się chwile, gdy Tatko wspomina jeszcze z błogim sentymentem te mięsne frykasy, za którymi tak bardzo przepadał. Na szczęście, wspominki te zbywa ze śmiechem, sięgając po kolejną porcję słonecznikowego pasztetu, w którym bardzo zasmakował.

Odkładając jednak te na pół-żartem, pół-serio dywagacje na bok muszę przyznać, że decyzja Taty napełniła mnie niesamowitą dumą. Nie dlatego, że Tatko zmienił nawyki żywieniowe i przeszedł na wegetarianizm. Mam ku temu zupełnie inne powody - jestem świadoma, że ta zmiana przyniosła Tatulowi wiele trudu i kosztowała go wiele wysiłku i poświęcenia. Niosła ona za sobą olbrzymie wyrzeczenie, któremu Tato się nie poddał, a wręcz przeciwnie - nie tylko, że mu sprostał, to jeszcze przeskoczył nas wszystkich. Bo choć każdy z nas w domu, oprócz Taty, już od dłuższego czasu wciela w życie roślinny sposób odżywiania, to w naszym przypadku decyzja ta przyszła z łatwością i pełnym przekonaniem. Jeżeli natomiast chodzi o Tatę, to nie tylko wyrzekł się tego, co przynosiło mu sporo radości i zaspokajało jego smaki, ale wyrzekł się tego z dnia na dzień, w porywie serca. I dzielnie trwa przy swoim postanowieniu.

Dlatego - w akcie zupełnej spontaniczności - chciałam zrobić Tacie słodką niespodziankę. Bo Tatko, podobnie jak ja, ma słodki ząb i lubi słodkości. A że jest tradycjonalistą, tym razem postawiłam na coś tradycyjnego. W końcu słodka niespodzianka miała trafić w gusta Taty, nie moje. Dlatego w dzisiejszym przepisie brak jest orzechowych mas, owsianych zlepków i surowych smakołyków, które z uporem maniaka przygotowuję. Dziś przepis, w którym znajduje się absolutnie wszystko, co zazwyczaj ląduje w cieście - począwszy od masła, przez mleko, na jajkach zakończywszy. Bo jak tradycyjny piernik, to tylko taki z pełną gębą.

Inspiracji na piernik dostarczył mi ten przepis: Lepki piernik Nigelli Nie byłabym sobą, gdybym im tak czegoś nie zmieniła i nie zmodyfikowała, dlatego w moim przypadku wypiek piernika był jednym wielkim eksperymentem. 
Moja wersja jest totalnie przekombinowana, ale najważniejsze, że udana. Tatko z piernika ucieszył się jak mały chłopiec, a dowodem jego radości (czy może raczej tego, że piernik trafił w jego gusta) był fakt, że za jednym zamachem spałaszował połowę porcji. Sam! Chęć dzielenia się radością przy wspólnym stole wzięła jednak górę i udało mi się uciszyć skrytego we mnie kulinarnego dyktatora, krytycznie odnoszącego się do rozpusty kulinarnej. Niech żyje uśmiech!



Składniki za oryginalnym przepisem na blogu Kuchenne fascynacje:

  • 150 g masła
  • 200 g golden syrup ( użyłam 190 g płynnego miodu )
  • 200 g melasy
  • 125 g ciemnego cukru muscovado ( u mine jasny demerara 75 g )
  • 2 łyżeczki drobno startego świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego imbiru
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 1 łyżeczka mielonych goździków
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej rozpuszczonej w 2 łyżkach ciepłej wody
  • 250 ml pełnotłustego mleka
  • 2 jaja, rozkłócone
  • 300 g mąki ( użyłam tortowej, przesiałam )
Użyłam połowę podanych proporcji, zastępując cukier, golden syrup i melasę trzema pokaźnymi łyżkami miodu oraz masą rodzynkową: niecałą szklankę rodzynek namoczyłam do spęcznienia w wodzie wraz ze skórką pomarańczową (domowej produkcji), następnie zmiksowałam na gładką pulpę. Dodałam domowej przyprawy piernikowej - mieszanki pieprzu, ziela angielskiego, cynamonu, imbiru, kolendry, gałki muszkatołowej, anyżu i goździków. Mąkę pszenną zastąpiłam orkiszową o wadze 1850. 
Piernik piekłam w temperaturze 180 stopni przez niecałe 40 minut. Po wystygnięciu oblałam tradycyjną polewą (masło+kakao+miód). Wierzch ozdobiłam kilkoma jagodami goji, skruszonymi orzechami brazylijskimi i ciemnym kakao.

Choć sama od dawna nie jadam ciast z użyciem jajek i mleka, ten piernik przygotowywałam z największą przyjemnością. A jeszcze więcej przyjemności dał mi widok roześmianego Taty, w ogóle nie spodziewającego się piernikowej niespodzianki. Czy piernik był smaczny? Tak. A po czym to stwierdzam, skoro sama go nie spróbowałam? Najlepszym argumentem jest dla mnie uśmiech Taty. Tylko i wyłącznie.

14 grudnia 2013

Jabłko! Karmel! Migdalada!

Wychodząc wczoraj z uczelni, zaczepił mnie stróż (recepcjonista?), narzekając, że na zewnątrz mierna pogoda, bo zimno i pada. Odparłam z uśmiechem, że w takim razie tym bardziej życzę miłego wieczoru, na co ten sam pan rzekł z wyrzutem, że czym tu się cieszyć, skoro jest źle i jestem kolejną osobą, która odwołuje się do bzdury, jaką jest optymizm. Przecież skoro skupiamy się tylko na szarościach, nigdy nie dostrzeżemy kolorów w świecie, myślę sobie, ale wąsaty pan ma własne zdanie. Próbuje mnie uparcie skłonić do własnego punktu widzenia, przytaczając co rusz przykre doświadczenia z jego życia codziennego, a ja - w głębi serca - chcę już uciekać, by nie słuchać więcej zalewającego mnie utyskiwania i zaraźliwych poglądów, że nigdy nie będzie lepiej i wszyscy tkwimy po uszy w bagnie.
To przelotne spotkanie uświadomiło mi, jak trudna jest walka o dobre samopoczucie.
Nie mam tu na myśli zdrowia i kondycji fizycznej, ale przede wszystkim stan ducha. Dbałość o uśmiech i promienne spojrzenie okazuje się być ciężką batalią. Spójrzmy prawdzie w oczy - łatwiej jest utyskiwać i babrać się po kolana w mętnym bajorze, niż wygrzebać się na śliski brzeg i przedzierać się przez moczary. Po co tyle trudu, pada zewsząd pytanie, skoro im tak niczego się nie zmieni. No tak, czyli lepiej trwać w impasie, niż posuwać się do przodu, choćby powoli. Nie godzę się na to. Nie chcę moczyć się w odmętach mętnych wód smutku, który próbuje mnie dopaść. Nie chcę trwać w matni, nie chcę jałowieć i szarzeć. Chcę widzieć kolory i chcę kolorami emanować, mieć je w sobie i rozlewać na zewsząd. Chcę dostrzegać dobro, choćby wokół waliło się i paliło. Chcę nieustannych zmian, by osiągnąć stałość i stabilizację. Chcę zmieniać siebie, by móc zmieniać innych. 

Dlatego dzień po dniu staram się dostrzegać to, co lubię i dziękować za to, co jest. 
Co lubię na dziś. 
Lubię zarys nagich gałązek na tle poszarzałego nieba, rozgałęziających się na kształt drobnych niteczek. Lubię dźwięk nadjeżdżającego autobusu, czekając na przystanku. Lubię widok rozpalonego lampionu, rozpraszającego gęstą noc. Lubię gaworzenie kawek toczących się pośród przemokłej trawy. Lubię widok wbitych w puchate kubraczki małych dzieci, chlupoczących kaloszkami w kałuży. Lubię chrupkość i soczystość jabłek i zapach cynamonu o poranku. Lubię aksamitną słodkość i słodycz od rana. Lubię.

Dlatego sponsorem dzisiejszego śniadania jest właśnie jabłko, wraz z domową wersją nutelli. Oto migdalada - home-made pasta migdałowa. Na słodko. Na pysznie.


Krzywa wieża.


Już koniec!

Migdalada:
  • łyżka masła migdałowego 
  • dwa daktyle (użyłam świeżych; równie dobrze można użyć dwóch sztuk medjool lub 3-4 tradycyjnych suszonych daktyli)
  • łyżeczka kakao
  • mieszanka przypraw: cynamon, imbir, kolendra, gałka muszkatołowa, anyż, ziele angielskie, pieprz, goździki
  • szczypta soli morskiej (jeżeli masło jest niesolone)
  • opcjonalnie: łyżeczka proszku maca
Daktyle moczę przez 15 minut w wodzie, następnie blenduję je wraz z wodą i pozostałymi składnikami na jednolitą pastę. 
To wszystko. Migdaladę można zajadać wedle własnych upodobań - ja przełożyłam nią skrojone jabłuszko. Taki apple sandwich od rana. Dużo energii dla ciała. Dużo słońca w brzuszku. Dużo uśmiechu na twarzy. Czyli coś, co lubię po trzykroć.

13 grudnia 2013

Pseudo-budyń. Smoothie, witaj!

Szarówka za oknem ciąży już od kilku dni. Zimno dotkliwie szczypie w policzki, wiatr podgryza uszy, szybko zapadający wieczór pożera łapczywie światło dnia. Czapka już od dawna jest mym nieodłącznym towarzyszem, bez rękawiczek ani rusz, a rower ze smutkiem czeka na podmuchy wiosenne.
Słowem - zima za pasem. Najlepszym barometrem jest dla mnie Panna Tygrysica. Wystarczy jedno spojrzenie i już wiem, jak przysposobić się do wyjścia na zewnątrz. Kotałek rozciągnięty leniwie - to znak umiarkowanej, jeszcze ciepłej pogody, można odetchnąć z ulgą. Ale dziś Panna Tygrysica zwija się do snu w ciasny kłębuszek - źle, bo najpewniej jest zimniej niż bym chciała.
Zima zimą, nie zraża mnie to przed sięganiem po standardowe kombinacje koktajli owocowych. Żeby było śmieszniej, im więcej jem surowizny, tym lepiej się czuje. I wcale nie narzekam na zimno. Na pytanie, czy się da, odpowiadam - tak, jak najbardziej. Hu hu ha, hu hu ha, zima nie jest taka zła!

Dziś w ramach bardzo leniwego śniadania - smoothie. Gęste, papkowate, udające budyń. Moje ulubione, choć nie bananowe!



  • zielenina: sałata i szpinak, w proporcji 1:1
  • zmrożone, dojrzałe mango
  • łyżeczka karobu
  • łyżeczka kakao
  • cynamon
  • opcjonalnie: łyżeczka maca, łyżeczka spiruliny
Filozofii głębszej brak. Wszystko wrzucamy i miksujemy na aksamitny krem. Gęsty, przesłodki pseudo-budyń gotowy. 

Coraz bardziej chodzi mi po głowie eksperymentowanie z raw słodyczami w ramach prezentów gwiazdkowych dla swoich ziomków. Pomysły z dnia na dzień krystalizują się coraz bardziej. To już tylko kwestia czasu, kiedy koncepcja nabierze realnych kształtów i stanie się faktem - sezon na przedświątęczną produkcję home-made łakoci w króliczym wydaniu już wkrótce!

Niech zielona moc będzie z wami ;)

8 grudnia 2013

Owsianka pomikołajkowa. Na bogato.

 Mikołajki są dla mnie ważnym etapem podczas oczekiwania na nadejście Świąt Bożego Narodzenia. Wspomnienie św. Mikołaja, a w szczególności jego czynów, uprzytamnia mi, co powinno być szczególne ważne w czasie przygotowywania się na nadejście Świąt. Że liczy się chęć obdarowywania drugiego człowieka, dzielenie się z nim tym, co mamy w sposób bezinteresowny, z pragnienia serca. Że wcale nie musi to być wielkie, opakowane lśniącą, brokatową wstążką pudło kryjące w swym wnętrzu "towar luksusowy", wystarczy drobiazg. Wystarczy świadomość, że ktoś poświęcił wiele, by obdarzyć mnie drobnym gestem. Niekiedy to tylko uśmiech, ważne, by był szczery i prawdziwy. Taki, przez który i ja się uśmiecham. Bo najważniejszy jest odruch serca w nieskrępowanym, czystym i prawdziwym porywie.

Mikołajki już minęły, ale ich wspomnienie zostało. Bo data 6 grudnia powinna każdemu przypominać, by dzień po dniu obdarowywać drugiego człowieka cząstką samego siebie. By dbać o świąteczną oprawę nie tylko od zewnątrz, ale przede wszystkim od wewnątrz. 

Dzisiejsze śniadanie było nieco spóźnioną celebracją Mikołajek. Świąteczne, trącące nutą piernika, choć piernika się w nim nie uświadczyło. Ot, taki psikus. Owsianka pełna sprzeczności. Rozgrzewająca, choć przecież zimna, w niewielkiej porcji, choć na bogato. Słowem, owsianka, która oddaje atmosferę Mikołajek - nie trzeba wiele, by poczuć pełnię.

Inspiracji zasięgnęłam z tego przepisu: Granola lodówkowa Genialny w swej prostocie to raz, dwa - stwarza duże możliwości i pełne pole do popisu. Moje wariacje są tego najlepszym przykładem.


Baza:
  •  szklanka płatków owsianych
  • 25 ml oleju kokosowego (rozpuszczonego)
  • przyprawy: cynamon, imbir, kolendra, gałka muszkatołowa, anyż, goździki, ziele angielskie, pieprz
  • 4 daktyle medjool (lub 8 suszonych)
  • dwie garści goji
Daktyle namaczamy w wodzie (centymetr ponad poziom daktyli). Olej podgrzewamy wraz z mieszanką roztłuczonych na proszek przypraw do momentu, aż przejdzie ich aromatem. Przelewamy przez sitko, miksujemy razem  z daktylami (nie odlewamy wody, w której się moczyły), mieszamy z pozostałymi składnikami. Masę wykładamy na foremkę i odstawiamy do lodówki. 

Owsianka właściwa:
  • 3 łyżki płatków owsianych
  • 2 łyżki jagód goji
  • cynamon
  • dodatki! - suszone maliny i wiśnie, owoce suszonej morwy
Mieszankę zalewamy wodą, ponad centymetr ponad jej poziom, zostawiamy do napęcznienia minimum na dwadzieścia-trzydzieści minut (w moim przypadku płatki z całym wkładem moczyły się całą noc). Następnie dodajemy taką ilość granoli lodówkowej, która odpowiada naszym gustom i zapotrzebowanie na słodkości (według mnie jedna czwarta lub jedna trzecia jej ilości jest optymalna). Porządnie wymieszać i rozbić na gładką, jedwabistą strukturę (na upartego, całość można delikatnie podgrzać, by rozpuścić cząstki granoli).
I już. Owsianka gotowa. Korzenna i aromatyczna, mająca w sobie coś z pierniczka. W szczególności, gdy okrasi się ją sowicie domowymi powidłami.

7 grudnia 2013

Smoothie z bagien.

Wielki come back po wstrętnej chorobie, czyli witaj smoothie, nareszcie.
Po tym, jak przetechało mnie w jedną i drugą stronę, po tygodniu głodówki i nieustannym samopoczuciu, jakby przebiegł po mnie tabun koni, po raz kolejny doceniłam, jak bardzo mogą cieszyć proste, nieskomplikowane smaki. Bo w chwilach choroby, między jednym sucharkiem a drugim, najbardziej tęskniłam właśnie za budyniową konsystencją koktajli, słodyczą rozciapanego banana, chrupkością jabłek i soczystością owoców wszelakich rodzajów. 
W miarę rekonwalescencji zaczęłam wracać do owoców, wpierw ostrożnie, potem sięgając już po odważniejsze, bardziej rozbudowane kombinacje.
W końcu nadeszła i ta wiekopomna chwila, kiedy mogłam sobie zaserwować smoothie w wersji combo. 
Wizualnie mało zapraszające. Ale z pewnością przepyszne. Zwłaszcza wtedy, kiedy na takowe długo się czekało.


Smoothie prosto z bagien, czyli propozycja idealna dla zdrowiejącego Hulka.
  • zielenina - sałata, szpinak, jarmuż, pietrucha
  •  grapefruit
  • łyżka masła orzechowego
  • cynamon, plasterek imbiru
  • opcjonalnie: łyżeczka maca
  • ewentualnie coś do posłodzenia (użyłam stewii)
Filozofii nie ma w tym żadnej - wszystko miksujemy i zjadamy. Cieszymy się z powracających sił witalnych i ogrzymy na całego.


24 listopada 2013

Pumpkin fudge!


W moim domu mieszkają krówkożercy.
Wcielając się w niewdzięczną rolę strażnika pewnych nawyków żywieniowych, raz po raz odsłaniam swoje oblicza małego anarchisty, bojkotującego wszystko to, co w swym składzie ma więcej niż 4 składniki lub kiedy nazwa tych ostatnich utwierdza mnie w przekonaniu, że najpewniej jestem analfabetą, skoro nie umiem nawet poprawnie odczytać ciągnących się niby tasiemce rzędów liter.

Dając upust swojej energii, sięgam po ciężką artylerię w przekonaniu, że można osiągnąć upragniony efekt metodami innymi niż tymi w produkowanych na szeroką skalę łakociach. Często kieruje mną czysta przekora. Bo widząc zachęcające hasła o "domowej recepturze", "zupełnie jak u babci", "moc tradycji od xxxx roku" albo "z maminej szafeczki", zastanawiam się i usilnie próbuję sobie przypomnieć, w jakimż to miejscu moja babcia kryła w swojej kuchni słoiczek z benzoesanem sodu, w którym momencie przygotowania dania takiego a siakiego dodawała syrop glukozowo-fruktozowy i czy lecytynę sojową wykorzystywała na początku, czy może dopiero na koniec sporządzania posiłku? Babciu, jak mogłaś nie zdradzić mi tych tajemnic, no jak?

Dlatego, biorąc sprawy w swoje ręce, nie pozostaje mi nic innego, jak zakasać rękawy i rzucić się w wir eksperymentów kulinarnych. Dzisiejsze wyzwanie: krówki. Domowe, słodkie, lepkie. Takie, które już w pierwszym momencie przywodzą tylko jedną myśl - o, jaka smaczna krówka!


  • 3 czubate łyżki oleju kokosowego
  • 3 czubate łyżki kakao
  • 4-5 czubatych łyżek puree dyniowego*
  • 2-3 pełne łyżki miodu/ syropu z agawy/ pasty daktylowej: opcji jest sporo
  • cynamon, imbir
Olej roztapiamy, mieszamy z kakao i miodem na jednolitą masę. Dodajemy dyniowe puree, przyprawy, zostawiamy do przestudzenia. Całość wylewamy do foremek, wstawiamy do zamrażalnika, odstawiamy na kilka godzin. I wsio, home-made gooey-chewy pumpkin fudge gotów! Mając do dyspozycji bazę, można szaleć na całego - począwszy od takich dodatków, jak orzechy, na bakaliach i ziarnistych poppingach kończąc. W tym zakresie żadnych ograniczeń brak :)

*użyłam surowej dyni; kawałki dyni przepuściłam przez maszynkę do mielenia i zblendowałam na aksamitną masę, której następnie użyłam do produkcji krówek. Równie dobrze sprawdzi się puree z dyni pieczonej lub gotowanej.

22 listopada 2013

RAW SUSHI

Kuchnia raw coraz bardziej mnie inspiruje. Zaczynam w coraz większym stopniu ulegać czarowi jej prostoty, bazującej na czystości nieprzekształconych, w pełni naturalnych smaków. Odkrywam coraz większą radość w poszukiwaniu co rusz nowych połączeń i zaskakujących kombinacji. Eksperymentowanie z nieprzetworzonym surowcem rozpala we mnie ukryte pokłady energii i wprawia w stan ekscytacji. Za każdym razem, gdy sięgam po dany produkt, zastanawiam się, w jaki sposób mogę go wykorzystać tak, by zachować jego stan pierwotny? Być może zabrzmi to śmiesznie, ale dzięki czerpaniu inspiracji z raw food
czuję, że moja kuchnia rozwija się coraz bardziej, a ja sama przeistaczam się w osobę twórczą. Nie jestem jedynie technicznym wykonawcą czynności, ale twórcą. Nie czuję ograniczeń, wręcz przeciwnie - oto otwiera się przede mną złożony, obfitujący w naturalne bogactwa świat natury. A ja jestem jego częścią, w jego centrum, a nie daleko, poza nim. A im bardziej sobie to uświadamiam, tym bardziej odczuwam radość ze wszystkiego, co mnie otacza. Zaczynam rozumieć, że mniej znaczy więcej, i tym sposobem prostota praktykowana w kuchni zaczyna przenosić się na inne dziedziny życia. Mniej, znaczy więcej, i już.

Prezentacja musi być.

I ze zbliżeniem na zawartość.

  • płat nori
  • pół szklanki niepalonej kaszy gryczanej
  • sałata
  • szklanka kiełków fasoli mung
  • papryka
  • ogórek
  • biała rzodkiew
  • szczypiorek
  • pół dojrzałego awokado
  • kurkuma, pieprz, sól, papryka, lubczyk, kozieradka, czubryca
Kaszę moczymy minimum przez 6 godzin (najlepiej zostawić na noc). Odcedzić i przepłukać pod bieżącą wodą. Awokado zblendować, połączyć z kaszą i przyprawami. Masę wyłożyć na arkusz nori, uklepać i wyrównać do boków. Wyłożyć kilkoma liśćmi sałaty, na wierzchu ułożyć kiełki wraz ze skrojonymi w cienkie paski warzywami. Posypać dodatkowo kurkumą i czubrycą. Płat nori zwinąć w rulon, końce delikatnie zwilżyć wodą i skleić. Uformować na kształt walca, przekroić na dwie lub więcej części. Sushi podano!

Pokochałam kiełki! W ramach eksperymentów nabyłam opakowanie fasolki mung, z myślą o jej skiełkowaniu. Bez bicia przyznaję się, że początkowo miałam obawy, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Ale gdy już coś sobie postanowię, muszę to poddać realizacji, by przynajmniej móc sobie powiedzieć - próbowałam. Tym samym rozpoczęłam domową produkcję kiełków, która w chwili obecnej wrze u mnie pełną parą. Jak tylko skiełkuję jedną porcję, natychmiast przygotowują kolejną. Kiełki są super, poświadczam to ja i mój ucieszony brzuszek. Cenię je sobie za chrupkość i orzeźwienie, nie wspominając nawet o genialnej prostocie ich smaku! Soczystość skiełkowanych ziarenek, nieznacznie oprószonych solą podbiła moje kubki smakowe i po raz kolejny dała dowód na to, że minimalizm w kuchni jest najlepszą drogą na odkrycie w pełni jej bogactw. 
 
Czy próbował ktokolwiek kiedykolwiek skiełkować fasolkę azuki? Z fasolką mung jestem za pan brat, ale rzecz ma się zupełnie istotnej z tym małym uparciuchem...Będę wdzięczna za jakiekolwiek wskazówki i rady!

21 listopada 2013

Dynio, do boju!

Dynia jest bardzo wdzięcznym tematem różnego rodzaju wariacji kulinarnych. Można ją schrupać bezpośrednio po skrojeniu, przerobić na fantastycznie aksamitny mus, wypić w postaci soku, lub tradycyjnie - uczynić ją głównym składnikiem kremowej zupy.

Gdy ma się jeden z tych leniwych dni, kiedy człowiekowi niespieszno, chce się utrzymać tę przyjemną atmosferę jak najdłużej. W moim przypadku, w sukurs przychodzą mi te potrawy, których proces przyrządzania jest prosty, mało fatygujący, a jednocześnie przyjemny. Mam na myśli wszystkie takie dania, których przygotowanie wywołuje uczucie iskierki wewnątrz, niewielkiego strumyczka ciepła, które rozlewa się po całym ciele. Przywołujących miłe wspomnienia. A dynia nierozerwalnie przywołuje masę wspomnień. Co zabawne, nie umiem wyjaśnić, dlaczego. Może to z powodu jej kształtu, może koloru, nie wiem. Wystarczy tylko, że na nią spojrzę, i już mi lepiej. W końcu dyńka wygląda jak mały, pocieszny i nadmiernie rozdęty balonik. Albo przykurczone słoneczko. Lub gigantyczna pomarańczka. Liczy się to, że jej widok wywołuje uśmiech, i już.

A skoro już mowa o dyni, to postanowiłam spróbować swych sił jako 'Soup master'.

Tym razem padło właśnie na zupę krem. Tym bardziej, że całą minioną niedzielę spędziłam pod sztandarem czerwieni i towarzyszących jej w palecie barw kolorów. To był iście pomarańczowy (w porywach czerwony!) dzień! Porankowi patronowały jabłka, gwoździem popołudniowego programu stała się dynia, wieczór minął beztrosko w towarzystwie marchewek. Tak, z całą pewnością, to był jeden z tych leniwych dni. Tych, które chce się zatrzymać.

Zupa krem, iście pomarańczowa, iście jesienna.

  • dynia hokkaido 
  • 3 słodkie ziemniaki*
  • bulion warzywny - litr, półtorej litra
  • przyprawy: sól morska, kurkuma, pieprz ziołowy, kumin i kmin, kolendra, lubczyk, papryka, cynamon, curry
  • zielona pasta curry (mniej niż pół łyżeczki)
  • czerwona cebulka
Dynię rozkrawamy, wycinamy miąższ, dzielimy na mniejsze kawałki (w przypadku odmiany hokkaido nie ma potrzeby obierania dyni ze skóry). Bataty szorujemy pod bieżącą wodą, kroimy na średniej wielkości kawałki, bez obierania. 
Pastę curry rozrabiamy w wodzie, podgrzewamy, podprażamy na niej rozbite na proszek kolendrę, kumin i kminek. Gdy tylko przyprawy uwolnią aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulkę i dusimy. Dołączamy dynię, ziemniaki, zalewamy całość bulionem, dorzucając pozostałe przyprawy. Gotujemy do miękkości ziemniaków, po odparowaniu miksujemy zawartość gara na aksamitny krem. Voila, zupa-krem w barwach jesieni gotowa.

* z połowy tej porcji przyrządziłam pieczone ziemniaki, które fantastycznie dopełniły dyniowy krem. Bataty rozkładamy na blasze, posypujemy mieszanką przypraw: słodka papryka, pieprz, sól, cynamon (tak!), pieczemy w temperaturze 180-200 stopni (najlepiej z termoobiegiem). Słodki posmak batatów, oprószonych wymienionymi wyżej przyprawami podbił serca wszystkich domowników. To był strzał w dziesiątkę i serdecznie polecam ten sposób każdemu, kto chciałby uszlachetnić jakąkolwiek zupę.

17 listopada 2013

Jesienny pudding? Jaglanka!

Kipi kasza, kipi groch, lepsza kasza niż ten groch, bo od grochu boli brzuch, a od kaszy człowiek zdrów!

No właśnie. Stara, dziecinna wyliczanka, a jakże prawdziwa. Co prawda nie powiedziałabym, że groch nie jest w stanie przysłużyć się zdrowiu w stopniu takim jak kasza, ale kasza zdecydowanie daje większe pole do popisu. Kasza i na wytrawnie i na słodko smakuje dobrze, czego nie odniosłabym do grochu. Tak, tak, jestem w pełni świadoma istnienia przepisów na słodkie pasty a'la nutella bazujących na grochu, ale - póki co - moje serce pozostaje obojętne na tego typu ekscesy.

Nadchodzi jesień, jesień pełną gębą, spuszczając ze smyczy tnące policzki porywy wiatru i luzując wodze deszczowym chmurom. A ja mimo wszystko dalej niestrudzenie, co rano, wyciągam swój wysłużony rower i pędzę na zajęcia. Obiecałam sobie, że dopóki nie nastanie powrót epoki lodowcowej, z metrowymi zaspami śniegu, spod których nie sposób wyściubić nosa, buńczuczne oblicze jesieni nie będzie mi straszne.
Na śniadanie najczęściej sięgam po smoothie. Sporadycznie zastępuję je łyżeczkostajnymi owsiankami lub puddingami z kaszy. Ostatnio padło właśnie na tę drugą opcję. 

Pudding. Jaglany. Wybornie jesienny.


Próba stworzenia idealnej scenerii, hue hue!

Pudding jesienny:
  • kasza jaglana
  • sól morska, cynamon, imbir
  • bakalie: suszone figi, daktyle i morele
  • opcjonalnie: goji, karob, kakao
Przepis jest banalny. Naprawdę banalny. Prostota tego przepisu jest haniebna i jednocześnie porażająca. Oto jeden z przepisów, który - bazując na kilku składnikach - w ostatecznym rezultacie potrafi zaskoczyć. 

Krok pierwszy: gotujemy kaszę. Ilość wedle upodobania. Mój sposób na podkreślenie aromatu kaszy i nadaniu jej rozgrzewających właściwości - kaszę podprażam w garnuszku do momentu uzyskania przyjemnego, orzechowego aromatu; przepłukuję pod strumieniem bieżącej wody, naprzemiennie zimnej i gorącej, zalewam podwójną (albo nawet potrójną) ilością przegotowanej wody i gotuję. Warto zaryzykować i zwiększyć proporcje wody na kaszę - możecie mi zaufać, że jaglanka wciągnie w siebie wszystko co do kropelki, a im więcej wody, tym kasza będzie bardziej puszysta. Jak chmurka. Chcecie mieć efekt jaglanego ptasiego mleczka? Dajcie kaszy dużo pić, i tyle.

Kaszę lekko solimy i pozwalamy jej w pełni się sparować i dojść po zestawieniu z ognia. Następnie przygotowujemy mus.
Suszone owoce (prócz goji) moczymy w wodzie (dobrze pamiętać o centymetrowym zapasie wody ponad bakaliami) i miksujemy razem na gładkie puree. Ilość owoców dowolna, jeżeli chodzi o proporcje między owocami - dla mnie to kwestia gustu. W moim przypadku najczęściej stosuję równe miarki, choć dla wielbicieli słodkości polecałabym zwiększyć ilość daktyli na rzecz pozostałych. Mus przyprawić sporą dawką imbiru i cynamonu, mile widziane jest także kakao bądź karob, dobrze sprawdzą się również jagody goji - przyjemnie napuchną pod wpływem musu i podkreślą walory smakowe.

Widać już ostatnią prostą. Pozostaje tylko przełożyć całość do ulubionego naczynka, naprzemiennie - warstwa kaszy i warstwa musu. Można pałaszować od razu, choć najlepiej zostawić pudding na kilka godzin/na noc - smaki lepiej się przegryzą.

Na pytanie - dlaczego kasza jest w ogóle niedoprawiona i czy taka ma być, odpowiadam - tak, w tym tkwi główna tajemnica jesiennego puddingu. Naturalny, lekko orzechowy smak kaszy idealnie komponuje się ze słodkim, lepkim musem, czekoladowym posmakiem karobu i delikatną, kwaskowatą nutą goji. Narządy organoleptyczne zwariują, gdy dostarczy im się takiej kombinacji. Poza tym wersji wszamania takiego puddingu jest wiele. Można jeść ładnie, elegancko, nabierając małe porcje poszczególnych warstw, a można wszystko wybabachać łyżeczką i wyjadać z nieopisaną, dziecięcą radością, ozdabiając policzki i usta mało eleganckimi wąsami.

Ale czy warto przekładać elegancję ponad radość z jedzenia?

15 listopada 2013

Galaretki raz-dwa-trzy

Czyli nie ma nic prostszego od galaretki w wersji "na wegańsko".
Nowości w tym żadnej nie ma, bo agar od dawien dawna przestał być tajemnicą i w pełni rozszalał się na wszelkiego rodzaju blogach i portalach kulinarnych. Dlatego dzisiejsza notka jest raczej przypomnieniem, że o wegańską galaretkę wcale nie trudno i wystarczy dosłownie półtorej minuty, by takową przygotować. 

Galaretki raz-dwa-trzy, czyli o tym, jak zrobić galaretkę w trzech prostych krokach, bazując na trzech składnikach i mając do dyspozycji mniej niż trzy minuty.


Dzisiejsi bohaterowie - galaretki raz-dwa-trzy:
  • sok owocowy (wykorzystałam jabłkowy, sprawdzony jest także ananasowy i marchewkowy ;))
  • agar
  • cynamon
No to ruszamy.
Zasada jest prosta - na litr płynu stosuje się dwie płaskie łyżeczki agaru. Wystarczy. Tym razem wykorzystałam połowę z proporcji. Sok podgrzewamy, dosypując sowicie cynamonu; agar mieszamy w kilku łyżkach ciepłego soku, by uzyskać jednolity płyn i dolewamy do całości. Czekamy do zagotowania, zestawiamy z gazu, przelewamy do foremek i zostawiamy do całkowitego ścięcia, bez konieczności przechowywania galaretek w lodówce. 
Sok owocowy jest wystarczająco słodki, nie ma potrzeby dodawania cukru tudzież innych słodów. 

Lekkie, łatwe i przyjemne. A jakie smaczne. I w pełni naturalne. 
Mała rzecz, a cieszy. I przy okazji, kolejny gastro tworek, który dowodzi, że zdrowe może oznaczać smaczne.

9 listopada 2013

Let's go NUTS! Home-made chocolate.

Od dłuższego czasu zastanawiałam się, co zrobić z torbą orzechów, upchniętą między większymi i mniejszymi słojami jednej z szafek kuchennych. Orzechy tegoroczne, włoskie, okazałe. Pierwsza myśl - domowa nutella! Ale szybko okazało się, że efekt końcowy nie spełniał oczekiwań, więc po burzy mózgów pozostało zakasać rękawy i rzucić się w twórczy eksperymentalizm tudzież eksperymentalną twórczość.

I tak z niedoszłej nutelli powstała nieziemsko wyborna czekolada.

Czekolada po trzykroć orzechowa.

 Bo prezencja musi być!

 Jeszcze przed uroczystym pokrojeniem.

Zabawy czas zacząć:
  • niecała szklanka orzechów włoskich
  • 10 suszonych daktyli (lub 5 w przypadku okazu Medjool)
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 2 łyżki kakao
  • cynamon, szczypta chili
  • 2 łyżki maca (opcjonalnie)
  • do przybrania - jagody goji, orzechy brazylijskie
Orzechy namoczyć na noc w przegotowanej, zimnej wodzie. Rano odsączyć i obrać ze skórek, zostawić do czasu, aż delikatnie się podsuszą. W międzyczasie przygotować pastę daktylową: daktyle zalać wodą 1-2 cm ponad poziom; namięknięte zmiksować wraz z wodą, w której się moczyły. Dodać orzechy (dla ułatwienia pracy blendera można je uprzednio rozkruszyć/roztłuc) i zblendować na gładką masę. W następnej kolejności dołączyć 2 łyżki roztopionego oleju, kakao, przyprawy i opcjonalne dodatki - np. maca. Całość wyłożyć na foremkę, przybrać wybranymi dodatkami (użyłam goji i skrojonych orzechów brazylijskich). Odstawić do lodówki na całą noc; dla uzyskania jeszcze lepszej konsystencji - do zamrażarki, na godzinę lub dwie.

Czekolada jest aksamitna w smaku, delikatnie miękka, rozpływająca się w ustach. Niesamowicie słodka, z wyrazistym, głębokim posmakiem orzechów włoskich. Jej jedwabistość w połączeniu z chrupiącymi dodatkami (orzechy brazylijskie), akcentem ciągnących się goji i szorstkim smakiem orzechów włoskich daje w ostateczności miły, zaskakujący efekt. Być może lepiej byłoby nazwać ów twora mianem brownie (bRAWnie?), ale ze względu na formę podania, pozostanę przy czekoladzie. Poza tym, czekolada wydaje się być bliższa, niż najlepszy nawet placek ;) 

8 listopada 2013

Wariacji z kaszą ciąg dalszy. Gzik.

Gzik jest legendą.
To bardzo proste i bardzo smaczne danie, które można zaserwować sobie od ręki w przeciągu niespełna kilku minut. Potrawa słynna na całą Wielkopolskę, a myślę, że nie jest obca mieszkańcom pozostałych regionów, tyle że pod inną nazwą.
Czym jest gzik?
Gzik to po prostu twaróg zmieszany na gładko z dodatkami. Obowiązkowo ze szczypiorkiem i ogórkiem, sowitą porcją soli i pieprzu, okazjonalnie z rzodkiewką i koperkiem. Smacznie, lekko i przyjemnie, pod warunkiem, że do dyspozycji ma się nie byle jaki twaróg.
Bo twaróg musi być dobry i basta.

I tu zaczynają się schody - bo coraz bardziej zaczynam tracić zaufanie do wszystkich sklepowych serów. Może to i przesada, ale wyładowane po brzegi półki przerażają mnie ilością serków tego samego rodzaju. Po prostu zaczynam przestaję wierzyć w to, że wśród tego ogromu można odnaleźć twaróg dobrej jakości. Taki prawdziwy, lekko kwaskowy, delikatnie wilgotny i pachnący. Naturalny, zapakowany w biały, szorstki papier, sprzedawany na jarmarkach w wiklinowych koszach. Nieskomercjalizowany. Dobry twarogu, czyżby pozostało mi szukać cię już tylko i wyłącznie na jarmarkach?

No dobrze, zaczynam smęcić i przedłużać. Pora przejść do sedna. A więc w kilku słowach - od pewnego czasu staram się ograniczać nabiał. Zauważyłam, że tak na dobrą sprawę mogę się bez niego i bazować tylko i wyłącznie na produktach roślinnych. Szczególnie, że dają one szerokie pole do popisu i mnóstwo zabawy. A skoro tak, to dlaczego by i nie spróbować ryzykownego eksperymentu stworzenia gziku w roślinnej postaci? A że ostatnio nieustannie gości na moim stole kasza gryczana, to i tym razem padło właśnie na nią. 

Tym sposobem powstał próbny gzik, gryczany. Na cześć dobrego, prawdziwego twarogu, i kaszy, rzecz jasna.

 Gryczany gzik:
  • niepalona kasza gryczana - szklanka
  • ogórek 
  • rzodkiewka
  • szczypiorek i koperek
  • 1-2 łyżki oleju lnianego
  • przyprawy: sól morska, pieprz ziołowy, kurkuma, tymianek i oregano, lubczyk, czubryca (!)
Kaszę zalewamy wodą i moczymy przez noc. Rano odsączamy, dokładnie płuczemy (by pozbyć się resztek śluzu) i miksujemy z olejem oraz przyprawami. Mieszamy ze skrojonym w drobną kostkę ogórkiem i rzodkiewką, dodajemy hojną garść szczypiorku i koperku. Na koniec możemy dla wzmocnienia smaku dorzucić szczyptę czubrycy (polecam - naprawdę podkręca smak!)

Nie będę kłamać, pisząc, że pseudo-gzik smakuje jak jego oryginalny odpowiednik, bo tak nie jest. Ma podobną konsystencję, owszem, ale według mnie na tym kończy się podobieństwo. Niemniej jednak, gryczana wersja bardzo przypadła mi do gustu - jest aksamitna, wyrazista, a jednocześnie przez sam fakt, że zasadniczym składnikiem jest kasza niepalona w wersji surowej, całość odznacza się nieco chropawym, szorstkim smakiem. Ogromną zasługą wnosi ponadto sama czubryca - jest niezastąpiona w wydobyciu głębi aromatu i wszystkich skrywanych i uśpionych właściwościach potrawy. Czubryca w moich oczach mogłaby uchodzić za królową przypraw w kategorii "dania wytrawne" i serdecznie polecam ją każdemu, kto chciałby nadać swym posiłkom aromatycznej nuty.

Najlepiej serwować w słoiku. Obowiązkowo wyjadać drewnianą łychą :)

5 listopada 2013

Kanapka w wersji raw? Bardzo chętnie!

Czyli historia o najbardziej pracochłonnej i najdłużej przygotowywanej kanapce w całym moim życiu ever.
Jednocześnie z całym przekonaniem mogę powiedzieć, że odczuwałam ogrom satysfakcji, kiedy mogłam skosztować efektu końcowego. Nie wspominając o tym, że koniec końców, kanapka spełniła wszystkie stawiane jej kryteria: smakowe i odżywcze. Była nie tylko aromatyczna, o przyjemnej strukturze, ale także zapewniła mi uczucie sytości na długi czas. A w przeładowane zajęciami dni jest to dla mnie niezwykle istotne.

Dziś premiera - kanapka w pełni raw. Bezglutenowa i bezcukrowa. I jednocześnie w swej postaci bardzo kanapkowa. Od dziś stały repertuar mojego prowiantu.


Oto ona, raw kanapka w pełnej krasie. Tuż przed zapakowaniem do improwizowanego bentoboxu.

Chlebek gryczany:
  • kasza gryczana niepalona - szklanka
  • siemię lniane - pół szklanki
  • przyprawy: kurkuma, pieprz ziołowy, sól morska, oregano i tymianek, lubczyk, papryka ostra
  • pietruszka - wedle uznania
Podstawą jest kasza. Warunkiem jest skiełkowane ziarno, dlatego najpierw należy wcielić się w domorosłego wytwórcę kiełków. W tym celu potrzeba tylko i wyłącznie dwóch akcesoriów: słoika, najlepiej litrowego i miski.
Kiełkowanie czas zacząć.
Grykę zalewamy wodą w głębokim słoju (2-3 cm ponad poziom ziarna), minimum na 6-8 godzin, ja zazwyczaj moczę ziarno na całą noc. Rano odsączamy i płuczemy. Słoik nakrywamy gazą i umieszczamy do góry dnem pod kątem 45 stopni w misie w taki sposób, aby otwór słoika miał wolny przelot powietrza (jeśli ziarno zablokuje otwór, może wdać się pleśń z powodu złej cyrkulacji powietrza, a tego nikt by raczej nie chciał).
I teraz zdajemy się na cierpliwość. Dwa razy dziennie, rano i wieczorem, przepłukujemy ziarno, najlepiej w przegotowanej wodzie. Zazwyczaj po dwóch, trzech dniach kiełki są gotowe do spożycia - mają postać półcentymetrowych, białych ogonków. Warto zwrócić uwagę na zapach - gotowe kiełki odznaczają się lekko słodkawym aromatem. Zapach kiełków jest dla mnie głównym wyznacznikiem, czy te nadają się już do spożycia. Dobrze jest trzymać rękę na pulsie, ponieważ przerośnięte kiełki są niezbyt przyjemne w smaku, czego miałam okazję doświadczyć i zapewniam, że nie było to przeżycie, które chciałabym zapamiętać. 
Gotowe kiełki.

Gdy kiełki są gotowe, przepłukujemy je i odsączamy na sitku. W międzyczasie moczymy siemię lniane w przegotowanej, letniej wodzie przez kilka godzin. Gdy siemię napęcznieje, miksujemy je wraz z kaszą i przyprawami na gładką pulpę. Polecam dosypać sporą garść posiekanej pietruchy lub koperku dla dodatkowych walorów smakowych. 
Masa będzie bardzo kleista. Rozprowadzamy ją na foremce i wygładzamy, by uzyskać mniej więcej jednolitą warstwą. I teraz są dwa wyjścia.
1) Chlebek można upiec tradycyjnie, w 180 stopniach, do momentu chrupkiego i lekko spieczonego wierzchu
2) Suszyć chlebek w niskiej temperaturze do chwili, gdy stanie się zwarty i lekko chrupiący
Skoro z takim namaszczeniem hodowałam kiełki to oczywiście wybrałam drugą metodę, aby zachować jak najwięcej wartości skiełkowanego ziarna. A że nie mam niestety dehydratora, musiałam radzić sobie drogą okrężną - chlebek suszyłam przez kilka godzin dziennie około trzech dni, w piekarniku ustawionym na temperaturę 50 stopni z termoobiegiem, przy uchylonych drzwiczkach. Czy warto? Jeśli o mnie chodzi - warto. I na pewno na tym jednym razie nie poprzestanę.

Jako farsz wykorzystałam grube plastry papryki, karbowaną sałatę, zielonego ogórka i skiełkowaną w domowych warunkach fasolkę mung, okraszoną sporą szczyptą czubrycy i zmieszaną z łyżeczką oleju lnianego. Mmm, pyszota! 

Mój apel na dziś: nie bójcie się kiełków! Kiełki są genialne, w każdej postaci!

2 listopada 2013

Niech moc będzie z tobą! Czyli kostka mocy v. II

Kolejne zlecenie i misja do spełnienia - Królik, czekają nas odwiedziny ważnych gości, zaserwuj swoje słodkości, podaj kostkę mocy.
Zamówienie przyjęto. Ogromnie lubię przygotowywać jedzenie z myślą o innych, nawet, jeżeli ja sama takiej potrawy nie spróbuję. Dzielenie się swoimi eksperymentami kulinarnymi daje mi nie tyle sporo satysfakcji, co radości, że mogę przekazać drugiej osobie namiastkę siebie i pokazać, że naturalne metody kucharzenia są w stanie znacznie wyprzedzić tradycyjne rozwiązania. 
Jako kulinarny buntownik chcę udowodnić, że ciasto z kremem, wyrośnięty na jajach biszkopt tudzież olbrzymi kawał bezowego tortu jest przereklamowanym sposobem na słodki poczęstunek. Nie sztuka zapchać sobie bebech mieszaniną wszystkiego, co możliwe, byleby zaspokoić swoje zmysły. Można zjeść i dobrze, i smacznie, czerpiąc z tego jednocześnie radość. Liczy się delektowanie, a nie przeżeranie.

I właśnie z myślą o powolnym delektowaniu się smakiem powstała unowocześniona kostka mocy. Z myślą o tym, aby zaskoczyć, aby pokazać, że można połączyć walory zdrowotne i smakowe, oraz że ciasto wcale nie musi być ukręconym z piekarnika tworem. I jednocześnie aby dać dowód temu, że prostymi środkami można uzyskać łakocie równie dobre, a jak dla mnie nawet lepsze niż te oferowane na sklepowych półkach twory.

To jak, gotowi na solidną dawkę słodkiej rozpusty i kulinarnego hedonizmu?
Zaczynamy!
Zjedz mnie.
Zjedzmniezjedzmniezjedzmnie.

Szczególnych innowacji nie ma - nowa kostka mocy jest niczym innym, jak starą wersją (Kostka mocy) wzbogaconą o dodatkową warstwę karmelową z przepisu na picnikowe batoniki >> Picnic
Aby się nie powtarzać, odsyłam do powyższych, w niniejszej notce dając tylko i wyłącznie wizualną odsłonę nowego tworu ;)


Ostatni rzut oka ;)

Uwaga!
Przed spożyciem należy skonsultować się ze zdrowym rozsądkiem, gdyż każda kostka niewłaściwie zaaplikowana może przyczynić się do utraty kontroli nad własnym brzuchem i stanu hipergklikemii wskutek nieumiarkowania.


31 października 2013

Smaki jesieni: One apple a day...

...keeps the doctor away!
Czyli proste, niezobowiązujące śniadanie w myśl znanego, wpadającego w ucho powiedzonka. A choć głównym bohaterem jest jabłko, to jednak gwóźdź programu stanowi przede wszystkim awokado w powszechnie znanej wersji "na słodko".

Bo jesień nieodłącznie kojarzy mi się z jabłkami. Takimi dużymi, twardymi i soczystymi, których chrupkość i słodycz miąższu przegania wizję tnącego jak szpila wiatru za oknem. A których smak jednocześnie idealnie wpasowuje się w widok złocistych koron drzew na tle nieskazitelnie błękitnego nieba.

Przygotowanie czas zacząć, czyli lista składników w wersji wizualnej.

A tutaj efekt końcowy.


Z serii twórczych neologizmów - Avocadella w jesiennej odsłonie:
  • połówka dużego, dojrzałego awokado
  • czubata łyżeczka kakao
  • cynamon
  • centymetrowy plasterek świeżego imbiru
  • łyżeczka soku z cytryny
  • dwa-trzy daktyle (w moim przypadku świeże)*
  • opcjonalnie: łyżka maca
Wszystkie składniki miksujemy na aksamitną pastę. Ewentualnie można dodać odrobiny wody dla większej smarowności. Zajadamy jak kto lubi - ja stawiam nieodłącznie na jabłko.

*świeże daktyle wnoszą niepowtarzalną nutę smakową, coś na pograniczu toffi i karmelu. Serdecznie polecam, choć równie dobrze można zastosować jakiekolwiek inne preferowane słodzidło.


Offtopic.
Przeraża mnie szalejąca wokół inwazja halloweenowa. Gdzie się nie obejrzę, ściga mnie widok groteskowych dyniowych twarzy, pajęczyn, olbrzymich pająków i duchów. I ściska mnie nieopisany smutek, zmieszany na wpół z ironią - bo w zalewie całej tej makabreski rozmywa się i ucieka sens jutrzejszego dnia, Wszystkich Świętych, który nieodłącznie kojarzy się z radością i nadzieją. Który zachęca mnie do rozmyślań i refleksji nad moim życiem, jednocześnie przywołując ogrom niezapomnianych wspomnień wszystkich tych, którzy już odeszli. Który jest dla mnie dniem wyjątkowym, dniem weselenia się i wiary, że osoby bliskie memu sercu, które pożegnały się już z tym światem, bytują w lepszej rzeczywistości, radując się niebiańską chwałą. 

Buntuję się przeciw Halloween. Nie uznaję go i nie godzę się, by przesłaniał mi to, co dla mnie najważniejsze na czas nadchodzących dni. Stawiam veto przeciw wszystkim niewinnym duszkom, uroczym pajączkom i trupim czaszkom serwowanym jako słodkie babeczki śniadaniowe. I tak, piszę to z nieopisaną ironią. Bo nikt mi nie powie, że symbol śmierci, zaprezentowany w dosłownym obrazie procesów gnilnych może być uroczy.

30 października 2013

Z ziemi indyjskiej do..hawajskiej?

Znów nadszedł czas na zupę. Gęstą, aromatyczną, ciepłą. A jeśli ma być zupa, to koniecznie w doborowym towarzystwie. Rzecz jasna, mowa o plackach. I to nie byle jakich, bo puchatych ponad miarę. Nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy. Zwłaszcza, jeżeli z dolnej półki w lodówce łypie na człowieka zalegająca pucha kokosowego mleczka. A skoro już jest się w posiadaniu takowej, mając jednocześnie w zanadrzu puchnącego brokuła, to dlaczego by nie wcielić się w masterchefa tudzież inną znamienitą znakomitość i nie stworzyć własnej wizji kuchni indyjskiej.

To do dzieła. Wariacje na temat indyjskich specjałów czas zacząć.

Na pierwszy ogień - placki:
  • 2 szklanki mąki orkiszowej
  • 1 szklanka gęstego mleka kokosowego
  • przyprawy: oregano, kurkuma i pieprz ziołowy, sól, tandoori masala, sól morska, kozieradka
  • pietruszka, koperek - wedle uznania
Wszystkie składniki mieszamy i zagniatamy w elastyczną kulkę. Odstawiamy do leżakowania przynajmniej na godzinkę. Po tym czasie rozrabiamy ciasto, kroimy na kilka równych części i rozwałkujemy na okrągłe placuchy. Pieczemy na suchej patelni. Ot, cała filozofia.
Najlepsze na ciepło. Bezapelacyjnie.

Zupa:
  • duży brokuł
  • bulion warzywny (im bardziej przyprawiony, tym lepiej ;) jak zawsze, dla niepowtarzalnego aromatu, polecam jako wkładkę podpieczoną na kuchence cebulę) - około litra
  • szklanka mleka kokosowego
  • przyprawy: kurkuma, tandoori, pieprz, sól morska, oregano, kozieradka, kurkuma, szczypta cynamonu, kumin, kolendra i kmin
  • łyżka oleju kokosowego
  • czerwona cebula
  • zielona pasta curry
  • wiórki kokosowe
Pastę curry rozrabiamy w niewielkiej ilości wody i podgrzewamy w sporym garze. W międzyczasie szklimy na oleju kokosowym zmieloną kolendrę wraz z kuminem i kminkiem. Gdy przyprawy zaczną wydzielać przyjemny aromat, dorzucamy skrojoną w piórka cebulę, podgrzewamy do zeszklenia. Dodajemy ściętego w drobne różyczki brokuła, następnie przerzucamy wszystko do gara z podgrzaną pastą curry. Całość zalewamy bulionem, dodajemy pozostałe przyprawy, ewentualnie dolewamy odrobinę wody. Gdy brokuł nabierze soczystej zieleni, zdejmujemy zupę z palnika i dodajemy mleko kokosowe. Całość miksujemy na aksamitny krem. Wedle upodobania posypujemy koperkiem, pietruszką, podprażonymi wiórkami kokosowymi. 
Podajemy w towarzystwie placków. I zajadamy się, ciesząc się z fantastycznej konsystencji, grubości i miękkości placuchowych puchatków. Od czasu uczty pod patronatem romansu indyjsko-hawajskiego puchate, kokosowe placki stały się moim number one. Po prostu - lubię placki i tyle.


27 października 2013

Czas na przerwę, czas na Picnic!

Czy ktokolwiek pamięta jeszcze taki przebój, jakim był niegdyś baton Picnic? Nie wiem jak inni, ale połączenie orzeszków ziemnych, czekolady i rodzynek zaskarbiły moje młodociane serce i jako dzieciak często sięgałam po tę formę łakoci.

Picnic był jednym z tych rodzajów słodyczy, które przeminęły bezpowrotnie, a które zapisały się w pamięci jako symbole dzieciństwa. Odszedł wraz z takimi przeżytkami, jak lody Bambino, gumy Donald czy kanapkowy krem Snickers. Zniknął nie tylko ze sklepowych półek, ale także i z serca - niestety, drogi Picniku, dziś moim numerem jeden są tylko i wyłącznie słodkości własnej produkcji.

Nie będę jednak się zapierać - sentyment pozostał, bo to właśnie przez wspomnienie dawnego Picnica powstały te oto koślawe mini-batoniki. Słodkie, naturalne, takie prawdziwe. I po raz kolejny mogę wznieść okrzyk - niech żyją home-made sweets!

Władca słodkości: Cztery wieże

Omnomnom!

Ruszamy:
  • płatki owsiane: 1-1.5 szklanki (miałam mieszankę płatków i poppingu z amarantusa)
  • masło orzechowe - 3/4 lub cała szklanka
  • rodzynki: 3/4 szklanki
  • daktyle: 3/4 szklanki
  • miód/melasa: pół szklanki
  • kakao: 3-4 czubate łyżki
  • wiórki kokosowe: szklanka
  • cynamon, imbir, chili, sól morska
  • sok z cytryny
  • olej kokosowy - 2 łyżki
Do dzieła.
Spód: daktyle zalewamy z wodą (ponad poziom daktyli) i miksujemy na pastę. Dodajemy szklankę płatków, ewentualnie kilka łyżek wiórków kokosowych, 1.5 łyżki kakao, cynamon wraz z imbirem i wyrabiamy na jednolitą masę. Będzie ciężko, ale warto. Następnie wykładamy całość na foremkę, porządnie uklepujemy i wstawiamy do lodówki, niech odpocznie.

Masa karmelowa: rodzynki namaczamy lub przelewamy wrzątkiem, żeby napęczniały i namiękły. Miód rozpuszczamy w ciepłej wodzie, by uzyskać płynną formę. Do miodowego syropu dodajemy sok z cytryny i cynamon. Masło orzechowe miksujemy z wiórkami i łyżką oleju kokosowego, dosypujemy szczyptę soli, mieszamy z rodzynkami i miodem (3 łyżki miodowej zalewy zostawiamy na potrzeby ostatniej warstwy). Mile widziane są tutaj także delikatnie skruszone lub całe orzeszki ziemne. Masa będzie bardzo kleista i nieco toporna, ale w pełni cierpliwości, z uśmiechem na twarzy, należy wyłożyć ją na lekko schłodzony spód. Smarujemy niedbale, by uzyskać efekt mniej więcej równej warstwy.

Czekolada: Olej kokosowy miksujemy wraz z pozostałymi wiórkami, miodem i kakao, ewentualnie z łyżką masła orzechowego, dodajemy szczyptę chili i miksujemy. Wykładamy ostrożnie na masę karmelową i wstawiamy do lodówki, by schłodzić. 

Gotowe. Home-made Picnic bars podano na stół!

A już wkrótce wielka premiera: kostka mocy w nowej odsłonie. Pełnia rozpusty i kulinarnego hedonizmu - na blogu już w przyszłym tygodniu.




25 października 2013

O tropikach we własnym domu i o tym, jak zostałam Hulkiem...

...czyli krótka historia o tym, jak z mięciocha zmieniam się w twardziela.
To, że obecnie z lubością określam się mianem Królika nie oznacza, że zawsze tak było. Był taki czas, kiedy do mienia Królika było mi bardzo, bardzo daleko. Jeśli miałabym przypisać mojej dawnej świadomości żywieniowej wartość od 1 do 10, postawiałbym na jedynkę z dwoma minusami. Tak, tak, przez dłuższy okres wyrządzałam sobie krzywdę, miotając się i rzucając na co rusz nowsze rozwiązania żywieniowe. Po wszystkich tych anty-genialnych pomysłach, co zrobić ze swoim ciałem, ono samo postawiło mi veto i zamanifestowało, że ktoś tu upadł na głowę. I jeżeli ów ktoś szybko się nie otrząśnie, to skiepści sprawę na całego. Nie było czasu na rozmyślania, wybór był prosty. Albo, albo - albo w dalszym ciągu będę kombinować jak koń pod górkę i podkopywać fundamenty własnego ciała, albo wezmę się w garść i sięgnę po zagubiony po drodze zdrowy rozsądek.

Coby nie zanudzać i nie pisać zbędnych słów - moja droga była niesamowicie długa, ale niezwykle prosta. Zwróciłam się ku zielonemu. I tyle. Ksywka Królik zobowiązuje - obecnie nie wyobrażam sobie dnia bez sporej dawki zielska. A jak zielenina, to przede wszystkim surowa. Nie mam zamiaru propagować jakiegokolwiek stylu żywieniowego, piszę tylko i wyłącznie o własnych doświadczeniach. Rok temu pożegnałam się z mięsem, i wcale a wcale za nim nie tęsknię. Moja decyzja nie wypływała ani z powodów zdrowotnych, ani etycznych - zachowam ją dla siebie. Jedyne, co mogę dodać to to, że w chwili obecnej odczuwam znacznie większą empatię do żywych istnień w ogóle i czuję się znacznie spokojniej. Lekko nie tylko na ciele, ale też na duchu. Łatwiej panować mi nad sobą, nie popadam we frustrację z byle błahostek. Dostrzegam więcej i zatrzymuję wzrok na tym, co wcześniej pozostawałoby dla mnie niewidoczne. Czasem mam wrażenie, że cały świat chce tak bardzo, ze wszystkich sił pokazać mi, że żyje. Im bardziej dostrzegam boże stworzenie wokół mnie, tym otwiera się ono na mnie coraz bardziej. Deszcz wirujących liści, wiewiórka buszująca w trawie na wyciągnięcie ręki, młoda sarna przebiegająca tuż przed kołami roweru. Nawet mój ukochany Kurczak, vel Kawek-Nielot, którym przyszło mi się opiekować, udowodnił mi, ile woli życia i ile zaufania może kryć się w maleńkim, niekształtnym ciałku.

O zmianach, jakie zaszły, mogłabym pisać bez końca. Aby wrócić do głównego wątku i dać odpowiedź na tytułowe zagadnienie, wypada bądź co bądź naskrobać parę słów. 
Jak zostałam Hulkiem? Proste - zielenina, pochłanianie nieprzyzwoitych wręcz ilości owoców i warzyw, głównie w surowej postaci. Więcej siemienia lnianego i oleju lnianego w ogóle. Słodycze - tylko te home-made. Żeby było jasne - kiedyś słodycze pełniły u mnie rolę priorytetową. Naprawdę. Opakowanie ciastek bądź dwie tabliczki czekolad serwowałam sobie w miejsce obiadu. W tłustych latach obiadem był słoik czekoladowego kremu. Taki duży. Teraz w ogóle nie tęsknię za sklepowymi łakociami. Nie, nie brakuje mi ich, nie tęsknię za nimi. Póki co, jestem głucha na ich wołanie. Zadowalam się tymi słodkościami, które przygotuję samodzielnie, z tego, co Bóg stworzył samoistnie i nie ma potrzeby, by to ulepszać. Siła tkwi w prostocie, to jedna z moich głównych zasad. Poza tym, nie siląc się na wymuszone skromności, home-made sweets są znacznie lepsze od gotowych produktów. Co ja też gadam, te drugie nie mają szans z jakimkolwiek efektem moich doświadczeń kulinarnych w zakresie wyrobu słodyczy, nawet jeśli wygląd wizualny ma jeszcze sporo do życzenia.

Zaraz, zaraz - a po czym wnioskuję, że przestaję być mięciochem? Niby dlaczego stwierdzam, że jestem Hulkiem? Ano dlatego, że własne ciało otwarcie pokazuje, na co je stać. Żeby nie rzucać słów po próżnicy - zmarzlak był ze mnie okrutny. Nielubienie zimna swoją drogą, ale notoryczne odczuwanie zimna nawet w czasie wysokiej, naprawdę wysokiej temperatury, to już sprawa, której trzeba się bliżej przyjrzeć. Dłonie i stópki zimne do tego stopnia, że przeszkadzają i sprawiają fizyczny ból właścicielowi są chyba najdobitniejszym alarmem i manifestem ciała, że coś w nim nie gra. Cienkie włosy, ciągle pękające paznokcie - ejże, przecież zaczynam się sypać! Nie chcąc doprowadzić się do ruiny stwierdziłam, że czas zastosować S.O.S własnemu ciału i oto dziś odwdzięcza mi się ono w całej krasie.
Zimno? Jakie zimno? Od dłuższego czasu nie pamiętam, żebym narzekała na chłód. Dłonie, stopy - co z nimi? Ano, wszystko w najlepszym porządku. Ciepłe, aż miło. Włosów przybyło. Paznokcie rosną w tempie młodego bambusa i ani myślą pękać. Mam więcej energii i mocy. Coraz rzadziej napadają mnie chwile chronicznego zmęczenia. I koniec końców coś, co jest mi największą dumą. Skóra. Nic a nic nie jest sucha. W ogóle. Zważywszy na fakt, że karmię ją olejem kokosowym raz, co najwyżej dwa razy w tygodniu, stanowi to dla mnie duże osiągnięcie. Tak, piszę to jako osoba, która notorycznie użerała się ze skórą suchą jak wiór.

Wciąż borykam się z pewnymi problemami, które zafundowałam sobie na własne życzenie, ale jest lepiej. Podsumowując - chcecie być zdrowsi? Jedźcie garściami pietruchę, popijając smoothie pietruszkowym i herbatką pokrzywową. W międzyczasie opychajcie się sałatą ;) A tak szczerze - im bliżej natury, tym lepiej. To ona najlepiej pokazuje, jak być silnym ciałem i duchem.

Kilka słów na ostateczne zakończenie. Nie mam zamiaru nikogo oświecać i zaglądać komukolwiek do talerza, bo w moich oczach jest to karygodne. Nigdy nie pogodzę się z przymusem i nie zdzierżę metody ognia i miecza w jakiejkolwiek dziedzinie. Niech każdy pozostanie wolny, bo to wolność decyduje o tym, jakim jesteśmy człowiekiem.



Tym razem smoothie. Paćkowate, gęste, niesamowicie maślane. I zielone, jak zawsze.
  • pół awokado*
  • gruszka, soczysta i mięciutka
  • śliwki, ile kto lubi, im słodsze, tym lepsze
  • gruby plaster świeżego umbiru
  • pietrucha - bez ograniczeń!
  • szpinak - dwie wiązki (lub garści już oporządzonego)
  • sałata
  • cynamon, łyżka soku z cytryny
  • extra combo - spirulina, mój nowy heros <3 (opcjonalnie)
Zmiksować. Zajadać. Uśmiechać się.


*odnośnie awokado. Eksperymentowaliście kiedykolwiek z kiełkowaniem? Ja tak. Prób było kilka. I udało się - mogę nazwać się pękającą z dumy posiadaczki młodego drzewka. Mój awek zajmuje obecnie honorowe miejsce na parapecie, prężąc się i bez umiaru pnąc się w górę. Jest ciągle głodny i rośnie jak na drożdżach. W pośpiechu osiągnięcia jak największych rozmiarów zapomniał tylko, że można rosnąć także i wszerz. W rezultacie upodobnił się do długiego i cienkiego patyczaka, zwieńczonego rozłożystym, zielonym irokezem. Nosi imię adekwatne do swego wyglądu, zwąc się Hosio (hosoi - z jap. cienki). Jest przepiękny i przewspaniały, a w swej wspaniałości zapewnia mi solidną dawkę chlorofilu i czystego powietrza ;D



 Tutaj Hosio-młodzieniaszek. Jeszcze w powijakach.

Hosio w całek okazałości. Na dole, po lewo, strzelająca w górę łodyżka - to Panna Daktylla.

A tu Hosio sprzed trzech tygodni. Tak to się rozpycha na boki!

I znów - prezentacja całościowa.

A tutaj Panna Daktylla już na własnych włościach.
 
- podsumowanie nasuwa się samoistnie - warto eksperymentować :) Bo kto powiedział, że nie można mieć tropików we własnym domu?